poduszkowietz

"Niczego nie daje zapadanie się w marzenia i zapominanie o życiu." – Czyżby?…

„Gaumardżos!” Anna Dziewit-Meller, Marcin Meller Czerwiec 24, 2014

Filed under: recenzje — finkaa @ 11:50 am
Tags: , ,

gauWydawnictwo: Świat Książki

Ilość stron: 397

Rok wydania: 2014

 

Anna Dziewit-Meller i Marcin Meller to małżeństwo polskich dziennikarzy od lat zakochanych w Gruzji. Ona publikowała m.in. w „Polityce” i „Wysokich Obcasach”. Pisuje książki, gra w zespole Andy. On głównie znany jako redaktor „Playboya”, ale również jako prowadzący Dzień Dobry TVN. Jego felietony i reportaże wojenne ukazywały się m.in. w „Polityce”, „Newsweeku”. Bardzo kreatywna i mobilna para, która swoje wesele postanowiła wyprawić w Gruzji. Dlaczego? Właśnie o miłości do tego kraju i wywodzącej się z niej decyzji jest ta książka.

 

„Gaumardżos!” czyli „Na zdrowie!” to zbiór opowieści przeróżnych. Nie tylko tych poważnych o politycznych szujach, wojnie, Stalinie i gospodarczej zgniliźnie, która uniemożliwia „europejskie” życie wielu Gruzinom. To przede wszystkim zbiór opowiadań o ludziach, o ich pasjach, miłościach, życiu. Z książki dowiadujemy się z czego słynie Gruzja. Najbardziej charakterystyczną cechą jest chyba tzn. Geogria Maybe Time, czyli przyzwolenie na spóźnianie się o kilka godzin, a niekiedy miałam nawet wrażenie, że doba w tą czy w tą nie robi różnicy. Ponadto, możemy przeżyć prawdziwą gruzińską suprę i wypić toast z gruzińskim tamadą. Supry to wielogodzinne i wielowielodaniowe uczty, które składają się z wielu nawet kilkudziesięciominutowych toastów, wznoszonych przez gospodarza, czyli tamadę. Gruzja to również Stalin. Bo jak mówią mieszkańcy Gori, gdyby w Polsce urodził się jeden z najznamiennitrzych przywódców świata, nawet jeśli byłby mordercą, kochałyby go tłumy.

 

Mimo całej mojej sympatii do chaosu panującego w Gruzji i przyjacielskości emanującej z Gruzinów, najbardziej urzekł mnie reportaż o locie 6833 do Batumi. Dlaczego grupa młodych, inteligentnych ludzi zdecydowała się na niemal pewną śmierć? Czy walka za wolny kraj wymaga aż takich poświęceń? Kto stał za śmiercią „chłopców”? Nie planowałam tak szybko ukończyć książki, ale kiedy odnalazłam pierszą stronę reportażu pt. „6833 do Batumi” wiedziałam już, że nie skończę  dopóki nie poznam całej historii, którą Marcin Meller tak skwapliwie podzielił się z czytelnikiem.

 

Książka to zbiór zabawnych i poważnych, krótszych i dłuższych felietonów-opisów-wspomnień-reportaży, suto nakrapianych pięknymi zdjęciami w większości autorstwa małżeństwa Mellerów.

 

Nieraz spotkałam się z nudnymi książkami podróżniczo-reporterskimi. Charakteryzowały się przydługimi opisami zdarzeń, suchymi faktami, zachwytami nad czymś czego ja nie mogę zobaczyć, nawet oczyma wyobraźni. „Gaumardżos” jest inna. Ta książka ma duszę. Wynika to pewnie z faktu, że nie ma nudnych Gruzinów, nudnych gruzińskich krajobrazów i nudnym posiadówek kończących się kacem. Gruzja żyje, jej mieszkańcy biorą życie pełnymi garściami, a to wyczuwa się na kartach książki od samego początku. Dlatego polecam wszystkim, którzy szukają wakacyjnych inspiracji. Na pewno przy tej książce nie będziecie narzekać na brak wrażeń, a zapewniam, że nie jeden z Was bezpośrednio po odłożeniu lektury zacznie pakować swój plecak.

