poduszkowietz

"Niczego nie daje zapadanie się w marzenia i zapominanie o życiu." – Czyżby?…

„Kochaj mnie mocniej…” Czeskie opowieści Grudzień 28, 2012

Filed under: recenzje — finkaa @ 1:05 pm
Tags: ,

kochaj Wydawnictwo: Good Books

Rok wydania: 2011

Ilość stron: 181

 

Kiedy przeczytałam u Patrycji o tej ksiażce, poczułam, że muszę ją mieć. Patrycja obiecała różne spojrzenia na miłość, okraszone czeskim humorem i rzeczywiście słowa dotrzymała. Opowiadania okazały się rewelacyjną lekturą, która pozostawiła przyjemny ślad w mojej pamięci.

 

„Kochaj mnie mocniej…” to zbiór dziewięciu opowiadań czeskich literatów i amatorów literatury. Są wśród nich pisarze (Jiri Kratochvil, Daniela Fischerova, Vera Noskova, Jaroslav Rudis, Petr Sabach, Michal Viewegh), a także historyk (Boris Docekal), biolog (Eva Hauserova) i reżyserka (Alice Nellis). Opowiadania łączy jeden motyw – miłość, dzielą ukazane problemy, charakter bohaterów, oraz scenerie. Każde opowiadanie ma swój niepowtarzalny charakter. Każde opowiadanie prezentuje inny rodzaj miłości, skupia się na innym jej aspekcie.

 

W „Saunie” Viewegh ukazuje rozterki mężczyzny, którego zjada zazdrość o sporo młodszą dziewczynę. „Dame de Coeur” to jakby drugi „Lektor”, z tym, że głównymi bohaterami są uczeń i nauczycielka urzeczona jego dojrzałymi wypracowaniami. Miłość rozkwita i kończy się równie gwałtownie. „Na drodze łaski” opowiada o nieśmiałej gejowskiej miłości, natomiast „Z uchem wesołka” opowiada historię młodego chłopca, który został paskudnie wykorzystany przez obiekt swojego pożądania. „Sztafeta miłosna” to delikatna satyra na miłość do pieniądza. Dzięki opowiadaniu „Lekcja tańca” doświadczamy uczucia znudzenia, które doskwiera parom utkniętym w martwym punkcie wspólnego mieszkania i braku wspólnych pasji. „Taxi Kiel” ukazuje brutalne oblicze miłości, gotowe zabić, by uniknąć nudy. Moje dwa ulubione opowiadania to „Chcesz herbatę?”, oraz „Miłość na kolei lokalnej”. Pierwsze prezentuje błahy problem, oraz męską i damską reakcję na niego. Skrajne podejścia do kłopotu wywołują łzy w oczach kobiety, oraz nerwowość w duszy mężczyzny. Miłość staje na granicy wytrzymałości, a po kilku godzinach problem sam się rozwiązuja, a małżeństwo znowu dochodzi do wniosku, iż jest sobie pisane. „Miłość na kolei lokalnej” porusza temat zdrady, która zostaje przezwyczężona przez prawdziwe uczucie.

 

Nie potrafiłam zostawić choćby jednego opowiadania bez krótkiego komentarza. Mimo, że posiadam swoje ulubione, polecam Wam każde opowiadanie z osobną. Myślę, że w tej nikłych rozmiarów książeczce każdy znajdzie coś dla siebie. Uważam, że jest to doskonała lektura nie tylko dla kobiet spragnionych romatycznych wynurzeń, ale również dla mężczyzn chcących zrozumieć mechanizmy kierujące tym jakże ulotnym uczuciem. Na zachętę dodam, że opowiadania były pisane zarówno przez kobiety, jak i mężczyzn, oraz, że prawdy zawarte w opowiadaniach są uniwersalne. Wiele razy uśmiechnęłam się lekko nad lekturą i szepnęłam w duchu, że mam tak samo.

