poduszkowietz

"Niczego nie daje zapadanie się w marzenia i zapominanie o życiu." – Czyżby?…

„Rezydencja” Krzysztof Bielecki Sierpień 31, 2014

Filed under: recenzje — finkaa @ 7:21 pm
Tags:

rezydWydawnictwo: Akademickie Inkubatory Przedsiębiorczości

Ilość stron: 153

Rok wydania: 2014

 

 

„Rezydencja” to czwarta książka Krzysztofa Bieleckiego, którą miałam przyjemność przeczytać. Wiecie pewnie doskonale, że jest to autor niezwykle oryginalny, obok którego nie można przejść obojętnie. Albo się jego powieści trawi i podziwia, albo delikatnie mówiąc dostaje się zawrotu głowy i odrzuca z niesmakiem. Do tej pory twórczość Bieleckiego traktowałam z delikatną rezerwą. Wyczuwałam, że jest to kompletny odjazd, ale nie wiedziałam do końca czy to dobrze czy źle. Po przeczytaniu „Rezydencji” jestem zdecydowana. Bardzo i bezsprzecznie mi się podobało.

 

 

Główny bohater T. ma dwa problemy. Po pierwsze dziwna, czarna plama w jego mieszkaniu, która robi się większa i większa. Jako, że to mieszkanie w bloku, T. przygląda się tej przykrej sprawie wraz ze swoim sąsiadem. Razem ze staruszkiem zasiadają od czasu do czasu przy buteleczce alkoholu i T. pozwala swojemu kompanowi snuć niestworzoną historię o dalekich podróżach, oraz pewnym bardzo tajemniczym zwierzęciu… Drugi wątek to problem siostry T., która jest artystką performatywną zajmującą się zjadaniem niestandardowych rzeczy, np. taśmy magnetofonowej, czy też grzybów powstających na ścianach zawilgoconych pomieszczeń (tak, tak, ten kto czytał już Bieleckiego w ogóle nie przejawia w tym momencie zdziwienia). Siostra ma niemały problem, gdyż za sprawą sympatycznego kolegi dowiaduje się, że jest jedną z trzech kropek. O co chodzi? Faceci na całym świecie tatuują sobie na nadgarstkach trzy kropki. Oznacza to, że preferują czterokąty – jedna atrakcyjna, druga lubieżna, trzecia inteligentka plus wytatuowany koleś. Co, oprócz osoby T., łączy oba te wątki?

 

 

Powiedziałabym, że pierwszy raz zrozumiałam całą powieść Bieleckiego. Przy poprzednich książkach tylko niektóre wątki były dla mnie jasne i zakończone, reszta się urywała, albo była tak zagmatwana, że mimo wracania ciągle do tych samych stron, nie mogłam zrozumieć co właściwie się stało. „Rezydencja”, mimo, że nieprzewidywalna, surrealistyczna i zwariowana, jest w końcu zrozumiała. Ma początek i koniec. Nie pozostawia poczucia niedokończonej sprawy. Uważam to za niesamowicie duży plus. Oprócz tego, jest napisana charakterystycznym dla autora, enigmatycznym językiem. Jest podzielona na wiele krótkich rozdziałów, jest tajemnicza i bywa często ponura. Jednym słowem łączy w sobie wszystkie cechy, które cenię w autorze.

 

 

Z czystym sumieniem polecam „Rezydencję” tym, którzy poszukują świeżego powiewu w literaturze.  Krzysztof Bielecki to właściwie zaprzeczenie klasycznego pisarza. Nie wiem jak podsumować wyczyny tego autora, ale naprawdę spodziewajcie się samych niespodzianek. Polecam na nudne jesienne wieczory. Albo może na jeden wieczór, bo lektura dość krótka, aczkolwiek bardzo intensywna.

 

 

Książkę otrzymałam do recenzji od Autora. Dziękuję!

 

 

Reklamy
 

„W Chinach jedzą księżyc” Miriam Collee Sierpień 20, 2014

Filed under: recenzje — finkaa @ 7:21 pm
Tags: ,

chinyWydawnictwo: Pascal

Rok wydania: 2014

Ilość stron: 301

Miriam Collee to kobieta, która za sprawą zawodowych obowiązków swojego męża została porwana w wir przygody i na kilka lat przeniosła się wraz z mężem i kilkuletnią córką do Chin. Czy to co przeżyli godne było ryzyka? Czy był to czas stracony, krok wstecz dla całej rodziny? Jak wypadają Chiny na tle rozwiniętych Niemiec skąd wywodzi się autorka?