Reklamy
 

„Zapiski (pod)różne” Martyna Wojciechowska Lipiec 25, 2013

Filed under: recenzje — finkaa @ 11:29 am
Tags: , ,

lit Wydawnictwo: G+J RBA

Ilość stron: 195

Rok wydania: 2011

 

Martyna Wojciechowska to jedna z najbardziej rozpoznawalnych dziennikarek w Polsce. Pisze, prowadzi programy telewizyjne, ale paliwem napędowym jej twórczości są podróże. Autorka, związana z takimi markami jak National Geographic i TVN, twierdzi, że od zawsze w podróżach towarzyszyły jej notesy pełne luźnych przemyśleń z podróży. Tymi notatkami postanowiła się podzielić w niniejszej książce.

 

Wraz z Martyną wędrujemy dosłownie po całym świecie, od Indii, Ameryki Południowej, aż po Rosję, Afrykę i oczywiście Japonię. Wojciechowska opisuje scenki sytuacyjne, na które natknęła się w przeróżnych krajach i kulturach. Między innymi, możemy dowiedzieć się dlaczego jedyną osobą, która nie świętuje na namibijskim weselu jest panna młoda, oraz dlaczego nie warto wtrącać się w rodzinne dramaty w Mongolii. Razem z  Martyną odkrywamy lokalną kuchnię, uczestniczymy w tradycyjnym kastrowaniu byczków w Argentynie, zbieraniu alg w Zamzibarze, odkrywamy zupełnie obcy nam świat.

 

Mnie jednak, najbardziej podobały się fragmenty listów do przyjaciół autorki. Są one nacechowane głębokimi przemyśleniami, prawdą płynącą nie tylko z innego zakątka świata, ale również głęboko z serca. Jeden z fragmentów nosi tytuł „Potęga teraźniejszości” i mówi o żalu, że nie zdążyło się zrobić tego, co było jedyną właściwą drogą. Czas na nikogo nie czeka, a Wojciechowska świetnie oddała to w kilku wzruszających zdaniach.

 

Książkę cechuje bardzo nieformalny język. Autorka dopuszcza się sporadycznych przekleństw i przesadnego zangielszczania, co pewnie w innej książce mogłoby być irytujące, natomiast tutaj świetnie oddaje barierę językową, która towarzyszy wyprawom w często niezbyt cywilizowane zakątki naszego globu. Krótkie rozdziały sprawiają, że książka nabiera dużego tempa. Z minuty na minutę przenosimy się do innego świata, poznajemy nowych ludzi, nowe obyczaje i… ciągle nam mało.

 

Nigdy wcześniej nie widziałam Wojciechowskiej w telewizji, nigdy nie czytałam o niej, ani jej artykułów. Ta mała książeczka pozwoliła mi jednak poznać kobietę niezwykłą i bardzo, bardzo odważną. Chciałabym polecić „Zapiski (pod)różne” wszyskim tym, którzy podobnie jak ja, mają w sobie lęk. Przed nieznanym, przed jutrem, przed drugą osobą. Nieważne przed czym. Martyna udowadnia, że nigdy nie należy się zatrzymywać, i że w życiu zawsze czeka nas coś lepszego. Tylko trzeba iść dalej.

 

„Stażystka” Mimi Alford Lipiec 9, 2012

Filed under: recenzje — finkaa @ 1:24 pm
Tags: , ,

 Wydawnictwo: Znak litera nova

Rok wydania: 2012

Ilość stron: 255

 

Marion „Mimi” Alford jest  70-letnią kobietą, która jako 19-latka została wybrana przez Johna F. Kennedy’ego jako kolejna z jego kobiet na kilka miesięcy. Za panowania JFK w Białym Domu roiło się od sekretarek i pracownic biurowych, które piasowały tę dodatkową funkcję. Romans Alford trwał 18 miesięcy, a po śmierci prezydenta sprawa ucichła. Niestety tylko na 50 lat. W 2003 roku sprawa przeciekła do pracy i Mimi ze spokojnej mieszkanki Nowego Jorku i pracownicy administracyjnej lokalnego kościoła stała się na chwilę minigwiazdą brukowców. Nie mogąc uciec wydała oświadczenie i mogłoby się na tym skończyć, gdyby nie to, że postanowiła napisać książkę…
 