 

Reasumując, polecam „Kochaj mnie mocniej…” każdemu, kto kocha dobrą literaturę. Opowiadania stanowią świetną odskocznię od codziennego życia. Mogą również pomóc w uświadomieniu sobie po co żyjemy i czy nie warto  przypadkiem nagiąć się odrobinę dla ukochanej osoby.

 

Reklamy
 

„Słoń” Sławomir Mrożek Czerwiec 20, 2012

Filed under: recenzje — finkaa @ 8:03 pm
Tags: ,

 Wydawnictwo: Noir Sur Blanc
 
Rok wydania: 2000
 
Ilość stron: 185
 
Sławomir Mrożek urodził się w 1930 roku. Już jako 20-latek zadebiutował swoimi rysunkami, od 1953 roku publikując je w „Przekroju”. W tym samym roku zadebiutował jako pisarz dwoma tomikami opowiadań. Mrożek to artysta wszechstronny, tworzący nie tylko krótkie opowiadania, ale również powieści, dramaty, a nawet scenariusze. Jego twórczość charakteryzuje satyra, ironia, a także zabawa środkami językowymi, oraz trafne odbijanie sytuacji społecznej w krzywym zwierciadle.
 
„Słoń” to zbiór opowiadań z 1957 roku. Jak możemy się domyślać, Polska Rzeczpospolita Ludowa zapewniła Mrożkowi dostatek absurdów i ispiracji do wymyślania niestworzonych historii wyśmiewających ówczesny ustrój. Mrożek po kolei obśmiewa służalczych obywateli zapatrzonych w Partię, a także zwykłych ludzi, dzieci, a nawet zdezorienowane zwierzęta, które nie wiedzą dlaczego ktoś wpycha je siłą w tryby politycznej maszyny.
 
Mimo niepozornych rozmiarów, książeczka kryje w sobie aż 42 opowiadania, przy których można się naprawdę nieźle bawić. Do najciekawszych i najzabawniejszych należą „Dzieci”, w którym Bogu ducha winne dzieci lepiące bałwana oskarżane są o umyślne kpienie z najwyższych urzędników partyjnych, „Mały” o teatralnej trupie karłów, z których najbardziej utalentowany nieoczekiwanie zaczyna rosnąć i przestaje być idolem tłumów, oraz „O księdzu proboszczu i orkiestrze strażackiej”, w którym stary proboszcz uświadamia sobie, że młodość ma swoje prawa i uśmiecha się na widok „hałasującej” oriestry.
 
Każde z opowiadań niesie za sobą przesłanie. Każde z opowiadań nasycone jest PRLowską symboliką, która może okazać się trudna do uchwycenia dla młodszych odbiorców. Przyznam, że niektóre opowiadanka wydawały mi się zupełnie pozbawione sensu. Z pewnością działo się tak właśnie dlatego, że nie żyjąc w ówczesnych czasach, nie potrafiłam zrozumieć puenty. Nie oznacza to jednak, że w interpretacji książki młody odbiorca pozbawiony jest szans. Często wyjaśnienia kryją się na kolejnej stronie lub wynikają z kontekstu.
 
Ewentualna trudność w zrozumieniu treści poprzez młodszych odbiorców jest również doskonale rekompensowna przez barwny i zabawny język autora. Jego zabawa językiem polskim, gra słów, oraz lekkość pióra sprawiają, że czytelnik nawet mimowolnie uśmiecha się pod nosem przewracając kartki, lub nawet wybucha gromkim śmiechem przy wyjątkowo oczywistych żartach.
 
Myślę, że zbiór opowiadań „Słoń” na długo zapadnie w pamięć każdemu kto po niego sięgnie. Uważam również, że po tej lekturze będzie łatwiej nam – młodym, załapać o co chodzi babci czy dziadkowi, którzy wspominają jak to się żyło 50 lat temu. W miły i wesoły sposób przekonamy się na własnej skórze co znaczy potęga Komitetu i władza Partii. Zachęcam do sięgnięcia po tę lekturę każdego kto ma godzinkę wolnego czasu. Na pewno nie pożałujecie. Poczujecie być może, że pióro Mrożka jest dość oryginalne, ale gwarantuję, że odłożycie tomik z uśmiechem na twarzy.