 

Książkę reklamuje zdanie „Przezabawna historia Europejki w Szanghaju”. Uwierzcie mi, że tym razem reklama nie kłamie. Miriam Collee opisuje takie absurdy dziejące się pod jej szanghajskim dachem, że nie sposób się nie śmiać w głos. Wyobraźcie sobie w betonowym pseudo-ogrodzie agregat od klimatyzacji wielkości lodówki, klapę klozetową, która przyszczypuje uda, akumulator do ładowania rowera na środku pokoju, dziecko wymiotujące od kilku łyków zimnej wody, oraz męża bohaterki, który przez wiele miesięcy nazywał kolegę z pracy chińskim słówkiem „fuck” tylko dlatego, że miał problem z opadającą i wznoszącą się intonacją.

 

Oprócz przezabawnych perypetii, w książce mamy również do czynienia z wieloma dylematami sfery moralnej. Czy młode małżeństwo nie krzywi charakteru swojej trzyletniej córki, pozwalając by mała wzbudzała ciągłe zainteresowanie na ulicach, a jej blond loczki były celem wyciągniętych dłoni setek ludzi? Czy piękny dom i niemiecki ład zostawiony w Europie są warte całego tego chaosu? I chyba najważniejsza kwestia: jak oceniać samych Chińczyków? Bezwolna ludzka masa, czy może unikatowe jednostki, którym nie przeszkadza ustrój, w którym przyszło im żyć?

 

Książka łączy dwie cechy ciekawej lektury. Humor i poważne kwestie traktowane w lekki, interesujący sposób. Miriam Collee nie można odmówić umiejętności barwnego ubierania w słowa spraw poważnych i tych mniej poważnych. Dzięki temu książkę czyta się bardzo przyjemnie, właściwie płynie  się po kolejnych stronach nie mogąc się oderwać. Ciekawostką jest fakt, że każdy rozdział rozpoczyna się od chińskiej sentencji – niekiedy zadziwiającej, z pozoru bezsensownej, a niekiedy bardzo trafnej.

 

„W Chinach jedzą księżyc” co ciekawa pozycja nie tylko dla ludzi, którzy wybierają się do państwa środka. To powieść dla każdego, kto lubi lekkie książki z ciekawym morałem. Można się z niej spróbować nauczyć jak walczyć z tęsknotą za domem i jak z podniesionym czołem korzystać  z szalonych propozycji, które czasem mogą się stać także naszym udziałem.

 

Książkę otrzymałam do recenzji od Wydawnictwa Pascal. Dziękuję!

 

 

 

„Wszystko jest możliwe – od marzenia do spełnienia” Sophia Max, Lynn Lauber Sierpień 9, 2014

Filed under: recenzje — finkaa @ 11:12 am
Tags: ,

wszyst wydawnictwo: Studio Astropsychologii

rok wydania: 2013

ilość stron: 110

 

Czwarta już część serii „Magia życia” wydawanej przez Studio Astropsychologiczne nie odstaje od reszty. Tak jak jej poprzedniczki, książeczka niesie niezwykle pozytywne i podnoszące na duchu przesłanie. Wszystko jest możliwe – trzeba tylko niezłomnie dążyć do celu. Autorkami tej części są Lynn Lauber – kobieta, która uczestniczyła również w stworzeniu poprzednich części, oraz Sophia Max – autorka książek o wspinaczce, sztukach walki, oraz duchowości właśnie.

 

Jewgienij Pietrowicz Woronin to, powiedzmy sobie, nie najbardziej utalentowany magik. W swojej wierze w sukces jest tak nieprzejednany, że można go z łatwością oszukać, lub też zaspokoić jego pragnienie uznania kilkoma nieszczerymi komplementami. Woronin wraz ze swoją trupą na co dzień pracuje w wielkim Cyrku Moskiewskim. Każdy z cyrkowców pokątnie marzy o wyrwaniu się spod rosyjskiego pręgieża w wielki świat. Ale tylko Woronina (mimo, iż jest najmniej wybitny) marzenia wędrują aż do Kalifornii do Magicznego Zamku. Trupa wyrusza na europejskie tournee, a magik zaczyna dostawać listy, w których poszczególne państwa honorują jego wybitne, ponoć, umiejętności magiczne. Czy nie śmierdzi to jakimś podstępem? I jak cała historia się skończy?