Alford pochodzi z dobrego amerykańskiego domu, uczęszczała do najlepszych, prywatnych szkół dla dziewcząt. Staż w Białym Domu miał być fantastyczną przygodą i świetnym dodatkiem do genialnego CV. Już w pierwszych dniach swojej pracy w biurze prasowym Białego Domu, Mimo dostała telefon od współpracownika, który pytał czy nie poszłaby popływać. Bez zastanowinia zgodziła się i tak odkryła basen Białego Domu. W godzinach pracy pływały w nim najładniejsze pracownice, a prezydent przychodził wybierać. Tak właśnie wybrał i Mimi. Kierowana sztabem zaufanych współpracowników JFK’a szybko poznała jak należy się zachowywać i którędy do sypialni Najważniejszego. Nawet po skończonym stażu, kiedy Mimi mieszkała już w akademiku, prezydent dzwonił do niej pod pseudonimem i zapraszał na wspólne półoficjalne podróże. Tak młodziutka dziewczyna spędzała czas z prezydentem, niby będąc jego zabawką, niby kochanką, niby przyjaciółką, niby służącą.
 
Co mnie urzekło w „Stażystce” do dogłębny i uroczy opis amerykańskiego życia lat 60′. Akcja toczy się nie tylko w Waszyngtonie, ale również na Brooklynie i Manhattanie, oraz marginalnie w stanie New Jersey. Co więcej, jeśli książkę potraktować jako powieść obyczajową o przebiegu życia zwyczajnej, amerykańskiej kobiety można pokusić się o stwierdzenie, że Mimi Alford napisała dość  przyjemne czytadło. Jej postać bardzo mnie zaciekawiła. Przejścia z pierwszym mężem, praca w kościele, biegi, wychowywanie dzieci i prawdziwa miłość w bardzo dojrzałym już wieku. Te wszystkie zwyczajne rzeczy sprawiły, że poznałam silną kobietę, z którą mógłaby się identyfikować każda z nas. Amerykańska sceneria dodała tylko całości animuszu.
 
Niestety, znacznym mankamentem, o którym ciągle do końca nie wiem co napisać, był epizod „romansu” z Kennedy’m. Wzięłam to słowo w cudzysłów celowo, gdyż nie mam na ten związek właściwego określenia. Czy potępiam Mimi? Raczej nie, bo kim jestem, żeby mieć do tego prawo? Uważam jednak, że to co się stało powinno skończyć się prostolinijnym oświadczeniem, zamkniętym w kilku zdaniach, które podała do prasy będąc już rozpoznaną przez media. Myślę, że wiele lat po śmierci prezydenta, oraz będąc w sile wieku, po prostu nie wypada pisać o tym jak straciło się dziewictwo z najbardziej wpływowym człowiekiem Ameryki lat 60-tych. Niesmacznie robiło mi się przy opisach jego seksualnych preferencji, oraz jej uległości, której skądinąd Mimi wcale się nie wstydzi, twierdząc, że była młoda i naiwna, a prezydent dawał jej poczucie wysokiej samooceny.
 
Musiało upłynąć wiele czasu od przeczytania, zanim zdecydowałam się napisać tę recenzję. Jeśli ktoś oczekuje, że książka zabierze go w świat erotycznych uniesień prezydenta, to się rozczaruje. Takich nie było i nie mogło być między 19-letnią, nieświadomą Mimi i JFK’iem, który miał 45 lat. Jedyne co „Stażystka” oferuje to w sumie garść suchych faktów o związku tytułowej bohaterki z prezydentem, oraz szczegółowy opis jej całego (!) prywatnego życia, od narodzin, aż do teraz.
 
Jak ocenić książkę? Proponuję w dwóch kategoriach. Jeśli Mimi liczyła na to, że rzuci publiczność na kolana swoim romansem z Kennedy’m to wyszła z tego niesmaczna powiasta zasługująca na dwóję. Natomiast jeśli spojrzeć na ksiażkę jako na powieść obyczajową ukazującą życie przeciętnej Amerykanki o dość odważnej postawie wobec mężczyzn, możnaby się pokusić o dobry z minusem.
 

Książkę otrzymałam jako egzemplarz recenzyjny od wydawnictwa ZNAK. Dziękuję!