 

„Czarownik Iwanow” Andrzej Pilipiuk Wrzesień 2, 2011

Filed under: recenzje — finkaa @ 3:28 pm
Tags: , ,

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Rok wydania: 2009

Ilość stron: 240

Andrzej Pilipiuk jest jednym z najbardziej znanych i najbardziej charakterystycznych, współczesnych polskich pisarzy. Archeolog z wykształcenia, o niewiarygodnie wręcz lekkim piórze, pokazuje polską rzeczywistość bez ogródek, a przy tym poucza, straszy i bawi do łez. Po rewelacyjnych „Kronikach Jakuba Wędrowycza” – opowiadaniach o dziarskim staruszku egzorcyście, postanowiłam sięgnąć po kolejne z oblicz Wędrowycza. „Czarownik Iwanow” z pewnością trzyma fason, a fani nieśmiertelnego egzorcysty mogą odetchnąć z ulgą, gdyż Jakub pozostaje ciągle w formie.

„Czarownik Iwanow” to tytuł nie tylko książki, ale także jednego z pięciu opowiadań. Do Wojsławic sprowadza się ponury czarownik Iwan Iwanowicz Iwanow, kapłan i gorliwy wyznawca Tego-Który-Wie-Gdzie-Jest-Miód. W tym samym czasie w okolice Wędrowycza zjeżdza prosto z Watykanu ksiądz egzorcysta,  którego głównym celem jest unicestwienie Iwanowa. Jak można się domyślać Wędrowycz nie jest zadowolony z towarzystwa. Ponosząc kolejne klęski w starciach z czarownikiem, próbuje zawiązać komitywę z wysłannikiem Stolicy Apostolskiej. Sprawa się komplikuje gdy do akcji wkraczają ubeccy funkcjonariusze o wyglądzie i usposobieniu małp człekokształtnych, którzy zamiast doprowadzić sprawę do końca mają na tyle ograniczoną fantazję, że ich ludzkie umysły gubią się w natłoku lewitujących, znikających i niematerialnych przeciwników. Pikanterii dodaje także tajemnicza wspólniczka Jakuba – Monika. Studentka zaprzyjaźnia się z Wędrowyczem, a gdy stary zaczyna traktować ją niemal jak córkę, ta dziwnym trafem zamienia się duszami z drugą kobietą Jakubowego życia – jego klaczą Mariką.  Na domiar złego, posterunkowy Birski swoją nieudacznością i chęcią zaistnienia w milicyjnym świecie ciągle rzuca Wędrowyczowi kłody pod nogi, podejrzewając go o bycie nocną hieną cmentarną, bądź niszczycielem policyjnego mienia…

Na uwagę zasługują również pozostałe, króciutkie, acz treściwie opowiadanka. Jeśli chcemy dowiedzieć się jak Wędrowycz skutecznie wykorzystuje skarpety przeciw  dwumetrowym aligatorom pływającym w Wiśle,  sprawdzić czy jedna ampułka wody święconej da radę tysiącom diabłów lub przekonać się jak Jakub poradzi sobie ze zdobywaniem pożywienia w Warszawie, koniecznie powinniśmy się z nimi zapoznać.

Po raz kolejny jestem pełna podziwu dla języka autora. Pilipiuk jest mistrzem zabawy słowami, genialnie dopasowując je do sytuacji. Wymyślne zaklęcia wywołują uśmiech na twarzach, a rosyjskobrzmiące okrzyki wznoszone raz po raz przez radosnych staruszków pozostawiają czytelnika bez słów. Oczywiście, jak w przypadku „Kronik Jakuba Wędrowycza” mamy w książce do czynienia z opisami okrutnych praktyk, do których zmusza Wędrowycza jego profesja. Jednak lekkie pióro pana Andrzeja sprawia, że nawet kiedy z oczu tryska krew, a szpadel wchodzi lekko w szyję rzekomego wampira nie sposób utrzymać powagi.

