poduszkowietz

"Niczego nie daje zapadanie się w marzenia i zapominanie o życiu." – Czyżby?…

„Morderstwo na mokradłach” Sasza Hady Październik 11, 2014

Filed under: recenzje — finkaa @ 1:36 pm
Tags: , ,

mor Wydawnictwo: Oficynka

Rok wydania: 2012

Ilość stron: 381

Sasza Hady to pseudonim Aleksandry Motyki, młodej polskiej pisarki, która swoim lekkim piórem i niezwykłym poczuciem humoru mogłaby zawstydzić nie jednego literata ze sporym doświadczeniem. Skąd ta pewność w mojej ocenie? Jestem świeżo po lekturze „Morderstwa na mokradłach” – debiutu autorki. Właśnie przed chwilą wyczytałam też, że jest już na rynku kontynuacja przygód Alfreda Bendelina. I całe szczęście, bo już się martwiłam, że na tym koniec.

Ale powoli do rzeczy. Zacznijmy może od tego, że Alfred Bendelin w ogóle nie istnieje. Wyobraźcie sobie sytuację, w której Wasz przyjaciel-pisarz używa Waszego adresu, aby osadzić w Waszym domu głównego bohatera swojej powieści kryminalnej. To właśnie spotkało niewypowiedzianego pechowca Nicholasa Jonesa, któremu z tego powodu wielu ludzi nie chciało uwierzyć w prawdziwą tożsamość. Tym sposobem Nicholas zostaje zmuszony do przyjęcia „oferty nie do odrzucenia” – rozwiązania zagadki kryminalnej na malowniczej angielskiej prowincji. Helen Bradbury to kobieta z klasą, której po prostu się nie odmawia. I na nieszczęście Jonesa to właśnie ona pod wpływem bestsellera wtargnie do mieszkania z lektury w poszukiwaniu Bendelina i zleci nieszczęśnikowi rozwiązanie zagadki znalezienia odpowiedzi na pytanie kto stoi za martwą głową w spiżarni dystyngowanej zleceniodawczyni.

Jako, że Jones nie ma pojęcia jak się zabrać za spawę, wpada na pomysł powołania asystenta, który o morderstwach wie nieco więcej. Tym sposobem flegmatyczny Nicholas Jones, oraz jego przyjaciel-pisarz o nieodpartym uroku ruszają do Little Fenn, aby odnaleźć mordercę… A tam, jak na maleńkiej angielskiej prowincji, płynie sielskie życie. Wszyscy są przesympatyczni, przyjaźnie do siebie nastawieni. Każdy wie o drugim praktycznie wszystko i nikomu się w głowie nie mieści, żeby morderstwa dopuścił się sąsiad. Co poczną Nicholas i uroczy Rupert? Oczywiśnie doskonale odnajdą się na wsi, zasmakują specjałów wszystkich starszych pań z okolicy, odpoczną podziwiając prześliczne krajobrazy i zaprzyjaźnią się ze wszystkimi dziećmi biegającymi po wiejskich dróżkach. Tylko jak to się ma do prawdziwego celu ich podróży?

Tak jak pierwszą książką, przy której płakałam prawdziwymi łzami był „Harry Potter”, tak pierwszą powieścią, przy której bolał mnie brzuch od śmiechu było „Morderstwo na mokradłach”. Spodziewałam się po przychylnych recenzjach, że książka będzie dobra, lecz to co otrzymałam przeszło moje pozytywne oczekiwania. Autorka po prostu rzuca na kolana świetnym stylem, błyskotliwymi dialogami, zabawą z językiem i konwenansami. Świetnie odzwierciedla życie prowincjonalnej Anglii, jednocześnie szokując bohaterów, jak również odbiorców motywem homoseksualnym. O zakończeniu nawet nie wspomnę. Gwarantuję, że nie zorientujecie się co tak naprawdę stało się w LIttle Fenn aż do samego końca.