 

„Pojechane podróże” red. Marek Tomalik Kwiecień 12, 2012

Filed under: recenzje — finkaa @ 1:26 pm
Tags: , ,

 Wydawnictwo: Pascal

Rok wydania: 2012

Ilość stron: 320

Marek Tomalik to podróżnik z pasją, który zakochał się w Australii, oraz w polskich Karpatach. Jest dziennikarzem prasowym oraz radiowym, z wykształcenia geologiem. Jest również współorganizatorem festiwalu podróżników „Trzy żywioły”, a także duchem opiekuńczym niniejszej książki. Czym są „Pojechane podróże” i jak łączą się z festiwalem? Otóż, pięknie oprawiona i usiana zdjęciami książka to nic innego jak pisemne „zeznania” podróżników, którzy co roku goszczą na kolejnych festiwalach, aby opowiadać o swoich podróżach, a także aby pokazywać filmy dokumentalne nakręcone podczas wypraw. Oprócz pięknych historii, które snują polscy podróżnicy, przedsmak festiwalowy zapewnia płyta DVD dołączona do książki, zawierająca 4 filmy dokumentalne.

Jeśli miałabym zamknąć opis książki w jednym zdaniu, napisałabym, że to „literatura faktu w najpiękniejszej postaci, zdobiona jednymi z piękniejszych zdjęć, jakie w życiu widziałam”. Książka ukazuje 21 zapaleńców, którzy odbyli 17 niesamowitych podróży. Czytelnik wędruje z polskimi globtroterami praktycznie w każdy zakątek świata, od mroźnego Zanskaru w Indiach i Szetlandów Południowych, po upalne zakątki Madagaskaru, Indii, Dżibuti i tak dalej na Północ, Południe, Wschód i Zachód. Odwiedzamy niemal każdy zakątek świata. Podróżujemy różnymi, czasem bardzo dziwnymi środkami transportu, jak choćby polski traktor (wyprawa przez Amerykę Południową!), pakistańska ciężarówka, motor, rower, jednosilnikowy dwupłatowciec. Oczywiście, nie muszę mówić, że oprócz ciągłego marszu i poruszania się wspomnianymi środkami lokomocji, pokonujemy kilometry pływając na i pod wodą. Książka jest niesamowitą mieszanką, w której idzie znaleźć wszystko o czym podróżnik, lub przyszły podróżnik zamarzy.

Oczywiście, oprócz krajobrazów, pięknie opisanych i sfotografowanych, drugim ogromnym atutem przewodnika są ludzie, którzy go tworzą. W różnym wieku, o różnym wykształceniu, z jednym marzeniem – aby uciec od cywilizacji i spojrzeć na goniący nas świat z boku. Niesamowitym jest z jaką godnością i szacunkiem polscy podróżnicy opowiadają o ludziach z całego świata, o warunkach w jakich tamci żyją, o ich ogromnej gościnności. Właściwie, oprócz kilku przykrych incydentów kradzieży czy naciągactwa, nie ma w książce ani śladu goryczy po tym co podróżnicy zobaczyli. Jest tylko nadzieja lub wręcz pewność, że wrócą tak dokąd dotarli. Jest miłość wobec ludzi, których poznali, oraz wdzięczność za każdą miskę strawy i cztery (czasem gołe) ściany, by się wyspać. Zaskoczyło mnie z jaką łatwością idzie się zaprzyjaźnić nawet pomimo ogromnych różnic kulturowych i językowych barier.

Mam wiele ulubionych opowiadań. Nie potrafię wskazać najlepszego. Podziwiam odwagę Marcina Obałka, który dotarł polskim Ursusem aż do Ameryki i poznał ją od podszewki. Niesamowita jest dla mnie odwaga Katarzyny Gembalik oraz Mikołaja Książka, którzy kupili pakistańską, kolorową ciężarówkę i przyjechali nią aż do Warszawy. Arka Ziembę cenię za miłość jaką obdarzył Madagaskar i jego mieszkańców. Mogłabym tak wymieniać bez końca. Każdy podróżnik nauczył mnie czegoś innego i pokazał zupełnie nowy świat.

Właściwie książka nie ma słabych stron. Jest pięknie wydana, ilustrowana i oprawiona. Autorzy władają poprawną polszczyzną, a tych kilka literówek zrzucam na garb pośpiechu, który towarzyszy każdemu człowiekowi w trasie. Zastanawia mnie tylko dlaczego niektórzy podróżnicy nie pofatygowali się, aby ułatwić czytelnikowi odbiór i wyjaśnić bardziej skomplikowane zwoty, szczególnie opisujące ich profesjonalny sprzęt lub zapożyczone od tubylców. Przy niektórych rozdziałach polecam zaopatrzyć się w długopis i kartę, by po odłożeniu książki zająć się googlowaniem trapiących nas zwrotów.