Jakub Wędrowycz to postać nietuzinkowa, zasługująca na uwagę. Nie spodziewałam się, że staruszek przeczesujący włosy skórką z boczku podbije moje serce, a jednak tak się stało. Swoim optymizmem, hartem ducha, a także niezwykłą kurtuazją wobec kobiet udowadnia, że jest osobistością wybijającą się na tle polskich postaci literackich, która zasługuje na bliższe poznanie. Dlatego polecam, polecam i jeszcze raz polecam. Poświęćmy mu chwilę, a przekonamy się, że pomimo upływu lat rzekoma hiena cmentarna nie traci na swej żywotności. Nadal potrafi dobrze zadbać o interesy nie tylko własne, ale również tych najbardziej potrzebujących.   😉

 

„Książki moja miłość” Sierpień 30, 2011

Filed under: recenzje — finkaa @ 9:12 am
Tags: , ,

Wydawnictwo: e-bookowo

Ilość stron: 104

Rok wydania: 2011

„Książki moja miłość” to zbiór opowiadań długich i krótkich, powstałych jako inicjatywa blogerów i profesjonalnych pisarzy, którzy wspólnymi siłami chceli uczcić Światowy Dzień Książki. Wśród autorów opowiadań znajdujemy właściwie przekrój polskiego społeczeństwa. Agnieszka Lingas – Łoniewska to znana i lubiana autorka książek z sensacyjną nutą. Jolanta Kwiatkowska również para się pisaniem niejako zawodowo. Wydała już m. in. książki „Kod emocji” czy „Tak dobrze, że aż źle”. Jednak obok profesjonalnych pisarzy, opowiadania tworzyli także zupełnie nieznani szerszej publiczności pisarze – amatorzy, bez reszty zakochani w książkach.  Nie sposób wymienić wszystkich, ale na przykład jedno z opowiadań stworzyła Ewelina Staniszewska – informatyk, inne zaś Andrzej – fotograf i absolwent UAM.

Opowiadania prezentują przekrój gatunkowy. Na przestrzeni około 100 stron mamy do czynienia z mini-powieścią sensacyjną – „W pogoni za mordercą”,  czy fantastyką – „Zaklinaczka zła”, „Uczeń czarodzeja”. W jednym z opowiadań („Światowy Dzień Książki”) autorka postawiła na beczkę śmiechu i dosłownie zarzuciła nas krótkimi anegdotami, przy których nie sposób nie roześmiać się w głos.  Teoretycznie wspólnym motywem opowiadań miała być książka, choć ja muszę przyznać, że w dwóch przypadkach jej się nie doszukałam (chodzi mi tu o „Nawet gołębie popełniają samobójstwo” i „Zaklinaczka zła”).

Również tematyka opowiadań jest przeróżna.  Jedne są beztroskie i lekkie jak piórko, np. „Uczeń czarodzieja”, „Lubimy książki”. Inne zioną smutkiem i zdradą np. „Pasażerka”, „Zaklinaczka zła”, „Nawet gołębie popełniają samobójstwo”. Jedne mają za zadanie nas rozbawić, inne zmusić do przemyśleń.

Przekrój stylowy i tematyczny sprawia, że opowiadania trudno porównać. Do moich ulubionych zaliczam „Ucznia czarodzieja”, ponieważ jest to radosne opowiadanko z sympatycznym morałem. Wyczuwa się w nim nutkę magii, którą bardzo sobie cenię. Na pochwałę zasługuje również „W pogoni za mordercą”, które mimo, że krótkie świetnie oddaje nastój jaki może wytworzyć się tylko między najlepszymi przyjaciółkami.

