poduszkowietz

"Niczego nie daje zapadanie się w marzenia i zapominanie o życiu." – Czyżby?…

„Rico, Oskar i głębocienie” Andreas Steinhofel Grudzień 28, 2011

Filed under: recenzje — finkaa @ 12:43 pm
Tags: ,

Wydawnictwo: WAM

Rok wydania: 2011

Ilość stron: 208
 

Andreas Steinhofel urodził się w 1962 roku w Battenbergu. Jest niemieckim tłumaczem, scenarzystą i autorem bajek, absolwentem amerykanistyki. W Polsce opublikowano jego bajkę pod tytułem „Środek świata” oraz „Rico, Oskar i głębocienie„, z którą chciałabym Was dziś zaznajomić.
 

Rico to chłopiec, jak sam o sobie mówi „głęboko utalentowany”, czyli upośledzony. Wraz z mamą zadamawia się w jednej z berlińskich kamienic, penetrując mieszkania współlokatorów, wzbudzając litość jednych i furię drugich. Rico ma problemy z kierunkami, dlatego nigdy nie oddala się od domu, gdyż wie, że nie potrafiłby wrócić myląc stronę lewą z prawą, a zachód z południem. Pewnego dnia nauczyciel prosi Rica, aby za dodatkowe punkty, prowadził w wakacje dziennik. Szczęśliwym trafem, te wakacje okazują się obfitujące w niesamowite wrażenia, gdyż po Berlinie buszuje tajemniczy Mister 2000, który uprowadza dzieci, żądając za nie niewielkich okupów. Los chce, aby zadania przewyższającego możliwości policji podjął się mały, przestraszony Rico – oczywiście w imię prawdziwego przywiązania, heroizmu i przyjaźni.
 

Książka dotyka w niezwykle delikatny sposób bardzo ważnych kwestii. Oprócz wspomnianej już wyżej prawdziwej przyjaźni, jest to opowieść ukazująca osobę upośledzoną psychicznie jako w pełni wartościową i społecznie dostosowaną jednostkę, od której możemy uczyć się pokory, poczucia humoru i wielkiego dystansu do siebie. Ten mały chłopiek udowadnia, że dorośli często, mimo swojej rzekomej wiedzy o życiu, zapominają o fundamentalnych wartościach. Książka, choć w nieco uproszczony, skierowany głównie do dzieci sposób, fantastycznie ukazuje przekrój społeczeństwa z jakim na codzień spotyka się każdy z nas – nieznośny starzec, stary kawaler, rozwódka marząca o księciu z bajki, samotna matka, oraz niepełnosprawny chłopiec tworzą komunę, która musi ze sobą żyć, szanując i dogadując się nawzajem.
 

„Rico, Oskar i głębocienie” to nie tylko przewodnik po tolerancji, szacunku i wyrozumiałości. To również rewelacyjny kryminał dla najmłodszych! Podczas gdy rozszalały Mister 2000 prawdopodobnie odcina uszy swoim kolejnym ofiarom, niestrudzony malec pisze być może ostatni list do swojej ukochanej mamy i wymyka się na spotkanie z najgorszym. Czy mu się uda wrócić w całości? Czy zdoła utrzeć nosa bezwzględnemu porywaczowi? Choć odpowiedź na te pytania nam dorosłym może wydawać się oczywista (jak mogłoby być inaczej w książce dla dzieci?) to jednak niepodważalnym jest fakt, że najmłodsi będą mieli przy tej lekturze zaczerwienione policzka i oczy okrągłe z podniecenia, a i dorośli nieraz poczują charakterystyczne dla dobrego kryminału zagubienie.
 