Podsumowując, książkę polecam każdemu czytelnikowi, niezależnie od wieku i literackich upodobań. Bo przecież wszyscy żyjemy w tym samym świecie i nikomu z nas nie zaszkodziłoby wiedzieć o nim jeszcze o troszkę więcej. „Pojechane podróże” na pewno sprostają naszemu głodowi wiedzy, bo chyba nie ma człowieka, którego taka lektura nie wprawiłaby w osłupienie.

 

Książkę otrzymałam jako egzemplarz recenzyjny od wydawnictwa PASCAL. Dziękuję!

 

„Heretycy i inkwizytorzy” Edward Potkowski Marzec 14, 2012

Filed under: recenzje — finkaa @ 10:11 am
Tags: ,


Wydawnictwo: Bellona

Rok wydania: 2011

Ilość stron: 159

Prof. dr hab. Edward Potkowski to polski historyk, oraz wykładowca Akademii Humanistycznej w Pułtusku. Najnowszym jego dziełem jest książka historyczna „Heretycy i inkwizytorzy” wydana przez wydawnictwo Bellona w 2011.
„Heretycy i inkwizytorzy” to spójny i bardzo obrazowy przewodnik po średniowiecznych poczynaniach Kościoła. Książka dość nikłych rozmiarów zabiera nas w podróż przez stulecia, ukazując najpierw chaotyczną walkę z heretykami, potem usystematyzowaną wojnę pomiędzy inkwizytorami i konkretnymi ugrupowaniami heretyckimi. Autor skupia się głównie na największych nurtach heretyckich średniowiecznej Europy, jakimi byli katarzy i waldensi. Przybliża postaci najznakomitrzych inkwizytorów, oraz opisuje ich poczynania w konkretnych państwach, nie wykluczając Polski, chociaż tutaj inkwizycja nie odcisnęła aż tak wielkiego piętna jak w Hiszpanii, Francji, czy choćby w Niemczech. Potkowski nakreśla postaci kolejnych papieży i opisuje ich postawy wobec inkwizycji, szczegółowo podaje liczby i daty, co nadaje jego pracy wiarygodności i powagi.
O średniowiecznych herezjach wiedziałam co nieco wcześniej, jednak książka Potkowskiego rzuciła nowe światło na chaniebne czyny instytucji Kościoła. Zdziwił mnie fakt, że podczas tortur, proboszcz nie mógł sobie pozwolić na rozlew krwi, gdyż było to niezgodne z obowiązującym prawem kościelnym. Wcześniej wydawało mi się, że inkwizycyjne tortury były długotrwałe, bardzo wyszukane i niesamowicie bolesne. Okazuje się jednak, że Kościół nie pozwalał sobie nawet na wykonywanie kar śmierci. Kiedy wyrokiem sądu inkwizycyjnego ktoś skazany został na śmierć, oddawano go w ręce władz świeckich, które często zmuszane były do ścisłej współpracy z papieżem.
Książka podzielona jest na kilka długich rozdziałów, co pozwala orientować się w chronologii, oraz opisywanych państwach. Oczywiście, praca Potkowksiego nie jest dobra dla poszukiwaczy wartkiej akcji czy zawiłych dialogów, ale myślę, że nikogo kto chciałby po nią sięgnąć to ani nie zaskakuje, ani nie przeraża. Fakty są podane w przystępny sposób, bez wyszukanego słownictwa, czy przesadnej liczby łacińskich zwrotów. Dodatkowym atutem książki są ilustracje, które pięknie obrazują średniowiecznego ducha. Ważną zaletą książki jest brak stronniczości. Na przestrzeni 150 stron, dwa razy zostało podkreślone, że rozpatrywanie win Kościoła nie może obyć się bez uwzględnienia czasów w jakich inkwizycja miała miejsce, obyczajów i ówczesnych standardów. Widać, że w ten zgrabny sposób, autor dystansuje się od pochopnych opinii, prezentując swoje umiejętności historyczne najwyższej klasy, a ocenę pozostawiając czytelnikom.
Polecam książkę każdemu zainteresowanemu średniowieczem, oraz ruchami heretyckimi i ich pogromcami. „Heretycy i inkwizytorzy” to skarbnica faktów, popartych solidną dawką dat i nazwisk, a także obrazów i rycin, które pozwolą nam się przenieść do Europy wieków średnich i zasmakować ich ducha na własnej skórze.