Niestety, muszę stwierdzić, że czytając kolejne opowiadania dochodziłam do powtarzającego się wniosku, że kilka stron rozwinięcia nadałoby im pełniejszego wymiaru, a czytelnikowi dałoby poczucie zamknięcia pewnej akcji, którego często brakowało. Kilka razy odniosłam wrażenie, że coś jest niedokończone, że pewne sprawy należałoby zakończyć w inny sposób.  Być może to celowy zabieg autorów, którzy pozostawiając „otwarte” opowiadania dali znak, że to nie wszystko na co ich stać, i że za rok, przy okazji świętowania 23-go kwietnia, przyjdzie nam się zmierzyć z czymś jeszcze bardziej interesującym.

Podsumowując, „Książki moja miłość” wywarły na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Fantastyczny pomysł zaowocował przekrojem opowiadań, które inspirują pisarzy-amatorów do dalszego skrobania do szuflady, bo naprawdę warto. Co za tym idzie dał szansę kilku z nich do zaświecenia pełnym blaskiem już teraz. E-booka polecam każdemu kto kocha książki i ma ochotę wspomóc wzniosłą inicjatywę. A autorom i wydawcom dziękuję za odważny pomysł i ściskam kciuki, aby na przyszły rok zaskoczyli nas kolejną niespodzianką.

Za możliwość przeczytania e-booka dziękuję wydawnictwu e-bookowo.

 

 

„Inna” Beata Szymura Kwiecień 23, 2011

Filed under: recenzje — finkaa @ 2:16 pm
Tags: , ,

Ilość stron: 21

Wydawnictwo: e-book dostępny na stronie http://www.wydaje.pl

Rok wydania: 2011

Jak wszyscy zapewne wiemy, dziś Światowy Dzień Książki. Ja również postanowiłam mieć maleńki udział w jego obchodzeniu i zdecydowałam się na napisanie recenzji na życzenie początkującej pisarki, Beaty Szymury. Pani Beata marzy o profesjonalnym wydaniu książki, a ja postanowiłam pomóc w osiągnięciu jej marzeń, zagłębić się w jednym z jej opowiadań i napisać recenzję, tak by postać autorki trafiła do nieco szerszej publiczności.

O autorce wiem właściwie niewiele więcej niż napisałam we wstępie. Dodam jeszcze, że ma 24 lata i kończy filologię polską. Od dziecka bawiła się w tworzenie przeróżnych form literackich i, śmiało mogę stwierdzić, że pomimo mojego często sceptycznego podejścia do debiutantów, Pani Beata i jej opowiadanie rzuciły mnie na kolana.

Majka, główna bohaterka „Innej”, to maturzystka z problemami. Jest nietolerowana w szkole, nierozumiana w domu. Jedyną bratnią duszę upatruje w Ewie, przyjaciółce od serca. Mimo iż Ewa jest totalnym zaprzeczeniem Majki, dwie koleżanki dogadują się bez słów. Ewa często wypłakuje swoją nienawiść do ojca-tyrana w ramiona Majki. Majka, natomiast, szuka siły by przetrwać kolejne szkolne utarczki obcując z Ewą. Pewnego dnia obie dziewczyęta mają zupełnie dość swojej sytuacji rodzinnej i atmosfery szkolnej. Postanawiają skończyć z problemami raz na zawsze… To co dzieje się później otworzyło mi oczy na właściwą interpretację „Innej” i sprawiło, że mój obraz Majki i Ewy radykalnie się zmienił.

„Inna” porusza bardzo delikatne tematy oscylujące wokół niezrozumienia nastolatków, przemocy w rodzinie, a także braku odwagi, by otworzyć się na drugą osobę i otwarcie prosić o pomoc.

