poduszkowietz

"Niczego nie daje zapadanie się w marzenia i zapominanie o życiu." – Czyżby?…

„Wybór Marty” Lidia Witek Listopad 22, 2013

Filed under: recenzje — finkaa @ 1:48 pm
Tags: ,

wybor

wydawnictwo:  Promic

rok wydania: 2012

ilość stron: 589

 

O życiu Lidii Witek niestety nie wiem zbyt wiele. Po przeczytaniu „Wyboru Marty” z pewnością mogę jednak stwierdzić, iż zmarła w 2011 roku autorka była pełna ciepła, nadziei, oraz siły. Taka bowiem jest również główna bohaterka książki, a mam silne przeczucie, że autorkę łączyła z nią pewna więź. Z racji, iż książka oparta jest na faktach, mam nawet podejrzenie, że mogła ją znać osobiście.

 

Akcja „Wyboru Marty” toczy się w latach sześciesiątych ubiegłego stulecia w Warszawie. 31-letnia Marta Karwowska jest zdolną architektką, dużo pracuje, utrzymuje sama mieszkanie, szuka miłości swojego życia, nawet ma pewnego kandydata, do którego być może  nie jest w stu procentach przekonana, ale w końcu lepszy wróbel w garści, niż gołąb na dachu. Wszystko jednak zmienia się, gdy do drzwi Marty puka dużo młodsza kuzynka. Przerażona swoją niespodziewaną ciążą, obarcza Martę problemem i prosi o nocleg po nieuchronnym zabiegu aborcji. Czy Marta pozwoli Małgosi na zabicie dziecka? Jak się zapewne domyślacie, nie. Ta decyzja rzutuje na całym dalszym życiu Marty, na jej ewentualnym małżeństwie, karierze, dobrobycie…

 

Jednak odważna decyzja młodej kobiety nie wzięła się znikąd. Książka pełna jest retrospekcji. Poznajemy życie Marty na  warszawskiej Saskiej Kępie podczas i bezpośrednio po wojnie. Poznajemy odważne i młode kobiety, które tracąc najbliższych w wojennych okopach miały siłę iść dalej i czekać. Często mimo jakichkolwiek racjonalnych przesłanek. Poznajemy ciocię Adelę, która postanowiła uratować zmorzonego głodem chłopca. Poznajemy zbolałą matkę, która cudem odzyskuje po latach syna. Poznajemy wreszcze chłopca, który ledwo odrósłszy od ziemi decyduje się na walkę w Powstaniu. Takie wzorce ukształtowały Martę i jej dojrzałe podejście do życia. Czy ktoś ma prawo odbierać żywej istocie byt, skoro tylu ludzi został on tak brutalnie odebrany?

 

Książka emanuje życzliwością i spokojem, miłością macierzyńską i niesamowitą odwagą, by iść mimo, że inni polegli, by nigdy nie tracić nadziei, że dobre ciągle przed nami. Dziecko wniosło w życie Marty spokój, ale również nieoczekiwaną utratę szansy na inny rodzaj miłości, na materialny dobrobyt, na splendor zawodowy. Czy warto ryzykować? Autorka przekonuje, że tak.

 

Nie będzie spoilerem jeśli powiem, że książka kończy się happy endem. Dlaczego? Otóż, dla Lidii Witek happy end to po prostu chęć, aby iść mimo, że święta dobiegły końca, mimo, że niebo znowu zachmurzone, mimo, że serce krwawi po stracie najbliższej osoby. Trzeba iść dalej, bo tylko idąc przybliżamy się do kolejnego słonecznego dnia. I za to przesłanie jestem autorce bezgranicznie wdzięczna. I mnie udało się spostrzec kilka pozytywów w szarej rzeczywistości. Bo jeśli Marcie się udało to i każdemu z nas może.

 

„Wybór Marty” to opasły tom bardzo dobrej polskiej literatury. Akcja prowadzona jest w jasny, klarowny sposób. Mimo wielowątkowości, odbiorca nigdy nie traci łączności z główną bohaterką zanurzając się we wspomnienia, to znów łapiąc kontakt  z rzeczywistością. Częste dialogi sprawiają, iż powieść czyta się w rekordowym tempie, a każda sekunda przynosi pogłębienie stanu zatracenia.

