poduszkowietz

"Niczego nie daje zapadanie się w marzenia i zapominanie o życiu." – Czyżby?…

„Pokonaj cienie przeszłości – moje zwycięstwo nad depresją i nerwicą” Kazimiera Sokołowska Listopad 25, 2011

Filed under: recenzje — finkaa @ 8:28 pm
Tags: , ,

Wydawnictwo: Studio Astropsychologii

Rok wydania: 2010

Ilość stron: 120

 
Z autorką „spotkałam się” poraz pierwszy przy okazji książki o bardzo podobnej tematyce. „Jak pokonałam nerwicę i depresję” (recenzja TUTAJ) była garścią wspaniałych wskazówek i porad jak uciec ze zdawałoby się zamkniętego koła tych potwornych chorób. W książce raczej nie było opisu powodów, dla których nerwica i depresja atakuje wybrane osoby.”Pokonaj cienie przeszłości”  dopełnia całości i zdradza, dlaczego pani  Kazimiera musiała zmagać się z przeciwnościami losu. Inaczej mówiąc opisuje powody, które warunkują zapadnięcie na wspomniane choroby psychiczne.
 

Sama autorka swój problem upatruje w dzieciństwie. Jej matka – osoba władcza i nie pozwalająca na najmniejszy sprzeciw, zaszczuła autorkę do tego stopnia, że pani Kazimiera zaczęła bać się ludzi oraz wyzwań, przed którymi musi stanąć każdy dorosły człowiek. Książka ukazuje trzymiesięczny pobyt autorki w zakładzie zamkniętym, oraz jej późniejsze zmagania z problemami psychicznymi. Pani Kazimiera serwuje po raz drugi garść cennych technik, tłumaczy na czym polega walka z własnym lękiem i jakie metody stosować, aby w końcu odnieść nieodwracalne zwycięstwo.
 

Podobnie jak poprzednią książkę, także i tę czyta się jednym tchem. Nie chcę się powtarzać, ale muszę napisać, że jest to poradnik nietuzinkowy, dlatego, że zamiast „suchych” porad wyuczonych specjalistów, staje przed nami nauczycielka, matka dwójki dzieci i żona, która jest żywym przykładem wszystkiego o czym pisze. To sprawia, że książkę można traktować nie tylko jako skarbnicę wiedzy na temat nerwicy i depresji, ale również jak swoisty dziennik chorej.
 
Po raz kolejny pani Kazimiera stosuje prosty, zwięzły język, którym potrafi uspokoić i wlać nadzieję w serca chorych.  Jedyne dialogi, które zostały wplecione w treść, to te które autorka prowadziła sama ze sobą, lustrem, górską głuszą, lub Bogiem. Tym sposobem książkę można odebrać bardzo osobiście, można ją interpretować i „naginać” na różne strony, tak aby wydobyć z niej to na czym nam najbardziej zależy. Wiele ćwiczeń, które proponuje autorka może być dostosowanych do indywidualnych potrzeb chorego. Wystarczy kilka wolnych chwil każdego dnia, żeby zagłębić się w lekturę i dać sobie szansę.
 

Gorąco polecam książkę „Pokonaj cienie przeszłości” wszystkim tym, którzy czują się osaczeni społeczeństwem, tym którzy nie potrafią odnaleźć się na ulicy, w pracy, czy w kinie.  Polecam ją również rodzicom. Przeczytajcie, zanim zrobicie własnym dzieciom krzywdę, której nie będą potrafiły latami z siebie wyrzucić. Polecam wszystkim zagubionym, którzy boją się niezrozumienia, oraz tym których przerasta wizyta u psychologa czy psychiatry. Zaręczam, że Kazimiera Sokołowska jest genialnym psychologiem na odległość.
 

Książkę otrzymałam do recenzji od Studia Astropsychologii. Bardzo dziękuję.

 

„The space between” Brenna Yovanoff Listopad 22, 2011

Filed under: recenzje — finkaa @ 8:21 pm
Tags: , ,

 Wydawnictwo: Razorbill

Rok wydania: 2011

Ilość stron: 360

 

Brenna Yovanoff to młodziutka pisarka, o której w Polsce ciągle jeszcze słychać niewiele. Mam wrażenie, że zapoznanie się z książką „The space between” mógłby to szybko zmienić, gdyż temat w niej poruszony jest dość kontrowersyjny.