Nie chcąc zdradzać fabuły przyznam tylko, że autorka niezwykle zgrabnie kreuje postać Majki i ukazuje dialog bez słów jaki nieustannie toczą dwie przyjaciółki. Ich charaktery zarazem przenikają się i są swoim zaprzeczeniem. Bogate słownictwo i nienaganna interpunkcja sprawiają, że opowiadanie czyta się z zapartym tchem. Na przestrzeni całego e-booka znalazłam dwie literówki, które nie zakłóciły niesamowitego uczucia zaangażowania w losy Majki, które opowiadanie we mnie wzbudziło.

To niesamowiete, że debiutująca pisarka i tak któtkie opowiadanie wzbudziły we mnie aż tyle emocji.  Bez wahania polecam tę pozycję każdemu kto chce poznać realia i konsekwencje życia w ukryciu i ciągłym strachu. Polecam to opowiadanie także tym, którzy stawiają na młodych, obiecujących pisarzy.

Gorąco zachęcam do kupienia „Innej”  tutaj.

P.S. Trzymam kciuki, Pani Beato 🙂

 

„Co widział pies i inne przygody” Malcolm Gladwell Kwiecień 3, 2011

Filed under: recenzje — finkaa @ 12:43 pm
Tags: , ,

Wydawnicwo: ZNAK litera nova

Rok wydania: 2011

Ilość stron: 395

Jak dowiadujemy się z okładki, Malcolm Gladwell to „geniusz opowieści”, „wszechwiedzące i wielorękie bóstwo anegdot”, „gwiazda amerykańskiego dziennikarstwa”, „publicysta New Yorkera„, „autor czterech książek, które stały się światowymi bestsellerami”, a Time „zaliczył go do grona 100 najbardziej wpływowych ludzi na świecie”. I jeszcze jedno, Malcolm Gladwell to „ulubiony pisarz światowych liderów”. Moim skromnym zdaniem natomiast, Gladwell to przeinteligentny facet, który do swojego dziennikarskiego fachu podchodzi nader profesjonalnie, niezwykle szczegółowo zagłębiając się w każdy temat.

„Co widział pies i inne przygody” to zbiór artykułów powstałych w okolicach 2000 roku, traktujących absolutnie o wszystkim; od keczupu, poprzez mammografię, aż do seryjnych morderców i maszynek do siekania warzyw. Książka jest podzielona na trzy części; pierwsza opowiada o ludziach z pasją. Tu znajdziemy artykuł o facecie nazwiskiem Ron Popeil, który jest mistrzem sprzedaży i autorem niezliczonych patentów na sprzęt kuchenny. Zna go chyba każdy kto choć trochę czasu poświęcił oglądaniu telezakupów. W tej części także znajdziemy artykuły o kobietach, które były autorkami pierwszych, amerykańskich reklam farb do włosów, o niezwykle religijnym wynalazcy tablitki antykoncepcyjnej czy o zaklinaczu psów. Druga część jest poświęcona ludziom, którzy płynęli, bądz niekiedy wciąż płyną pod prąd, snując mniej lub bardziej niepopularne teorie. Na przykład, czy wiecie, że władze Denver doszły do wniosku, iż bardziej opłacalnym jest dawać bezdomnym wyposażone mieszkania, niż finansować ich pobyty w szpitalach i na dołkach? Albo czy macie choć cień podejrzeń kto odpowiedzialny jest za eksplozję Challengera? Lub co łączy skrajnie różne tematy operacji Pustynna Burza i aparatu mammograficznego? Trzecia część książki traktuje o przypadłościach naszych charakterów i inteligencji. Czy pierwsze wrażenie może mieć taką samą wartość dla pracowadwcy jak godzinna rozmowa kwalifikacyjna i dlaczego niektórzy detektywi są porównywani do wróżek? Odpowiedzi na te oraz tysiące innych pytań znajdziecie czytając „Co widział pies i inne przygody”.