Reasumując, dostałam o 100% więcej, niż oczekiwałam. Myślę, że Saszę Hady już można nazwać jedną z lepszych pisarek w kraju. Nie mogę się doczekać kiedy dopadnę „Trupa z Nottingham”, w którym to Bendelin rozwiązuje kolejną zagadkę. Polecam „Morderstwo na mokradłach” nie tylko miłośnikom kryminału. Książka nie jest przesadnie straszna, więc mogą ją czytać dosłownie wszyscy, którzy mają ochotę nieźle się pośmiać.

 

„Millennium – Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” Stieg Larsson Czerwiec 29, 2014

Filed under: recenzje — finkaa @ 5:54 pm
Tags: , ,

men Wydawnictwo: Czarna Owca

Ilość stron: 634

Rok wydania: 2011

 

 

Stieg Larsson to jeden z obecnie najbardziej znanych i poczytnych pisarzy świata. W 2008 zajął drugie miejsce na świecie pod względem sprzedawalności swoich książek. Larsson to nie tylko powieściopisarz, ale również dziennikarz, który sympatyzował z ekstremalną szwedzką lewicą. Wspierał ruchy antyrasistowskie i antynazistowskie. W Polsce współpracował z pismem „Nigdy więcej”. Niestety, jego prężną karierę przerwała niespodziewana śmierć w 2004 roku, spowodowana rozległym zawałem. Larsson nigdy nie dokończy już czwartej części genialnej powieści „Millennium”.

 

„Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” to pierwsza z trzech części „Millennium”, w której para detektywów-amatorów podejmuje się pozornie beznadziejnej sprawy. Mikael Blomkvist jest redaktorem naczelnym magazynu „Millennium” – gazety udaremniającej ekonomiczne machlojki szwedzkich biznesmenów. Kiedy Blomkvist robi jeden krok za dużo  i ma trafić za kratki za zniesławienie, jego kariera nagle stoi pod wielkim znakiem zapytania. Wtedy pojawia się on – Henrik Vanger – i proponuje pewien układ. Osiemdziesięciolatek obiecuje, że pozwoli Blomkvistowi wyjść obronną ręką z całej afery o zniesławienie, dostarczając niezbitych dowodów poświadczających o wersji Blomkvista. Jest tylko jedna sprawa. A właściwie dwie. Pod przykrywką pisania biografii rodu Vangerów, Blomkvist ma odkryć kto, kilkadziesiąt lat temu, zabił Harriet Vanger – wnuczkę brata Henrika i przyszłą następczynię całej sieci korporacji Vangerów. Blomkvist nie ma nic do stracenia. Musi wycofać się z pracy, oczekiwać na wezwanie do odsiadki. Postanawia więc na rok przeprowadzić się na urokliwą szwedzką wyspę prawie w całości zamieszkałą przez Vangerów, oraz prawdopodobnie mieszczącą w sobie miejsce brutalnego mordu.

 

Mniej więcej w tym samym czasie poznajemy Lisbeth Salander. Kobieta ma trochę ponad dwadzieścia lat, jest spektakularnie aspołeczna, wytatuowana i nie znosząca kompromisów. Żyje na przekór wszystkim i wszystkiemu. Nie zważa na konwenanse, często ucieka się do przemocy. Dziewczyna jest ubezwłasnowolniona i doskonale wie, co to znaczy zemsta na tych, którzy ograniczają jej wolność. Na zlecenie prawnika Vangera, Lisbeth ma prześwietlić na wylot Blomkvista. Jako światowej sławy hakerka, Lisbeth nie ma z tym problemu i wyciąga na światło dzienne największe sekrety życia prywatnego zniesławionego dziennikarza. Co ciekawe, ten nie reaguje na to złością. Wręcz przeciwnie, od razu poznaje się na geniuszu młodej hakerki i zachęca do współpracy. Od tego momentu wpadamy w wir niesamowitych wydarzeń.