 

Daphne to mieszkająca w piekle córka demonki i Lucyfera. Jedynym oknem na ziemski świat jest dla niej telewizor i pamiątki, które z Ziemi przywozi jej brat. Niezliczone siostry Daphne rezydują na naszej planecie jako sukuby, uwodząc mężczyzn, wysysając z ich umysłów smutek, a potem zostawiając ich na pastwę losu. Daphne nie czuje więzi z siostrami, twierdząc, że nigdy nie posunie się do ich zachowań. Nie jest również związana z matką, która, skazana na wieczne piekło, ciągle poniża Daphne porównując do sióstr i zmuszając do wyprawy na Ziemię. Jedyną podporą dla głównej bohaterki jest Obie, jej brat. Obie różni się od reszty rodziny tym, że jest pół-człowiekiem, zrodzonym z Adama, zanim ten porzucił matkę Obiego i Daphne na korzyść Ewy. Pewnego dnia, Obie melduje Daphne, że przenosi się na stałe na Ziemię, gdyż tam się zakochał i pragnie wieźć dalsze życie. Na te słowa Daphne doświadcza złych myśli. Ma przeczucie, że jej ukochanemu bratu grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. Zanim Obie wyrusza w swą bezpowrotną podróż, przyprowadza do piekła tajemniczego, ociekającego krwią chłopaka. Chłopak ten wkrótce stanie się jedynym łącznikiem mieszkającej w piekle Daphne, z ziemskimi śladami jej brata. Kiedy ów chłopak wraca na Ziemię po interwencji Belzebuba, Daphne bez zastanowienia rzuca się w podróż, by go odnaleźć i w konsekwencji dotrzeć do swego brata. Tak właśnie zaczyna się fabuła książki, prowadząc nas przez zakątki Chicago i Los Angeles w poszukiwaniu pół-człowieka pół-demona, który w każdej chwili może zginąć. 

 

Książka z pewnością stanowi spójną całość. Kolejne wydarzenia następują odpowiednio po sobie, często przerywane są retrospekcjami, bądź snami, które mimo, że zmieniają chronologię wydarzeń to ubogacają opowieść, czyniąc z niej swoiste puzzle, które wraz z każdym snem zdawają się wypełniać. Na plus zasługuje również fakt, że autorka świetnie wypośrodkowała ilość słów potrzebnych do tego, by zakroić tło. Czytelnik doskonale potrafi wyobrazić sobie piekielny płomień, czy brudne ulice, nie będąc jednak znużonym długimi opisami.

 

Bardzo spodobał mi się również wątek romansu wywiązującego się pomiędzy Daphne, a Trumanem. Czytając książkę, pomyślałam, że był to również ulubiony wątek autorki, który postanowiła dopracować do perfekcji. Z początku nieznane sobie osoby zaczynają się odkrywać, najpierw powoli, potem coraz szybciej i szybciej, aż w końcu nie potrafią bez siebie żyć i posuwają się do heroicznych czynów, by do siebie wrócić i wieść wspólne życie.

 

Jednak mimo, że fabuła wydaje się ciekawa i porywająca, niestety czytając „The space between” nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że książka jest płaska, brakuje w niej werwy doprowadzającej czytelnika do obgryzania paznokci czy rwania włosów z przerażenia. Dialogi są znacznie uproszczone. Odpowiedzi często ograniczone są do zwykłego „tak”, „nie”, lub kiwnięcia głową. Każda wypowiedź zapisana jest w osobnym cudzysłowiu, co sprawia, że czasem po prostu czytelnik się gubi i nie wie kto to właściwie powiedział. Język nie jest wyszukany, co niekoniecznie musi stanowić wadę całej książki. Autorka starała się w przystępny sposób przekazać treść, co jej się udało. Jej zdania są najczęściej niezłożone, proste, zawierające tylko niezbędne informacje. W tekście doszukałam się kilku literówek, najczęściej nie były one jednak rażące i nie utrudniały zrozumienia. Niekiedy w zdaniu brakowało kropki, a niekiedy kropki na końcu zdania były aż dwie. Być może się czepiam, ale chciałabym również zwrócić uwagę na to, że autorka miała swoje ulubione powiedzonka, które występowały w książce z taką częstotliwością, że chwilami mogły wręcz irytować. Najczęściej bohaterowie kiwali głowami, ale prawie równie często głos Trumana był zachrypnięty, a ten musiał odchrząknąć. Wszyscy bohaterowie regularnie pochylali się nad różnymi obiektami i zawsze kiedy ktoś wchodził do pomieszczenia wszyscy siedzieli plecami do niego. 🙂