 Książkę otrzymałam jako egzemplarz recenzyjny od nakanapie. pl Dziękuję!

 

„Podróże małe i duże, czyli jak zostaliśmy światowcami” – Wojciech Mann, Krzysztof Materna Grudzień 7, 2011

Filed under: recenzje — finkaa @ 8:08 pm
Tags: , ,

 Wydawnictwo: ZNAK literanova

Rok wydania: 2011

Ilość stron: 272

Autorów tej książki nie trzeba nikomu przedstawiać. Niesamowity duet, który bawi Polaków od wczesnych lat 90-tych, tym razem postanowił połączyć swoje siły, nie po to, aby zagrać kolejny powalający skecz, ale aby rozśmieszyć człowieka słowem pisanych. Zadanie to Mann i Materna wykonali idealnie, a wspomnienia zawarte w książce na długo zagoszczą w umysłach czytelników.

Książka to przewodnik po najciekawszych podróżach Wojciecha Manna i Krzysztofa Materny. Panowie odbywali je razem, lub rozdzielali się na przykład podczas podróży prywatnych. Wraz z autorami kierujemy się nie tylko na południe, północ, wschód i zachód Europy, ale także, ku mojej ogromnej uciesze, do Stanów Zjednoczonych, które poznajemy od niesamowitej strony – opisywane są z perspektywy niezależnych turystów, którzy lecą nie tylko zwiedzać, ale poznać amerykańskie życie niejako od podszewki, starając się przetrwać tam kilka miesięcy.

Książka pełna jest przezabawnych sytuacji i komicznych tarapatów, w które wpadali autorzy podczas przemierzania tysięcy kilometrów. Trudno mówić o najzabawniejszej opowiastce, bo czytając książkę właściwie cały czas napotyka się na skecze, które po prostu trzeba zwięczyć uśmiechem, lub wręcz głośnym śmiechem. Mam wrażenie, że autorzy podczas pisania książki przebywali cały czas w swoim towarzystie, dzięki czemu w ciągu jednego rozdziału możemy doświadczyć nawet kilka zmian narratorów. Uwielbiam spokój z jakim wypowiada się Mann, oraz nadwrażliwość, którą wykazuje Materna. Myślę, że warto wspomnieć również o tym, że Mann i Materna nie stronią od odkrywania swoich prywatnych kart, opowiadając o własnych upodobaniach, zainteresowaniach, fobiach i maniach.

Znaczną część książki zajmują zdjęcia – przeróżne i przepiękne, ukazujące autorów w przeróżnych sytuacjach. Właściwie nie muszę chyba dodawać, że prawie zawsze autorzy stoją poważni jak kamienne posągi co teraz z perspektywy kilku dni od przeczytania, wydaje mi się chyba najbardziej komiczne. 🙂 A poważniej, książka jest niejako albumem autorów który prowadzi nas po najdalszych zakątkach, pozwala zobaczyć jak wyglądało życie w innych krajach podczas, gdy u nas szalała godzina policyjna i cenzura.

Oczywiście polecam, polecam i jeszcze raz polecam. Nie ma specjalnych ograniczeń wiekowych, ani gustowych. Po prostu siadać, czytać i zrywać boki ze śmiechu.

Przypominam, że książka jest do wygrania TUTAJ.

Książkę otrzymałam do recenzji od Wydawnictwa ZNAK literanova. Dziękuję!

___________

Przypominam również o 30-procentowym kodzie rabatowym na świąteczne zakupy w Znaku:

Kod rabatowy do akcji świątecznej to:

Poduszkowietz

Kod daje Czytelnikom tego bloga zniżkę 30% na zakupy dowolnych książek na http://www.znak.com.pl

Można go użyć wielokrotnie do dnia 15 grudnia włącznie. Kod można wpisać podczas robienia zakupów.

Gdy klient kompletuje koszyk i przechodzi do płatności znajduje miejsce na wpisanie kodu.

___________

Ostatnie ogłoszenie na dziś dotyczy …. oczywiście Świąt.

Wydawnictwo ZNAK uruchomiło przeglądarkę prezentów http://www.prezent.znak.com.pl/

Dzięki temu narzędziu można wybrać książkę dla mamy, taty, siostry, brata itd. za pomocą mechanizmu. Można też wyniki publikować na fb i podpowiedzieć komuś wymarzoną książkę.

Polecam!  🙂