 

„Wybór Marty” to książka, którą polecam każdej wrażliwej osobie. Zapewniam, iż zmusi ona do refleksji, uśmiechu i przypatrzenia się lepiej codzienności, którą często zupełnie niepotrzebnie spłycamy, zaangażowani w gonitwę bez celu.

Reklamy
 

„Wielki Gatsby” F. Scott Fitzgerald Maj 23, 2013

Filed under: recenzje — finkaa @ 8:26 pm
Tags: , , ,

wielki Wydawnictwo: CONFORM Oficyna Widawnicza

Rok wydania: 1991

Ilość stron: 110

 

Z Gatsby’m po raz pierwszy spotkałam się na studiach, trzy lata temu. W ramach zajęć z literatury amerykańskiej obejrzałam ekranizację tej niesamowite j powieści z Toby’m Stephens’em w tytułowej roli, oraz Paul’em Rudd’em w roli Nick’a Carraway’a. Stwierdziłam wtedy, że z całą pewnością wrócę kiedyś do tej lektury. Traf chciał, że kilka lat temu natknęłam się  na tę książkę w poznańskim antykwariacie i stałam się właścicielką wydania z 1991 roku za jedyne 2 zł.

 

F. Scott Fitzgerald jest uważany za jednego z najwybitniejszych powojennych pisarzy amerykańskich. Jego powieści, przesiąknięte autobiograficznymi wątkami, oraz rozczarowaniem Ameryką lat 20-tych XX wieku, sprawiły, że został okrzyknięty „kronikarzem epoki jazzu”.

 

Ameryka za  czasów prosperity, czy jak ktoś woli „roaring twenties”, nie była okresem sprzyjającym romantycznym uniesieniom, lub kierowaniem się sercem. Niestety, nie wszyscy to zrozumieli. Jay Gatsby postanowił pójść pod prąd i jako biedny chłopak zakochać się na zabój w ślicznej, bogatej dziewczynie. Młodziutka Daisy, choć również zakochana po uszy, szybko zapomniała  o swoim ukochanym, gdy ten wyruszył na wojnę. Wyszła za mąż za kogoś ze swoich sfer. Co jednak wydarzyło się, gdy Jay odnalazł swoją miłość po latach? Czy pieniądz naprawdę rządzi światem, czy może prawdziwa miłość przetrwa wszystko?

 

Książka fantastycznie oddaje ducha epoki. Whisky w czasach prohibicji leje się strugami na uroczystych bankietach w najbogatszych domach Nowego Jorku. Mężczyźni uprawiają hazard i prowadzą romanse,  o których wiedzą wszyscy, nie wyłączając małżonek, właśnie zaczynających rozumieć, że wcale nie chcą być nazywane kurami domowymi. Gdzieś między tymi rozszalałymi młodymi ludźmi, którzy  zdają się doskonale wiedzieć czego chcą, a jednocześnie gubić się w odmętach ludzkich odruchów, takich jak smutek, tęsknota, czy sympatia, wyłania się postać Nick’a Carraway’a. Nick, jako narrator, opowiada niezwykłą przypowieść, o mężczyźnie, który uwierzył w amerykański sen i upadł pod jego ciężarem.

 

Z całą pewnością o powieści można powiedzieć, że jest dobra. Jest nawet więcej niż dobra. Porusza czytelnika do żywego, a to znaczy, że jest genialna! Bohaterowie to zgnilizna społeczna, która kopie leżącego. Jako odbiorca, czułam się w obowiązku dokonywać ciągłej oceny zachować poszczególnych postaci. Dotarło do mnie, że to co roiłam sobie na temat amerykańskiego snu niekoniecznie musi być prawdą. Fitzgerald dobitnie zaznaczył, co nie podobało mu się wśród ludzi, z którymi przyszło mu żyć, a jego niezadowolenie odbiorca czuje na własnej skórze.