 

Niestety, największą wadą książki była przewidywalność. Jedynym momentem zaskoczenia dla mnie było pochodzenie Trumana. Reszta wydarzeń w mniejszym, lub większym stopniu dała się przewidzieć. Dokładnie wiedziałam do czyjego ciała zbliża się Daphne, kogo tym razem zamordował Anioł Śmierci, w jakim momencie Daphne natknie się na swoją matkę i tak dalej.

 

Czy książka zainteresowałaby polskiego adresata? Tematyka jest dość oryginalna, więc myślę, że takie szanse są. Nie znam niczego podobnego na polskim rynku, więc nie mogę „The space between” porównać, ale to chyba dobrze. Zawsze nowość spotyka się z większym zainteresowaniem, niż coś już znanego i oklepanego.

 

Mam natomiast, pewne opory co do polecania tej książki komukolwiek. Myślę, że może ona spotkać się z głośnym protestem ludzi wierzących, jest w niej bowiem wiele odniesień do wiary chrześcijańskiej, jak choćby to, że Azreal, czyli Anioł Śmierci, zabija według Tajemnic Bolesnych Różańca Świętego, tzn. jedną ofiarę biczuje, drugą koronuje cierniem, trzecią krzyżuje itd. Różaniec odgrywa rolę symboliczną w książce, a Lucyfer okazuje się pozytywną, heroiczną wręcz postacią. Myślę, że książka spotka się z uznaniem ludzi młodych, wyzwolonych spod jarzma doktryn religijnych.  

 

 

Świąteczna rozdawajka Wydawnictwa ZNAK i Poduszkowtza Listopad 20, 2011

Filed under: na marginesie — finkaa @ 8:16 pm

Nadszedł dzień pierwszej rozdawajki na moim blogu. Dzięki Wydawnictwu Znak do zaoferowania mam dwie niespodzianki.
 

Po pierwsze kod umożliwiający 30-procentową zniżkę na zakupy w Znaku.
 
Kod rabatowy do akcji świątecznej to:

Poduszkowietz

Kod daje Czytelnikom tego bloga zniżkę 30% na zakupy dowolnych książek na www.znak.com.pl

Można go użyć wielokrotnie do dnia 15 grudnia włącznie. Kod można wpisać podczas robienia zakupów.

Gdy klient kompletuje koszyk i przechodzi do płatności znajduje  miejsce na wpisanie kodu.
 
Drugą niespodzianką są oczywiście książki. Oto one:
 

 
Do rozdania mam „Obiecaj mi” Paula Richarda Evansa oraz „Podróże małe i duże” Wojciecha Manna i Krzysztofa Materny.

 

Co trzeba zrobić, aby dostać książkę?

Oto kilka zasad:

 

1. W komentarzu napisz, którą książkę chciałbyś/chciałabyś dostać (możesz zgłosić się po obie).

2. W komentarzu podaj także swój adres e-mail.

3. Poinformuj o mojej rozdawajce na swoim blogu, wklejając powyższe zdjęcie.

4. Będzie mi również bardzo miło jeśli dodasz poduszkowtza do obserwowanych/ulubionych itp. na swoim blogu. 🙂

 

Możecie się zgłaszać do 12-go grudnia do godziny 20. Zliczę zgłoszenia i ok. godziny 22 nastąpi losowanie.

W przeciągu 3 dni proszę zwycięzców o kontakt, bo bardzo zależy mi na tym, żebyście otrzymali paczki jeszcze przed świętami.

Rada dla niezdecydowanych: możecie się wstrzymać ze zgłoszeniem. Postaram się przed 12-tym opublikować recenzje obu książek.

 

Pozdrawiam, finkaa

 

stosik no. 9 Listopad 18, 2011

Filed under: stosiki — finkaa @ 11:14 am

Przyszedł czas na kolejny stos, oraz drobne ogłoszenie.

 

Stosik przedstawia się następująco:

 

 

Od góry:

„Bezduszna” Gail Carriger od nakanapie.pl.