Obiema rękami podpisuję się pod zdaniem z „Berliner Zeitung”, które donosi, że „tą powieścią autor zdobył sobie uznanie wszystkich między ósmym, a osiemdziesiątym rokiem życia”. Książka zadziwiła mnie swoją dwuwarstwowością. Jedna okładka, jeden tytuł, ale dwie zupełnie skrajne grupy wiekowe, które mogą się w tej bajce na równi zakochać. Oprócz uniwersalnych prawd i kryminalnych zagadek, w książce znajdziemy również masę szczególików, które rozbawią dorosłego, ale nie zostaną „wyczute” przez dzieci, jak na przykład, praca mamy Rica, która moim zdaniem jest co najmniej podejrzana. 🙂
 

Bardzo przystępny język oraz oprawa graficzna książki sprawiają, że czyta się ją w ekspresowym tempie. Myślę, że gruby papier, odpowiedniej wielkości litery, obrazki, proste wyrazy, oraz wplecione w humorystyczny sposób definicje trudniejszych słów sprawią, że nawet dzieci, które dopiero zaczynają swoją przygodę z samodzielnym czytaniem z radością sięgną po tę pozycję.
 

Komu mogę polecić tę książkę? Właściwie to chyba zamiast zwyczajnie polecać, chciałabym Was poprosić, abyście udali się niezwłocznie do bibliotek, księgarń lub dobrze zaopatrzonych znajomych i przyjrzeli się niezwykle utalentowanemu chłopcu na własne oczy. Gwarantuję, że nikt obok tej lektury nie przejdzie obojętnie.

 

Książkę otrzymałam do recenzji od serwisu nakanapie.pl. Dziękuję!

Reklamy
 

„Kiki van Beethoven” Eric-Emmanuel Schmitt Grudzień 22, 2011

Filed under: recenzje — finkaa @ 8:20 pm
Tags:

Wydawnictwo: Znak litera nova

Rok wydania: 2011

Ilość stron: 152

 

Eric-Emmanuel Schmitt to pisarz, który przykuł moją uwagę kilka lat temu za sprawą spektaktu teatru telewizji pod tytułem „Oskar”. Kiedy, wzruszona po obejrzeniu „Oskara”, dowiedziałam się, że powstał on na podstawie powieści „Oskar i Pani Róża” wiedziałam, że muszę udać się do źródła. I tak, po „Oskarze” oraz „Panu Ibrahimie i kwiatach Koranu” przyszło mi się zmierzyć z kolejną powieścią tego niezwykle chwytającego za serce autora.
 

„Kiki van Beethoven” to pozycja składająca się z dwóch części. Pierwsza z nich to opowieść o staruszce Kiki, która pewnego dnia zauważa w sklepiku maskę Beethovena. Taka sama maska w dziecięcych latach Kiki była swego rodzaju talizmanem; rzeczą, którą wszyscy posiadali i szanowali. Co ciekawe maska miała magiczne zdolności – grała kiedy człowiek wystarczająco mocno się w nią wpatrywał. Dlatego Kiki bez zastanowienia postanawia maskę kupić, a potem pokazywać ją swoim leciwym przyjaciółkom. Ku zdruzgotaniu wszystkich pań, dość zbliżonych wiekiem, żadnej z nich tak dobrze znana maska już nie gra. Co się w nich zmieniło? Gdzie popełniają błąd? Jakie miejsce w ich teraźniejszym życiu odgrywa wspaniały wirtuoz? I co najważniejsze, czy maska jeszcze kiedykolwiek zagra?
 

Druga część książki to osobiste dywagacje autora zebrane pod intrygującym tytułem: „Kiedy pomyślę, że Beethoven umarł, a tylu kretynów żyje…”. Prywatne zwierzenia Schmitta prowadzą nas przez jego życie z Beethovenem, przez lata młodzieńcze kiedy Beethoven był nauczycielem, przez początki dorosłego życia kiedy kompozytor stał się czymś na kształt niechcianego bagażu, oraz przez dorosłe życie kiedy na powrót stał się przyjacielem i powiernikiem. Głuchy, nieszczęśliwy i osamotniony nieraz pozwalał na to, aby Schmitt mógł wypłakać się na jego ramieniu w krytycznych momentach swojego życia. Słowa wypowiedziane niegdyś przez nauczycielkę autora, które stały się tytułem całego utworu przewijają się przez niego wielokrotnie, mnożąc przykłady na swoje potwierdzenie.
 