 

Język powieści nie należy do najłatwiejszych, ale to tylko dodaje całości smaczku. Powieść przecinana jest opisami barwnych przyjęć, oraz otaczającej luksusowe posesje przyrody. Dialogów jest w sumie jak na lekarstwo. Fabuła skupia się na subiektywnej opinii Carraway’a, który przygląda się całej sytuacji z boku i referuje ją najwierniej jak potrafi.

 

Jeśli chodzi o minusy, to niestety wydanie z 1991 roku charakteryzuje się bardzo małą czcionką, która na szczęście chyba już wyszła z użycia. Z tej ledwo stustronicowej powieści, spokojnie można było zrobić 180 stron.

 

Książkę bezwzględnie polecam wszystkim miłośnikom kultury i literatury amerykańskiej. Oczywiście, nie jest ona skierowana tylko do nich. Głównym problemem poruszanym w „Wielkim Gatsby’m” jest przecież motyw miłości, który jest tak uniwersalny, iż myślę, że powieść Fitzgeralda może zaciekawić każdego.

 

Książkę zaliczam do wyzwania Trójka e-pik (książka, która została nagrodzona).

 

„Kobieta w lustrze” Eric-Emmanuel Schmitt Marzec 26, 2012

Filed under: recenzje — finkaa @ 8:51 am
Tags: ,

 Wydawnictwo: Znak litera nova

Rok wydania: 2012

Ilość stron: 457
 
Eric-Emmanuel Schmitt to autor powieści z duszą. W każdej ze swoich książek Francuz zabiera nas w podróż po ludzkiej wrażliwości, dobroci, słabości i delikatności. Nie inaczej będzie w „Kobiecie w lustrze”, najnowszym dziele autora.
 
Powieść obyczajowa  zabiera nas w podróż po historii. Od średniowiecznej osady beginek w Brugii, po oświetlone ulice Hollywood. Od pól i strumyków, po luksusowe apartamenty europejskiej arystokracji z początków XX wieku. Trzy kobiety: Anny, Anne i Hanna z pozoru dzieli wszystko – czas, w którym żyją, priorytety, zainteresowania. Łączy je jednak niespotykana wrażliwość i specyficzne odbieranie rzeczywistości. Arystokratyczna Hanna nie odnajduje się w małżeństwie, nie chce mieć dzieci i czuje, że z bogatym mężem u boku nie odnajdzie szczęścia. Dlatego ucieka w ramiona samego Freuda… Wyuzdana Anne to królowa hollywoodzkich salonów, równie znana aktorka co narkomanka. Mimo iż otoczona przez rzesze managerów i doradzców, Anne nie jest przekonana, że to co robi jest słuszne i wbrew poradom, szuka innej drogi. Posłuszna Anny kocha naturę, oraz swoją rodzinę. Dla drugiego człowieka jest w stanie zrobić wszystko. Jednak czy te cechy gwarantują jej szczęśliwe życie? Czy nie przyjdzie jej zapłacić za nie najwyższej ceny?
 
Losy trzech kobiet przeplatają się na kartach książki, każdy oddzielony kolejnym rozdziałem. „Kobieta w lustrze” zbudowana jest w taki sposób, że po prostu nie można się od niej oderwać. Za każdym razem rozdział poświęcony jednej bohaterce kończy się w tak kluczowym momencie, że po prostu trzeba przebrnąć przez kolejne dwa, żeby znowu wrócić do punktu zainteresowania. Nie potrafię wskazać ulubionej bohaterki. Każda z trzech kobiet ukazana była w doskonały sposób, z dbałością o najdrobniejszy szczegół. Każda ukazywała inną stronę kobiecości, razem tworząc obraz nas wszystkich. Zmienność, kruchość, ale również determinacja i walka o lepsze życie to cechy charakterystyczne nie tylko kobiet ze stron powieści, ale również nasze.
 
Książka napisana jest przystępnym językiem. Czyta się ją szybko, a kartki same uciekają spod palcy. Dialogi dodawają powieści dynamiki, a opisy pięknie zarysowują tło akcji. Czytelnik doskonale jest w stanie wyobrazić sobie zieleń Brugii, bogactwo Wiednia czy przepych Hollywood.
 