„Kiki van Bethover” Eric-Emmanuel Shmitt od Wydawnictwa ZNAK  literanova.

„Obiecaj mi” Paul Richard Evans od Wydawnictwa ZNAK literanova.  Już nie mogę się doczekać.

„Bóg, kasa, rock’n’roll” duetu Hołownia, Prokop od Wydawnictwa ZNAK literanova.

„Podróże małe i duże” duetu Mann, Materna od Wydawnictwa ZNAK literanova.  Książka, przy której po prostu nie da się zachować powagi. Wiem, bo właśnie czytam.

 

A teraz drobne ogłoszenie. Dziwicie się pewnie dlaczego ZNAK obdarował mnie aż tak hojną paczką. Otóż, zdecydowałam się na zorganizowanie Akcji Świątecznej, w której wydawnictwo ZNAK za pośrednictwem poduszkowtza rozda dwie spośród czterech książek z dzisiejszego stosiku.

 

Zapraszam w niedzielę – zdradzę tajemnicę, które to książki i podam reguły uczestnictwa w rozdawajce.

 

Pozdrawiam, finkaa 🙂

 

„Wyspa niesłychana” Eduardo Mendoza Listopad 16, 2011

Filed under: recenzje — finkaa @ 7:15 pm
Tags: ,

Wydawnictwo: Znak litaranova

Rok wydania: 2011

Ilość stron: 315

 

Myślę, że o Eduardo Mendozie słyszała większość z nas. Pozwolę sobie zacytować fragment opisu jego twórczości, który znaleźć możecie na stronie Wydawnictwa Znak: „Swoją twórczość [Mendoza] określa mianem literackiego pijaństwa bądź powieściowego chuligaństwa. ” Uważam, że jest to niesłychanie trafny cytat, szczególnie w obliczu książki, którą teraz chcę zaprezentować.

 

„Wyspa niesłychana” to powieść przedziwna. Składa się ona z tak wielu maleńkich elementów, że trudno ją jednoznacznie opisać, ocenić czy sklasyfikować. Nie potrafię nawet napisać czy jestem na „tak”, czy też na „nie”. Było mi niezwykle trudno przedrzeć się przez pewne momenty, a potem połykałam kolejne strony z prędkością światła. Żeby usystematyzować nieco te moje haotyczne odczucia zacznę może od tego, że książka opowiada historię Fabregasa – człowieka, który pewnego dnia pakuje manatki, rzuca dobrze prosperującą firmę, byłą żonę, syna oraz całą Barcelone i przenosi się do nieznanej Wenecji. Nie wie po co, nie wie na jak długo i gdzie dokładnie ma zamieszkać. Wybiera pewien hotel i rzuca się w wir zwiedzania miasta. Właśnie podczas jednego z pierwszych spacerów spotyka tajemniczą kobietę. Maria Clara jest odziana w długą czasną pelerynę, towarzyszy jej były wspólnik, czy też klient Fabregasa. Niby nic dziwnego, ale Maria Clara, dowiedziawszy się gdzie Fabregas osiadł, zaczyna go niespodziewanie odwiedzać, nachodzić, pokazywać miasto, a nawet  zabiera go do przedziwnego miejsca, jakim jest podupadający pałac, w którym wraz z rodzicami mieszka. Pewnego dnia Maria Clara stawia wszystko na jedną kartę i prosi Fabregasa o dużą sumę pieniędzy. Zakochany Fabregas pożycza, choć wie, że to pieniądze na wyjazd. Czy Maria Clara wróci, a stosunki tej dziwnej pary w końcu się ocieplą? A może już zawsze, mimo widocznego uczucia, będą się do siebie zwracać per pan/pani?