Po raz kolejny Schmitt udowadnia, że jest jednym z bardziej wzruszających i autentyczych autorów jakich znam. Po raz kolejny udowadnia, że można pięknie pisać o tak niepopularnych tematach, jak choroba, starość czy śmierć. Problematyka poruszana w utworach daje do myślenia nie tylko melomanom. Jest to uniwersalna rozprawa na temat najważniejszych życiowych wartości takich jak miłość, wrażliwość oraz piękno. Na osobną uwagę zasługuje poczucie humoru autora. Mimo przybijających, wydawałoby się, realiów starości i choroby, cechy posiadane przez bohaterów, ich radość oraz lekkość ducha powodują, że czytelnik do ostatniej chwili nie traci nadziei, często uśmiechając się przez łzy. „Kiki van Beethoven” to także przykład świetnego języka. Nieskomplikowane słownictwo, dużo dialogów oraz krótkie zdania sprawiają, że książkę czyta się bardzo szybko i przyjemnie, przystawając tylko na chwile zadumy, lub skonfrontowania tego o czym się czytało z utworami Ludwika van Bethovena, dołączonymi do książki.
 

Jeśli po przeczytaniu trzech książek autora mogę już pozwolić sobie na wypowiedź na temat jego stylu, to stwierdzam, że „Kiki” jest sztandarowym dziełem Erica-Emmanuela Schmitta – poważny, dający do myślenia temat, opisany z lekkością, z wielką dawką poczucia humoru, oraz niegasnącą nadzieją na to, że nie jesteśmy sami, a śmierć czy choroba to nie koniec, lecz możliwość nowego początku. Te cechy sprawiają, że Schmitt pnie się bardzo wysoko na skali moich ulubionych autorów, a jego książki polecam wszystkim, których problemy codziennego życia przerastają i wpędzają w destrukcyjne myśli. Książka aż emanuje nadzieją, dlatego warto po nią sięgnąć. Polecam na podładowanie nadwyrężonych zimą akumulatorów.
 

Książkę otrzymałam do recenzji od Wydawnictwa ZNAK Litera nova. Bardzo dziękuję!

 

Wyniki rozdawajki Grudzień 13, 2011

Filed under: na marginesie — finkaa @ 6:03 pm

Moi Drodzy,
 
przepraszam za jednodniowe spóźnienie.
 
Bardzo dziękuję wszystkim uczestnikom mojej rozdawajki.
 
Spisałam Was wszystkich przed chwilą w dwóch kolumnach.
 
Jedna z nich nosiła tytuł „Obiecaj mi” i znalazło się w niej aż 57 uczestników. Moja mama wybrała numer 19 i padło na Ola123.
 
Druga kolumna zatytułowana była „Podróże małe i duże” a w nią wpisałam aż 46 uczestników. Mój tato wybrał numer 12 i padło na She.
 
Jeszcze raz bardzo dziękuję za tak liczne zainteresowanie. Myślę, że to dobry znak na przyszłość. 🙂
 
Ola i She – gratuluję. Zaraz spróbuję się z Wami skontaktować mailowo, gdyż Wydawnictwu bardzo zależy na przesłaniu upominków jeszcze przed świętami.
 
Pozdrawiam, finkaa

 

„Obiecaj mi” Paul Richard Evans Grudzień 10, 2011

Filed under: recenzje — finkaa @ 7:27 pm
Tags: , ,

 Wydawnictwo: Znak literanova

Rok wydania: 2011

Ilość stron: 295
 
Paul Richard Evans to pisarz, którego powieści bez najmniejszego problemu trafiają na listę bestsellerów „New York Timesa”. Jak podaje notka z tyłu „Obiecaj mi” ‚jego książki ukazały się w ponad czternastu milionach egzemplarzy, przetłumaczono je na ponad dwadzieścia pięć języków, a kilka z nich stało się światowymi bestsellerami’. „Obiecaj mi” jest drugą książką tego autora, z którą się zetknęłam i powiem szczerze, że nie dziwię się statystykom przedstawionym powyżej. Jedyne co mnie zastanawia to to, skąd facet może mieć takie świetne wyczucie jeśli chodzi o ‚babskie’ sprawy, skąd czerpie wiedzę jak dana bohaterka powinna się zachować i co powiedzieć. Pewnie nigdy się tego nie dowiem, ale mimo wszystko uznaję tego autora za jednego z moich ulubionych jeśli chodzi o literaturę kobiecą.
 