Oczywiście, książkę polecam wszystkim – szczególnie jednak kobietom, które chcą się przekonać, że szczęśliwym można być na wiele sposobów, a może nawet możemy odszukać szczęście leżące tuż na wyciągnięcie ręki. Schmitt po raz kolejny przekonuje, że na dobre życie zasługuje każdy i co więcej, każdy takie życie może odnaleźć, wystarczy rozejrzeć się dookoła.
 

Książkę otrzymałam do recenzji od Wydawnictwa Znak litera nova. Dziękuję!

 

„Spadkobiercy” Kaui Hart Hemmings Luty 29, 2012

Filed under: recenzje — finkaa @ 9:53 am
Tags: ,

 Wydawnictwo: ZNAK literanova

Rok wydania: 2012

Ilość stron:346

 

Kaui Hart Hemmings to hawajska pisarka, debiutująca „Spadkobiercami” – książką, która podbiła serca i wzruszyła tysiące ludzi na całym świecie, oraz która została zaadaptowana na niesamowity film. Co jest tak nietypowego i wzruszającego w „Spadkobiercach”? Na pewno oryginalność tematu, poczucie humoru i prostota, która potrafi doprowadzić do łez.
 
Matt King to bogaty, ułożony prawnik. Każdego dnia pracuje od rana do wieczora, aby zapewnić swoim dwóm córkom i żonie dostatnie życie. Los chciał, że Matt wraz z wieloma kuzynami jest potomkiem hawajskiej księżniczki i bogacza, którzy w spadku pozostawili ogromne połacie ziemi, niezliczone hektary hawajskiego dziedzictwa. Rodzina chce sprzedać ziemię i podzielić się zyskiem, a Matt jest głównym decydentem. Decyzja, która ma zapaść na dniach nie należy do najłatwiejszych. Traf chce, że sprawa komplikuje się dodatkowo, gdyż żona Matta – Joanie – od kilkudziesięciu dni leży w śpiączce, a jej ostatnia wola zmusza lekarzy do odłączenia pacjentki od aparatury. Zamiast martwić się losami trustu, Matt musi stawić czoła wychowaniu dwóch nieznośnych córek, oraz jednemu młodzieńcowi z problemami rodzinnymi.
 
Chyba zaryzykuję stwierdzenie, że książka zasmuca i bawi do tego samego stopnia. Dramat obyczajowy, rozgrywający się w nieprawdopodobnie pięknej scenerii upalnych Hawajów to mieszanka skrajnych uczuć. Matt to nieco ospały, gapowaty gość, który najchętniej spędziłby życie nad tomami prawniczych dokumentów. Jego córki to mieszanka wyuzdania, gwałtowności, wulgarności i seksapilu. Umierająca Joanie to kompletne zaprzeczenie ułożonego Matta. Była zadziorna, ryzykancka, szybka, nie potrafiła usiedzieć w domu, lubiła pić i balować. Ten konktrast, podkreślany przez Matta, bawi i zaskakuje. Z drugiej jednak strony, czytelnik odnosi wrażenie, że pomimo całej tej niezgodności charakterów, związek Matta z żoną było niesamowitą przygodą. Dwójka skrajnie innych ludzi, którzy jednak nie potrafią bez siebie żyć. Chyba każdy z nas życzyłby sobie takiej miłości, jaką Matt darzył swoją żonę. Chyba każdy z nas chciałby doświadczyć uczucia, że ma wolną rękę, a jednak ktoś zawsze na niego czeka w zaciszu luksusowej sypialni. Sprawy komplikują się, układają i rozspypują raz za razem, jednak Matt do samego końca próbuje zapewnić „śpiącej” Joanie komfortowe warunki i spełnić jej marzenia. Z ojca, który tylko wiedział o istnieniu swoich córek, stać się najkochańszym tatą. Schować dumę do kieszeni i do końca walczyć o prawdziwą miłość.
 
Prostota całej powieści zachwyca. Prostolinijność Matta, jego poświęcenie i chęć stworzenia od podstaw kochającej rodziny sprawiły, że stał się on  jednym z moich ulubionych bohaterów literackich. Mimo, że wątek Joanie kończy się dość przewidywalnie, cała książka dostarczyła mi niesamowitych wrażeń. Uświadomiła, że nie tylko matka może być filarem szczęśliwej rodziny. Otworzyła oczy na fakt, że miłość potrafi być bezinteresowna i niewinna do samego końca. Chcę przez to powiedzieć że, książka powraca do podstawowych wartości jakimi powiniem kierować się człowiek, w sposób zabawny, współczesny i oryginalny.
 