 

Dlaczego twierdzę, że książka jest trudna w odbiorze? Otóż, dlatego, że Wenecja opisana w niej jawi się czytelnikowi jako miasto pełne tajemnic, niechlubnych czynów, mordów, kłamstw i złudzeń. Naszpikowana mitami i przypowiastkami „Wyspa niesłychana” to powieść, w której teraźniejszość miesza się z przeszłością, prawda z fałszem, święci z utracjuszami, a prawdziwa miłość z przelotnymi romansami. Fabregas to człowiek, który stoi na rozstaju dróg. Jest zagubiony, chory, zmarnowany, śmieszny i bezmyślny. Dni upływają mu na obijaniu się po pustych uliczkach Wenecji, lub wpatrywaniu się w hotelowy sufit. Maria Clara to kobieta niezależna, acz pełna wewnętrznej walki, rozpaczliwie szukająca wyjścia ze swojej trudnej sytuacji. Jej rodzice to groteskowa para nieudaczników. A może to tylko pozory? Może wszyscy ci bohaterowie spotkali się w złym miejscu o złej porze, a w innych okolicznościach okazaliby się prawdziwymi  szczęściarzami?

 

Książka porusza temat poszukiwania celu i radości w życiu oraz radzenia sobie z beznadzieją, która atakuje każdego, bez względu na status majątkowy, wiek i narodowość. Zagadnienia zawarte w niej bez wątpienia dają do myślenia. Robią to jednak w dość męczący sposób. Po kilku kartkach byłam przybita i zadziwiona  tym, że bohaterowie tak mało robią, by odzyskać stabilizację. Dlaczego więc nie spisuję całej powieści na stratę? Nie pozwalają mi na to ostatnie strony powieści. Oczywiście nie zdradzę ich treści, ale gwarantuję, że warto się przebić przez 100 dość miałkich kartek, żeby zostać zalanym ogromną dawką pozytywnych emocji.

 

Z Mendozą mam do czynienia poraz drugi. Chyba tylko dlatego, że byłam na to przygotowana, nie dałam się zwariować zagmatwanemu językowi, do którego autor się ucieka. W książce dialogów jest jak na lekarstwo, za to długie opisy ciągną się niekiedy przez 4, 5 stron. Wyszukane słowa nadawają książce powagi, a przygłupie wyrażenia niektórych z bohaterów śmieszności. Nie chcę przez to powiedzieć, że „Wyspa niesłychana” to powieść zabawna. Powiedziałabym bardziej, że jest to poważna opowieść o niezbyt poważnych ludziach. Dlatego właśnie rozpoczęłam recenzję od cytatu. Uważam, że Mendoza chciał, żeby jego bohaterowie czasem nieźle nachuliganili, albo robili wrażenie kompletnie zalanych.

 

Cóż jeszcze mogę dodać? Książka przypadnie do gustu fanom Mendozy. Na tyle, na ile mogę się orientować, jest ona sztandarowym przykładem pióra tego hiszpańskiego autora.  „Wyspę niesłychaną” polecam wszystkim, którzy lubią popatrzeć na życie w nieco przygnębiającym wydaniu. Polecam ją również tym, którzy są gotowi do poświęceń, aby zostać solennie wynagrodzonymi poprzez zakończenie. Mimo, że moja próba oceny książki jest niejednoznaczna i pewnie jest wiele pytań, na które nie odpowiedziałam, to czas spędzony z tą pozycją na pewno nie poszedł na marnę, a ja zmierzę się z nią kiedyś jeszcze raz. Może do „Wyspy niesłychanej” trzeba po prostu dorosnąć…

 

Książkę dostałam do recenzji od wydawnictwa Znak literanova. Dziękuję!

 

„Zapach spalonych kwiatów” Melissa de la Cruz Listopad 7, 2011

Filed under: recenzje — finkaa @ 9:58 pm
Tags: , , ,

 Wydawnictwo: Znak literanova

Rok wydania: 2011

Ilość stron: 303

Melissa de la Cruz to kolejna interesująca pisarka amerykańska, która podbija serca ludzi na całym świecie. Autorka bestsellerów New York Times i USA Today na co dzień pisze dla amerykańskich kobiecych magazynów takich jak Glamour czy Cosmopolitan, znajdując również czas na nieco bardziej opasłe formy, czyli książki. Rozdarta między Los Angeles, a Nowym Jorkiem, Melissa jest również żoną i matką.

 

Moje pierwsze spotkanie z tą jakże obiecującą autorką oceniam dość pozytywnie. Nie znam się zbytnio na gatunku paranormal romance, ale zaryzykuję stwierdzenie, że „Zapach spalonych kwiatów” można do takich zaliczyć. Wnioskuję po tym, że jedna z głównych bohaterek – czarownic zakochuje się w zwykłym człowieku, a druga postanawia się pobrać z osobnikiem niezwykle trudnym do sklasyfikowania. Może  to upadły anioł, lub demon, a może to to samo? Oczywiście, książkę można również określić jako fantasy, ze względu na ukrytą w niej magię, miotły, kociołki, różdżki, maszerujące żołnierzyki i dziwne stwory.