 

Wątek zaginięcia i rzekomego morderstwa Harriet dopracowany jest w najmniejszym szczególe. Mamy do czynienia z tzw. zagadką zamkniętego pokoju, bo w dniu zniknięcia Harriet dostęp do wyspy był odcięty, więc podejrzanymi są wyłącznie ludzie obecni na wyspie, a więc w większości najbliższa rodzina. Podążamy żmudną drogą wykluczania poszczególnych osób przebywających w felerny dzień na wyspie.

 

Książka jest wielowątkowa i każdy szczegół jest wypolerowany na najwyższy połysk. Właściwie nie ma słabych punktów. Czyta się ją jednym tchem, byleby tylko poznać prawdę.

 

Nie polecam więc lektury podczas sesji egzaminacyjnej, lub wyjątkowo napiętego okresu pracy. Nie polecam również ludziom o słabych nerwach. Mimo, że w „Millennium” nie znajdziecie scen jakiegoś specjalnie oszałamiającego okrucieństwa, to książka napisana jest w taki sposób, że gęsia skórka nie będzie chciała wam zejść od pierwszej, aż po ostatnią sześćsettrzydziestączwartą stronę. Dla mnie jest to ideał kryminału. Z pewnością najlepszy, jaki w życiu czytałam. Już mierzę się z drugim tomem i oddycham z ulgą, że przede mną długie wakacje. Bardzo gorąco polecam!

 

„Wariat na pogorzelisku” Paweł Sych Maj 31, 2013

Filed under: recenzje — finkaa @ 12:50 pm
Tags: , ,

sych Wydawnictwo: Pi

Rok wydania: 2012

Ilość stron: 224

 

Dawno temu wygrałam na stronie Zbrodni w Bibliotece książkę Pawła Sycha. O autorze nigdy wcześniej nie słyszałam. Książka z serii „Super kryminał” została wrzucona między inne, wyglądające prawie identycznie. Dopiero wyzwanie Sardegny zmusiło mnie do poszukania kryminału polskiego pisarza i przeczytania go do końca maja. Nie wiedziałam czego się spodziewać, lecz moje wysokie oczekiwania zostały dość pomyślnie  zaspokojone.

 

Paweł Sych to autor, o którym nie wiele wiadomo. Zdołałam się tylko dowiedzieć, że „Wariat na pogorzelisku” to jedo debiutancka powieść. Od siebie dodam, że chyba do tej pory jedyna. Mimo to widać, że autor ma niezłe pojęcie o tym, w jaki sposób przykuć uwagę odbiorcy od początku do samego końca.

 

Detektyw Nowakowski dostaje nową robotę. Na wsi pod Krakowem płonie willa. Pożar ujawnia kilkadziesiąt ciał, przekopanie ogrodu kolejne zwłoki. Obecni właściciele są na pierwszy rzut oka bez zarzutu. Na tym pozornie trop się ucina. Pozornie, bo dla Nowakowskiego nie ma sprawy nie  do rozwiązania. Mozolna praca detektywa-samotnika prowadzi go do zamierzchłej przeszłości, do wszystkich żyjących i zmarłych właścicieli willi, oraz ich mrocznych życiorysów. Świat żywych miesza się z zaświatami. Komplikacje w śledztwie powodują, że detektyw powoli traci zmysły i nachodzą go duchy, koszmary, oraz wyimaginowane postaci, które ponoć znają prawdę. Jednak prawda leży dużo głębiej, niż komukolwiek mogłoby się wydawać. Być może w wiejskich legendach, być może w psychopatycznych umysłach, a być może w duszy wrażliwca odrzuconego przez społeczeństwo… Tego nie dowiemy się aż do ostatniej kartki powieści.