Książka porusza tak różnorodną tematykę, że nie sposób jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie czy rzeczywiście jest interesująca. Przez wiele artykułów (np. ten o keczupie, farbie do włosów, seryjnych mordercach, tabletce antykoncepcyjnej, krajalnicach do warzyw, bezdomnych, psach ) brnęłam z zapartym tchem i entuzjaznem. Przez niektóre (np. ten o Enronie, mammografie, czy obliczeniach związanych z Wall Street) nie mogłam się przedrzeć. Traktując książkę jako całość muszę pochwalić błyskotliwość i zaangażowanie autora. Gladwell potrafi znaleźć zaskakujące analogie w pozornie niezwiązanych tematach. Co wspólnego ma tenisistka Jana Novotna z  Ephimią Morphew, specjalistką z NASa, czy Johnem F. Kennedy’m Juniorem? Wydawałoby się nic, a jednak ich nazwiska pojawiają się jedno pod drugim w jednym z artykułów. Na pochwałę zasługuje także język. W książce poruszane są niekiedy zupełnie trywialne tematy, które przeplatają się z bolączkami społeczeństwa, katastrofami czy śmiertelnymi chorobami. „Lekki” język książki ze szczyptą dobrego humoru, sprawia jednak, że każdy z artykułów czyta się na swój sposób przyjemnie.

„Co widział pies i inne przygody” to prawie 400 stron napisanych dość zbitą czcionką, co gwarantuje zajęcie nie na jeden, a na dobrych kilka wieczorów pod rząd.  Przekrój przez tematykę sprawia, że każdy, dosłownie i bez wyjątku,  może wybrać z niej coś dla siebie. Pomimo poruszania różnorakich problemów, książka nie wymaga od nas uprzedniej wiedzy na ich temat. Jest ona doskonałą okazją, by odejść na chwilę od ulubionej powieści i doświadczyć prawdziwego amerykańskiego dziennikarstwa. Pozycję tą potraktowałabym także jako doskonały prezent dla kogoś, komu chcemy kupić książkę, ale nie znamy dokładnie jego gustu. Lokując pieniądze w taki przekrój tematyczny na pewno trafimy.

Książkę otrzymałam jako egzemplarz recenzyjny od wydawnictwa ZNAK litera nova.

 

„Kroniki Jakuba Wędrowycza” Andrzej Pilipiuk Marzec 15, 2011

Filed under: recenzje — finkaa @ 9:59 pm
Tags: , ,

Wydawnictwo: Fabryka Słów

Rok wydania: 2009

Ilość stron: 292

Mętny wzrok, gumofilce i butelka bimbru wetknięta za pas. Do tego włosy przeczesane skórką wieprzową i złote zęby prawdopodobnie pochodzące od ograbionego nieboszczyka… Taki opis może niektórych odrzucać, oburzać i skutecznie zniechęcać. A szkoda, gdyż „Kroniki Jakuba Wędrowycza” to istna perełka wśród polskiej literatury ostatnich lat.

Andrzej Pilipiuk to postać nietuzinkowa. Archeolog z wykształcenia, literat z wyboru, autor 19 tomów kontynuacji Pana Samochodzika oraz wielu cykli poświęconych rozmaitej tematyce, okraszonych nutką fantastyki.  Znany ze sceptycznego podejścia do polskiej rzeczywistości, postanowił stworzyć dzieło, które pod przykrywką często ochydnych i, zdaje się, oderwanych od rzeczywistości scen  ukazuje ciemne strony polskiego społeczeństwa, kpi z jego wad i odkrywa karty, których nikt dotąd nie śmiał pokazać.