 

Co do fabuły, głównymi bohaterkami są matka i dwie córki. Wszystkie trzy są czarownicami próbującymi ukryć swoje prawdziwe oblicza między normalnymi ludźmi. Kiedy jedna z  sióstr – Freya – ma dość chowania się za pozorami normalności, zaczyna pomagać swoim klientom, serwując im miłosne, zaczarowane koktajle. Kiedy druga siostra – Ingrid – postanawia skończyć z ukrywaniem się, wiąże supły i szepcze zaklęcia, aby przywrócić kobietom płodność, zdrowie i zdradzających mężów. Matka dziewczyn – Joanna – również ma na swoim koncie kilka zagrań, które obnażają jej prawdziwą naturę. Nagle miarka zaczyna się przebierać i nad spokojnym miasteczkiem zbierają się czarne chmury. Kilka niewyjaśnionych zaginień, oraz śmierci daje czarownicom do myślenia czy aby nie naraziły się Radzie i nie ściągnęły na siebie niebezpieczeństwa…

 

Między czasie, Freya prowadzi  całkiem wyuzdane, podwójne życie erotyczne, a Ingrid z mocno związanym koczkiem i okularami przysłaniającymi nie tylko oczy, ale również jej prawdziwe oblicze, nieświadomie uwodzi płeć przeciwną. Jak skończą się nierozważne wyczyny kobiecej rodziny czarownic? Gdzie podziała się jej męska część? Odpowiedzi na te pytania należy szukać między stronami, obłożonej prześliczną okładką książki.

 

„Zapach spalonych kwiatów” mogłabym podzielić na trzy części. Pierwsza, najdłuższa, i moim zdaniem najlepsza, to opis życia trójki samotnych kobiet, które w swoim codziennym życiu kochają, doświadczają problemów, chodzą na spacery, uwodzą, przebierają się i są odwiedzane przez sąsiadów. Część druga przenosi nas do dziwnego świata fantasy, zabiera do krainy umarłych, prezentuje masę symboli i znaków. Tutaj nazwy miejsc i ludzi są tak egzotyczne, że łamałam sobie język i traciłam pojęcie o co w tym wszystkim chodzi. Część trzecia jest króciutka i wywraca całą resztę do góry nogami – to epilog, który pozostawia nas zdezorientowanych i pełnych dociekliwych myśli.

 

Wielkim plusem książki są jej barwne bohaterki. Mimo, że są skrajnie różne, dosłownie nie da się ich nie lubić. Serdeczne, zwariowane, uczuciowe, wymarzone kandydatki na przyjaciółki, przed którymi nie ma  się tajemnic. Lekki  język książki sprawia, że czyta się ją przyjemnie, a liczne dialogi ułatwiają zrozumienie nawet najbardziej zawiłych kwestii. Kolejnym atutem „Zapachu” jest  wartka akcja. Czytelnik nie ma czasu się nudzić, gdyż krótkie rozdziały przenoszą go w różne światy, stawiają naprzeciw trudnych, a czasem wzruszających problemów.

 

Minusy? Na pewno nie lubię kiedy książka „się nie domyka”, to znaczy kiedy nie daje mi stuprocentowej odpowiedzi jak potoczyły się dalsze losy bohaterów. „Zapach spalonych kwiatów” zostawił w tej kwestii czytelnikowi prawdziwe pole do popisu. Można mnożyć przypuszczenia, co dalej z sympatycznymi czarownicami. Być może niektórzy odbiorą to jako największy atut…

 

Mam mały problem ze zdefiniowaniem odbiorcy. Tematyka czarownic najbardziej kojarzy mi się z książkami młodzieżowymi, jednak zawarte w „Zapachu spalonych kwiatów” sceny seksu tę grupę raczej wykluczają. Myślę, że jest to książka skierowana do kobiet gotowych na ostry romans, a zarazem obdarzonych bogatą wyobraźnią i otwartych na równoległe światy.  Polecam!

 

Książkę otrzymałam do recenzji od Wydawnictwa Znak. Dziękuję!