 

Sychowi udało się stworzyć kryminał, który trzyma w napięciu od początku do samego końca. Główny bohater kluczy nie tylko  po zakamarkach Januszowic, w których doszło do pożaru, ale również po odmętach ludzkich przekonań i pobudek. Jego z pozoru zasadniczy charakter i rygor dnia powszedniego musi zostać poważnie zachwiany dla dobra sprawy. Mamy okazję przyjrzeć się powolnemu upadkowi detektywa-legendy, który w końcu musi przyznać, że już nie potrafi znieść ciężaru swojej pracy. Przyznam, że na początku oschłość i niewybredne poczucie humoru głównego bohatera bardzo mnie irytowały. Miałam wrażenie, że Sych przesadził kumulując wszystkie stereotypy twardziela w jednej osobie. Z biegiem stron doszłam jednak do wniosku, że to zamierzony zabieg, a Nowakowki w gruncie rzeczy da się lubić.

 

W mojej ocenie fabuła jest bez zarzutu. Jedyne do kuleje w tej powieści to korekta, zwłaszcza gdy książka ma się ku końcowi.  Nie są to jednak błędy rażące, a jedynie drobne literówki.

 

Komu można polecić tę książkę? Myślę, że kryminał Pawła Sycha jest dobry dla każdego czytelnika powyżej podstawówki. Mimo, że chodzi o makabryczną zbrodnię, powieść nie zawiera drastycznych scen,  a jedynie dobrą kryminalną intrygę.

 

Książkę zaliczam do wyzwania Trójka e-pik (kryminał polskiego autora)

 

„Dajcie mi jednego z was” Jacek Getner Listopad 10, 2012

Filed under: recenzje — finkaa @ 10:04 pm
Tags: , ,

 Wydawnictwo:  Najlepszy seler

Rok wydania: 2005

Ilość stron: 162

 

Jacek Getner to pisarz dość enigmatyczny i bardzo eklektyczny w swojej twórczości. Jak głosi jego strona internetowa, pan Jacek uwielbia pisać i nie boi się chyba żadnego gatunku. W sieci można znaleźć ślad jego opowiadań kryminalnych, powieści political fiction, wierszy, sztuk, a także dowiedzieć się, że obecnie autor pisze również dialogi do serialu „Klan”.  „Dajcie mi jednego z was” to kryminał, który mimo, że niedoceniony na początku, podczas czytania urzekł mnie już po kilkunastu stronach.

 

Głos to pseudonim człowieka pamiętliwego i dotkliwie doświadczonego przez życie. W wojsku odebrano mu godność, w życiu prywatnym odbito mu żonę, w życiu zawodowym sprowadzono go do bankructwa, a w życiu duchowym pozbawiono go złudzeń. To wszystko sprawiło, że Głos żyje tylko i wyłącznie żądzą zemsty. Misternie utkany plan sprawia, że Głos urasta do rangi Boga. Kieruje ludzkim losem i urządza niegodziwcom prawdziwy Sąd Ostateczny. Kto dostanie drugą szansę, a kto zostanie potępiony? I czy nie lepiej przechytrzyć przeznaczenie i uciec? Tylko jak, skoro oko Wielkiego Brata widzi wszystko?

 

Misternie utkana fabuła autentycznie  zapiera dech w piersiach. Cała akcja zamknięta jest dokładnie w siedniu dniach. Takie czasowe ograniczenie tylko podkręca atmosferę i sprawia, że czytelnik dosłownie czuje dreszcz na plecach i nóż na gardle. Z niecierpliwością odliczałam czas do wielkiego zakończenia i mimo tego, że dni mijały, ja ani o krok nie zbliżałam się do trafnego rozwiązania. Głównym atutem książki jest jej nieprzewidywalność. Z godziny na godzinę akcja potrafi zmieniać się diametralnie, nawet mimo, że ograniczona jest zarówno w czasie jak i w przestrzeni. Cztery ściany, cztery łóżka, cztery krzesła, stół, toaleta i czterech skrajnie różnych mężczyzn – tyle wystarczy, by stworzyć minimalistyczne arcydzieło napięcia, lęku i niepewności. Pourywane dialogi, strzępy zdań, a czasem wylewne opowieści snute w ciemności to baza, z której czytelnik może zbudować psychologiczne obrazy bohaterów, oraz zajrzeć im w głąb duszy. „Dajcie mi jednego z was” okazała się dla mnie niezwykłą podróżą po ludzkich charakterach i zachowaniach w obliczu śmierci.