 

Seria „Magia życia” ma w sobie wielką dawkę przesłania „Myślcie pozytywnie, a spełnią się wasze najskrytsze marzenia”. I chyba w czwartej swojej odsłonie to motto jest najbardziej wyraźne. Książka jest napisana niezwykle ciepłym i krzepiącym językiem. Jest na poły baśnią, a na poły poważną rozprawą o korzyściach płynących z pozytywnego nastawienia do życia.

 

Właśnie za wydawanie tego typu książek najbardziej cenię Studio Astropsychologiczne. Mała lektura, która może podnieść nastrój na wiele dni i pomóc kreować ogólne nastawienie do życia. Książeczkę polecam wszystkim smutasom, oraz ludziom, którzy od czasu do czasu mają tendencję do utraty wiary w to, że może się udać. Każdy zasługuje na szczęście, więc każdy ma szansę je otrzymać. Przeczytajcie historię Woronina, a może dojdziecie do wniosku, że Wam samym pójdzie jeszcze łatwiej.

 

Książkę otrzymałam do recenzji od Studia Astropsychologii. Dziękuję.

 

„Millennium – zamek z piasku, który runął” Stieg Larsson Sierpień 5, 2014

Filed under: recenzje — finkaa @ 11:24 am
Tags: ,

zamek Wydawnictwo: Czarna Owca

Rok wydania: 2009

Ilość stron: 800

 

Stieg Larsson to moim zdaniem najlepszy współczesny pisarz kryminałów. Pisałam już o tym przy okazji dwóch wcześniejszych tomów trylogii „Millennium”. Dziś poświęcę wpis trzeciej – ostatniej. Larsson zmarł niespodziewanie nie dokończywszy kolejnej części.

 

 

Lisbeth Salander trafia do szpitala po tym jak brat i ojciec próbują ją zabić i pogrzebać. Z niemal śmiertelnymi obrażeniami spędza w nim większą część powieści. Na szczęście za sprawą przyjaciół powoli jej sytuacja się normalizuje. Lisbeth potrafi sobie zjednać ludzi do tego stopnia, że są w stanie posunąć się do drobnych wykroczeń. Mikael przemyca do jej pokoju nadajnik wi-fi, więc chora, mimo, że pod kluczem nie traci kontaktu ze światem i czynnie bierze udział w zbieraniu materiału świadczącego o jej niewinności. Tymczasem policja szuka brata Lisbeth, groźnego mordercy, a krąg ludzi, którzy wierzą, że jej ojciec Zala to rosyjski zbieg i przestępca powoli się powiększa. Kiedy sprawa ociera się o premiera, oraz kilku innych najważniejszych ludzi w państwie wszystko staje na ostrzu noża. Mikael wikła się w kolejny romans, a Erica Berger zmienia pracę i odbiera serię dość nieprzyjemnych maili. Na szczęście trzeci tom kończy się w bardziej oczywisty sposób, niż drugi. Mam na myśli fakt, że większość wątków jest domknięta w satysfakcjonujący sposób, co jest szalenie ważne, w świetle wiedzy, że jest to nieodwracalnie ostatnia część, która wyszła spod pióra Larssona.

 

 

Jak zwykle, książka trzyma fason. Od pierwszej do ostatniej strony jest pełna napięcia, wywołuje gęsią skórkę i westchnienia ulgi. Jest napisana z pasją i to wyczuwalną pasją. Trzeci tom jest genialny. Swoim kunsztem dorównuje pierwszej części. Co prawa, tutaj możnaby się przyczepić do dłużyzn wyjaśniających skomplikowane struktury szwedzkich tajnych organizacji, jednak myślę, że było to konieczne do utrzymania suspensu na najwyższym poziomie.

 

 

Polecam, polecam, polecam. Pamiętajcie tylko, żeby zarezerwować sobie dużo czasu i koniecznie zacząć od pierwszej części. Dla mnie Larsson to absolutny mistrz. Od mojego spotkania z „Millennium” moja poprzeczka dotycząca kryminałów wisi tak wysoko, że chyba już nikt nie będzie w stanie jej przeskoczyć.