Tytułowy bohater kronik to ponad 80-letni egzorcysta amator, bimbrownik, rozbójnik, a zarazem dziadek, ojciec i biznessmen. Na przestrzeni 292 stronic Jakub odsłania nam swoje przeróżne oblicza. 12 opowiadać Pilipiuka łączy nie tylko postać Jakuba Wędrowycza i jego kompanów, ale także niepowtarzalna atmosfera niewiarygodności jaką autor wplata w zupełnie codzienne oblicze polskiej wsi. W opowiadaniu pod tytułem „Świńska rebelia” Jakub prowadzi dialog ze swoją trzodą. W opowiadaniu „Z archiwum Y” do wioski bohatera przylatuje ekipa filmowa prosto z Ameryki, a Jakubowi udaje się spić na umór pewnego znanego aktora. Wędrowycz daje się poznać również jako uciekinier, przedsiębiorczy hotelarz, gość popularnego polsatowskiego talk-show, troskliwy dziadek opowiadający bajki o czerwonym zakapiorze, czy wybawca przerażonych właścicieli nawiedzonych nieruchomości. Nieustraszony egzorcysta walczy z policją, byłym ss-manem, ukraińską mafią, tureckim dżinem, urzędem skarbowym i satanistami.

Te wszystkie epizody powodują, że czytelnik odczuwa przeróżne emocje, od lekkiego strachu, delikatnego uśmiechu, po histeryczny śmiech.  Czytając jednak poszczególne opowiadania nie sposób uniknąć myśli, że ubaw po pachy to nie jedyne odczucie jakie chciał podarować nam autor. Pośród prześmiesznych anegdot jest też miejsce na chwilę zastanowienia czy aby Jakub rzeczywiście jest tylko wiejskim półgłówkiem? Czy to przypadkiem nie jest tak, że największe pokłady ludzkiej mądrości, a nawet dobroci leżą w tych, których się kompletnie wyrzuca poza nawias tak zwanego człowieczeństwa? A może to tylko zbieg okoliczności, że Wędrowycz zdolny jest do rozwikłania najcięższej kryminalnej zagadki? Być może to dziwny, niewytłumaczalny zbieg wydarzeń, że manifestujący swoją wyższość policjanci lądują w wariatkowie za sprawą tego enigmatycznego staruszka? Czy wszystko musi mieć swoją cenę? Czy Wędrowycz jest okazem zidiocenia tylko dlatego, że potrafi jeszcze wyświadczyć przysługę za pół litra „jagodówki na kościach”? Autor nie daje jasnych odpowiedzi na te pytania. Z resztą, może to ja szukam tutaj drugiego dna zupełnie niepotrzebnie.

Co może irytować w pierwszej fazie starcia z Jakubem to jego język. Odzywki typu „fajo fajn”, „musi co mosiądz” lub „wot durak” sprawiały, że wydawało mi się, iż ta książka zdecydowanie nie jest dla mnie. Choć z drugiej strony, myślałam,  kto jest w stanie zrozumieć takie odzywki? Szybko jednak irytacja ustąpiła miejsca uśmiechowi, kiedy zdałam sobie sprawę z faktu, że do zrozumienia sensu książki nie potrzeba jest wgryzać się w każde słowo bohaterów, a niezrozumiałe zworty dodają tylko autentyzmu całej sytuacji.

„Kroniki Jakuba Wędrowycza” to pozycja, która na długo ze mną pozostanie w sferze wspomnień, ulubionych dowcipów oraz pewnego rodzaju sentymentu. Wracać będę też do rewelacyjnego horoskopu wg. Wędrowycza, który z wielką dozą humory przewiduje nasze losy na najbliższy rok. Polecać tą i dalsze części cyklu o Jakubie będę każdemu kto stanie na mojej drodze z jednego prostego powodu: ten cykl jest naprawdę dla wszystkich, którzy mają szczyptę rezerwy do samego siebie i otaczającej nas rzeczywistości. Jedyną grupą społeczną, której odradzam tę pozycję jest ruch obrońców praw zwierząt. Czuję, że mogliby się nieźle rozzłościć znajdując w lodówce Jakuba półtuszę z owczarka, bądź czytając przepis na hot-dogi w wydaniu dosłownym. 🙂