 

Jacek Getner stworzył książkę oryginalną, mimo, że opartą na dość znanym motywie Wielkiego Brata, śledzącego każdy ruch obserwowanych. Na początku byłam dość sceptycznie nastawiona do powielania oklepanego zabiegu, jednak sposób w jaki autor to zrobił nie pozostawia żadnych zarzutów. Książka intryguje, zadziwia i daje do myślenia. Prosty język, oraz częste dialogi właściwie odarte z tła, sprawiają, że lektura trafia prosto z najczulszy punkt i wprawia czytelnika w autentyczny strach. A chyba dokładnie o to chodzi w dobrych kryminałach.

 
„Dajcie mi jednego z was” to książka obowiązkowa dla miłośników gatunku. Polecam ją wszystkim, którzy lubią nutkę niepokoju pojawiającą się już wraz z pierwszym odgięciem okładki. Warto również zaznaczyć fakt, że jest to pozycja wydana bez pomocy znanego wydawnictwa, tak więc ja osobiście biję się w pierść mówiąc: „nie oceniaj po pozorach” i gorąco zachęcam do lektury.

 

 

Książkę otrzymałam od autora jako egzemplarz recenzyjny. Dziękuję!

 

„Bez śladu” Harlan Coben Maj 23, 2012

Filed under: recenzje — finkaa @ 8:59 pm
Tags: , , ,

 Wydawnictwo: Albatros

Rok wydania: 2005

Ilość stron:  336

 

Myślę, że nikomu nie trzeba przedstawiać Harlana Cobena. Uwielbiany przez miłośników kryminału i kojarzony przez większość ludzi lubiących literaturę. Krótko mówiąc, Amerykanin jest jednym z najpopularniejszych współczesnych pisarzy. Jego książki rozchodzą się jak ciepłe bułeczki, a z pozoru nierozwiązywalne zagadki frasują tysiące ludzi na całym świecie. Jednak czy „Bez śladu” sprosta tak wygórowanej poprzeczce? Narażając się wielu fanom, muszę stwierdzić, że nie do końca…
 
Myron Bolitar, agent sportowy i były koszykarz, dostaje tajemnicze zlecenie. Musi odszukać jednego z czołowych graczy NBA, tak aby zespół mógł spokojnie odnosić dalsze zwycięstwa. Co stało się zaginionemu sportowcowi? Czy Greg Downing się ukrywa? Nie żyje? A może uciekł od przytłaczającej go popularności? Myron przejdzie przez piekielną drogę, aby dotrzeć do prawy. Po drodze spotka kilka niezwykle intrygujących kobiet, dostanie kilka porządnych łomotów, przekona się, że można liczyć wyłącznie na najbliższych przyjaciół, oraz zrozumie kto jest miłością jego życia.
 
Tak w skrócie przedstawia się fabuła. Co zatem nie gra? Niestety, jak na kryminał, i to tak znakomitego pisarza, to wszytko za mało. Krąg podejrzanych dziewnie zawężony, fakty zbyt gładko łączące się z sobą. W sumie zero zaskoczenia. Po fenomenalnej „Mistyfikacji” – książce, przez którą nie mogłam zasnąć, ani zebrać myśli przez kilka dni po przeczytaniu – liczyłam, że „Bez śladu” pozostawi mnie w jeszcze większym szoku. Niestety, nic bardziej mylnego. Owszem, akcja rozkręca się na ostatnich osiemdziesięciu stronach. Człowiek czuje, że jest o krok od ostatecznej odpowiedzi i nie może przestać czytać, ale co tu robić przez pierwszych 250 stron? Po przeczytaniu książki, odłożyłam ją i zapomniałam tak jak zapominam o wyczytanej w prasie prognozie pogody.
 