Od razu na wstępie wspomnę, że z powodu niezwykle pokrętnej i zaskakującej fabuły, pewnie część z Was odbierze ten akapit jako delikatny spoiler, za co najmocniej przepraszam. Nie da się po prostu nakreślić akcji, tak żeby nie zdradzić chociaż jednego kluczowego  zdarzenia.

Beth poznajemy jako starszą panią, która chce nam się zwierzyć ze swojego niezwykle ciekawego życia. Za sprawą opowieści, którą snuje, szybko przenosimy się do czasów kiedy bohaterka miała około 30 lat, 6-letnią córkę i umierającego męża. Jak możemy się domyślić, krótko po śmierci drugiej połowy, pojawia się ktoś nowy… Beth nie chce zbyt szybko wplątywać się w nowy związek, ale jako, że nowy mężczyzna zdaje się być bardzo zainteresowany, zupełnie przypadkiem ratuje życie jej córce, a do tego wygląda jak wzięty prosto z włoskiej plaży, samotna matka przestaje oponować i już po kilku dniach jest zakochana po uszy. Wszystko układa się pomyślnie do momentu kiedy Matt znika z ostatnimi pieniędzmi jakie Beth miała na poratowanie zdrowia córki i spłacenie hipoteki… Czy wszyscy mężczyźni muszą być tacy sami? Czy każdy jest skończonym idiotą i materialistą? Beth zostaje sama po raz drugi. Na szczęście i tym razem tylko na chwilę…
 

Pomimo, że skrót fabuły przedstawiony przeze mnie może nasuwać komentarze typu: „kolejny nudny romans”, zapewniam, że książka jest dużo „głębsza”, niż może  się wydawać. Evans dotyka ważnych moralnych dylematów, oraz ukazuje prawdziwą przyjaźń. Matt i Beth to złożone charaktery, które  ratują się wzajemnie, podejmują karkołomne decyzje, oraz dotrzymują solennie obietnic. Książka pełna jest wartych uwagi cytatów, co za tym idzie, nie pozostawia nas obojętnych, ale zachęca do przemyśleń i spostrzeżeń, a może nawet zmiany postaw życiowych.
 
W książkę wpadłam po uszy, nie potrafiłam się od niej uwolnić aż do ostatniej strony. Niestety, muszę przyznać, że w związku z nieco zagmatwaną fabułą, w pewnym momencie po prostu zgubiłam się i niektóre fakty zastanawiają mnie po dziś. Nie wiem czy to z powodu mojego zbyt natarczywego wyczekiwania na pewne informacje, inne zupełnie mi umknęły, czy może wina leży po stronie autora lub tłumacza. Tak czy inaczej, naprawdę nie rozumiem dlaczego  osoba w jednej chwili umierająca, w drugiej stoi zdrowo przed lustrem i suszy włosy. Częste wypady w przyszłość i przeszłość sprawiają, że łatwo można się zgubić. Nie jest to jednak sprawa nie do przejścia. Ogólny sens oczywiście nam nie umyka i możemy cieszyć się wraz z bohaterami szczęśliwym zakończeniem. 🙂
 

Myślę, że nie przesadzę pisząc, że „lekki” styl to cecha charakterystyczna Evansa. Co przez  to rozumiem? Książkę czyta się niesamowicie szybko i przyjemnie. Zdania są krótkie, dialogi jasne, a cytaty wyjęte z pamiętnika głównej bohaterki wprowadzają nas w klimat każdego z krótkich rozdziałów.
 
„Obiecaj mi” to klasyczny przykład dobrej literatury kobiecej. Polecam ją więc szczególnie koneser(k)om tego gatunku. Myślę, że jest to idealny materiał na wieczorny „wyciskacz łez”, którego każda z nas bywa spragniona od czasu do czasu. 🙂
 

Książkę otrzymałam do recenzji od Wydawnictwa Znak literanova. Dziękuję!

 
Przypominam, że do poniedziałku możecie zgłaszać się po „Obiecaj mi” TUTAJ.
 