„Bez śladu”, tak jak pewnie wszystkie książki Cobena jest skonstruowana w charakterystyczny sposób. Autor nie skupia się na przesadnych opisach. Owszem, wrzuca krótkie zdania nie wnoszące niczego do akcji, jednak głównie skupia się na opisie zachować i reakcji bohaterów. Niestety, to co zachwyciło mnie w „Mistyfikacji”, czyli głęboka analiza ludzkich myśli i zachowań, ich krętactw i motywów, tutaj wydawała mi się zbyt płytka. Czułam, że autor już na samym początku przykleił każdemu bohaterowi łatkę i nie starał się już niczym zaskoczyć. Inteligentny Myron, elegancki Win, wyzwolona Esperanza, oraz spostrzegawcza Audrey są postaciami, które za nic w świecie nie zrezygnują ze swoich przewodnich cech i nie wprawią czytelnika w osłupienie. Szkoda, bo obnażając prawdę o sobie, sprawiają, iż czytelnik rozpracowuje ich szybciej niż by sobie tego życzył.
 
Język powieści również pozostawia sporo do życzenia. Książce kryminalnej jestem skłonna wybaczyć wulgaryzmy i dość nieformalne zwroty, szczególnie podczas policyjnych pogawędek czy oględzin zwłok. Mimo to czytając dialogi miałam często wrażenie, że to nie jest rozmowa dwóch inteligentnych facetów, którzy umiejętnościami dedukcji przewyższają Holmes’a, a jedynie słowna potyczna dwójki dzieci, które postanowiły zabawić się w „kto wrzuci najwięcej brzydkich słów w najkrótszym czasie”. Niekiedy było to zabawne, częściej jednak irytujące i zupełnie zbyteczne.
 
Reasumując, rzadko zdarza mi się tak krytycznie podejść do książki. Być może do tej negatywnej oceny przyczynił się fakt, że Coben jest powszechnie szanowany i często podawany jako mistrz gatunku. „Bez śladu” jednak naprawdę wiele brakuje do trzymającej w napięciu, dobrej powieści kryminalnej. W żadnym jednak wypadku nie podcinam skrzydeł Cobenowi i z pewnością dam mu jeszcze szansę. Dla zainteresowanych, gorąco polecam „Mistyfikację”. Zaczynając przygodę z Cobenem właśnie od tej powieści, na pewno stwierdzicie, że miano mistrza jednak mu się należy.

 

„Dzień dobry, Irene” Carole Nelson Douglas Luty 3, 2012

Filed under: recenzje — finkaa @ 10:33 am
Tags: , ,

  Wydawnictwo: Bukowy Las

Rok wydania: 2011

Ilość stron: 384
 
Carole Nelson Douglas to amerykańska pisarka urodzona w 1944 roku. W Polsce pisarka kojarzona jest z opowiadań o Irene Adler – wyśmienitej śpiewaczce, „dorabiającej” jako detektyw. Wokół książek poświęconych Irene panuje aura niesamowitości. Z każdej strony emanuje hasło, iż niesamowita diwa swoimi umiejętnościami logicznego myślenia przewyższa samego Sherloka Holmes’a. Czy tak jest? Nie wiem, bo nigdy nie sięgnęłam po literaturę Arthura Conana Doyle’a. Jednak czy sama Adler zasługuje na aż tyle atencji? Śmiem wątpić.
 
Od kilku tygodni męczyłam „Dzień dobry, Irene” z nieukrywaną irytacją. Notka na okładce wróży świetną fabułę. We Francji, Irene napotyka topielca z dziwnym tatuażem na piersi. To wydarzenie przypomina jej o identycznej sytuacji, która miała miejsce kilka lat temu w Londynie. Primadonna szybko zaczyna kojarzyć fakty i rozwiązywać zagadkę dwóch jednakowo wyglądających śmierci. W tym pomaga jej przystojny mąż, oraz oddana przyjaciółka. Do tego cała akcja toczy się u schyłku XIX wieku. Pomyślałam, że oprócz kryminalnej gratki, czekają mnie również miłe odkrycia zwyczajowe i kulturowe ówczesnej Europy. Niestety, pomyliłam się.
 
Słowo, które przychodzi mi na myśl, aby ująć krótko całą powieść to „na wyrost”. Bohaterowie byli przekolorowani. Uroda Irene była podkreślana z takim natężeniem, że po kilku stronach miałam wrażenie, iż czytam o greckiej bogini, a nie zwykłej śmiertelniczce. Pruderyjność jej przyjaciółki, Nell, przyprawiała mnie o mdłości, a kurtuazja i budowa Godfreya – męża Irene – po prostu nie mieściła mi się w głowie. Wszystko w książce działo się z przesadą. Język był napuszony i nierealny, nawet biorąc pod uwagę rok, w którym rozgrywa się akcja. Przesadna dokładność Nell kłóciła się z  przesadnym ryzykanctwem Irene, do tego stopnia, że książka nie była spójna i w żaden sposób nie zdołała wciągnąć mnie w intrygę kryminalną, co do której miałam tak wielkie nadzieje.
 
A propos intrygi, powieść opiera się na poszukiwaniu wspólnego mianownika dla śmierci dwóch marynarzy, którzy utopili się u wybrzeży Tamizy i Sekwany, w odstępie kilku lat. Obu panów zdobił charakterystyczny tatuaż. Kiedy Godfrey, dziwnym trafem, ratuje trzeciego topielca, żaden czytelnik nie jest już zszokowany, tym że i ta ofiara ozdobiona jest wymyślnym wzorem. W sumie oprócz tego oczywistego faktu, cała reszta zagadki jest tak zagmatwana, że nie potrafiłam się w niej odnaleźć aż po ostatnią stronę. Nowe postaci wprowadzane są w zastraszającym tempie, każda wnosząc do sprawy coraz więcej niepowiązanych szczegółów. Irene radzi sobie z natłokiem informacji szokując czytelnika wymyślnymi zmianami tożsamości (które dodatkowo mylą), a także zadziwiającymi zaiteresowaniami i zachowaniami, jak choćby perfekcyjnym posługiwaniem się floretem. Czytając „Dzień dobry, Irene” ma się wrażenie, że główna bohaterka jest lekiem na całe zło, panią złotą rączką, idealną gospodynią i kobietą interesu w jednym. Powiedziałabym, że trochę tego za wiele, aby dać się nabrać.
 
Na wzmiankę zasługuje również postać Sherlocka Holmes’a, która przewija się przez całą fabułę. Trudno mi oceniać tę klasyczną postać, gdyż, jak wspomniałam, nie wiem o niej zbyt wiele, jednak mam wrażenie, że Carole Nelson Douglas dołożyła wszelkich starań, aby jej bohaterka po prostu okazała się lepsza. Holmes jawi nam się jako drobiazgowy, zwariowany detektyw, który podąża tą samą co Irene ścieżką, ale w zwolnionym tempie.
 
Niestety, książka mnie rozczarowała. Fajna okładka i intrygujący opis sprawiły, że wybrałam ją z całej gamy innych proszących się o przeczytanie książek. Dałam jej szansę, mimo, że „Dzień dobry, Irene” jest niejako kontynuacją „Dobranoc, panie Holmes”, a nie lubię zaczynać cyklu od drugiej części (chociaż ci, którzy sięgną po „Dzień dobry, Irene” jako pierwszą, mogą czuć się spokojni, brak wiedzy z pierwszej części jest zrekompensowany krótkim wprowadzeniem.) Nie umiem książek tak po prostu odradzać, bo zawsze mam poczucie, że ktoś włożył dużo serca i pracy w ich powstanie. Nie przypadła mi do gustu twórczość Carole Nelson Douglas, ale jeśli macie ochotę, spróbujcie, tym bardziej, że cykl o Irene Adler odniósł ponoć niesamowity sukces, a autorka napisała kolejnych 7 tomów. Co więcej,  „New York Times” zaliczył „Dzień dobry, Irene” do grona najważniejszych książek roku.