Z racji, że święta coraz bliżej, pozwalam sobie jeszcze raz przypomnieć Wam o przeglądarce prezentów Wydawnictwa Znak. Wystraczy KLIK i prezent wybierze się sam. 🙂

 

„Podróże małe i duże, czyli jak zostaliśmy światowcami” – Wojciech Mann, Krzysztof Materna Grudzień 7, 2011

Filed under: recenzje — finkaa @ 8:08 pm
Tags: , ,

 Wydawnictwo: ZNAK literanova

Rok wydania: 2011

Ilość stron: 272

Autorów tej książki nie trzeba nikomu przedstawiać. Niesamowity duet, który bawi Polaków od wczesnych lat 90-tych, tym razem postanowił połączyć swoje siły, nie po to, aby zagrać kolejny powalający skecz, ale aby rozśmieszyć człowieka słowem pisanych. Zadanie to Mann i Materna wykonali idealnie, a wspomnienia zawarte w książce na długo zagoszczą w umysłach czytelników.

Książka to przewodnik po najciekawszych podróżach Wojciecha Manna i Krzysztofa Materny. Panowie odbywali je razem, lub rozdzielali się na przykład podczas podróży prywatnych. Wraz z autorami kierujemy się nie tylko na południe, północ, wschód i zachód Europy, ale także, ku mojej ogromnej uciesze, do Stanów Zjednoczonych, które poznajemy od niesamowitej strony – opisywane są z perspektywy niezależnych turystów, którzy lecą nie tylko zwiedzać, ale poznać amerykańskie życie niejako od podszewki, starając się przetrwać tam kilka miesięcy.

Książka pełna jest przezabawnych sytuacji i komicznych tarapatów, w które wpadali autorzy podczas przemierzania tysięcy kilometrów. Trudno mówić o najzabawniejszej opowiastce, bo czytając książkę właściwie cały czas napotyka się na skecze, które po prostu trzeba zwięczyć uśmiechem, lub wręcz głośnym śmiechem. Mam wrażenie, że autorzy podczas pisania książki przebywali cały czas w swoim towarzystie, dzięki czemu w ciągu jednego rozdziału możemy doświadczyć nawet kilka zmian narratorów. Uwielbiam spokój z jakim wypowiada się Mann, oraz nadwrażliwość, którą wykazuje Materna. Myślę, że warto wspomnieć również o tym, że Mann i Materna nie stronią od odkrywania swoich prywatnych kart, opowiadając o własnych upodobaniach, zainteresowaniach, fobiach i maniach.

Znaczną część książki zajmują zdjęcia – przeróżne i przepiękne, ukazujące autorów w przeróżnych sytuacjach. Właściwie nie muszę chyba dodawać, że prawie zawsze autorzy stoją poważni jak kamienne posągi co teraz z perspektywy kilku dni od przeczytania, wydaje mi się chyba najbardziej komiczne. 🙂 A poważniej, książka jest niejako albumem autorów który prowadzi nas po najdalszych zakątkach, pozwala zobaczyć jak wyglądało życie w innych krajach podczas, gdy u nas szalała godzina policyjna i cenzura.

Oczywiście polecam, polecam i jeszcze raz polecam. Nie ma specjalnych ograniczeń wiekowych, ani gustowych. Po prostu siadać, czytać i zrywać boki ze śmiechu.

Przypominam, że książka jest do wygrania TUTAJ.

Książkę otrzymałam do recenzji od Wydawnictwa ZNAK literanova. Dziękuję!

___________

Przypominam również o 30-procentowym kodzie rabatowym na świąteczne zakupy w Znaku:

Kod rabatowy do akcji świątecznej to:

Poduszkowietz

Kod daje Czytelnikom tego bloga zniżkę 30% na zakupy dowolnych książek na http://www.znak.com.pl

Można go użyć wielokrotnie do dnia 15 grudnia włącznie. Kod można wpisać podczas robienia zakupów.

Gdy klient kompletuje koszyk i przechodzi do płatności znajduje miejsce na wpisanie kodu.

___________

Ostatnie ogłoszenie na dziś dotyczy …. oczywiście Świąt.

Wydawnictwo ZNAK uruchomiło przeglądarkę prezentów http://www.prezent.znak.com.pl/

Dzięki temu narzędziu można wybrać książkę dla mamy, taty, siostry, brata itd. za pomocą mechanizmu. Można też wyniki publikować na fb i podpowiedzieć komuś wymarzoną książkę.

Polecam!  🙂