Książka jest pięknie wydana, napisana prostym językiem i okraszona humorystycznymi dialogami. Czyta się ją jednym tchem, przez większość czasu uśmiechając się pod nosem, lub marząc o gorących plażach. Jednak radość to nie jedyne uczucie, które nas otacza. Lektura dostarcza także uczuć takich jak złość, niedowierzanie, rozczarowanie, a nawet smutek.
 
Warto jest sięgnąć po „Spadkobierców” właśnie po to, aby poczuć tę mieszaninę uczuć i odczuć. Warto jest zawędrować aż na Hawaje, żeby poczuć ciepło piasku, przyjrzeć się pięknej florze czy popływać z rekinami. Warto jest zanurzyć się w lekturze, aby wrócić do punktu wyjścia i zastanowić się dokąd zmierzamy, jakie mamy wartości i co stanowi dla nas prawdziwy skarb.
 

P.S. Warto jest również obejrzeć ekranizację z George’em Clooneyem w roli Matta, która jest praktycznie idealnym odzwierciedleniem książkowej fabuły. No, może z minimalnym okrojeniem wątku Sida. Polecam! 🙂

 

Książkę otrzymałam do recenzji od Wydawnictwa ZNAK literanova. Bardzo dziękuję.

 

„Wyspa niesłychana” Eduardo Mendoza Listopad 16, 2011

Filed under: recenzje — finkaa @ 7:15 pm
Tags: ,

Wydawnictwo: Znak litaranova

Rok wydania: 2011

Ilość stron: 315

 

Myślę, że o Eduardo Mendozie słyszała większość z nas. Pozwolę sobie zacytować fragment opisu jego twórczości, który znaleźć możecie na stronie Wydawnictwa Znak: „Swoją twórczość [Mendoza] określa mianem literackiego pijaństwa bądź powieściowego chuligaństwa. ” Uważam, że jest to niesłychanie trafny cytat, szczególnie w obliczu książki, którą teraz chcę zaprezentować.

 

„Wyspa niesłychana” to powieść przedziwna. Składa się ona z tak wielu maleńkich elementów, że trudno ją jednoznacznie opisać, ocenić czy sklasyfikować. Nie potrafię nawet napisać czy jestem na „tak”, czy też na „nie”. Było mi niezwykle trudno przedrzeć się przez pewne momenty, a potem połykałam kolejne strony z prędkością światła. Żeby usystematyzować nieco te moje haotyczne odczucia zacznę może od tego, że książka opowiada historię Fabregasa – człowieka, który pewnego dnia pakuje manatki, rzuca dobrze prosperującą firmę, byłą żonę, syna oraz całą Barcelone i przenosi się do nieznanej Wenecji. Nie wie po co, nie wie na jak długo i gdzie dokładnie ma zamieszkać. Wybiera pewien hotel i rzuca się w wir zwiedzania miasta. Właśnie podczas jednego z pierwszych spacerów spotyka tajemniczą kobietę. Maria Clara jest odziana w długą czasną pelerynę, towarzyszy jej były wspólnik, czy też klient Fabregasa. Niby nic dziwnego, ale Maria Clara, dowiedziawszy się gdzie Fabregas osiadł, zaczyna go niespodziewanie odwiedzać, nachodzić, pokazywać miasto, a nawet  zabiera go do przedziwnego miejsca, jakim jest podupadający pałac, w którym wraz z rodzicami mieszka. Pewnego dnia Maria Clara stawia wszystko na jedną kartę i prosi Fabregasa o dużą sumę pieniędzy. Zakochany Fabregas pożycza, choć wie, że to pieniądze na wyjazd. Czy Maria Clara wróci, a stosunki tej dziwnej pary w końcu się ocieplą? A może już zawsze, mimo widocznego uczucia, będą się do siebie zwracać per pan/pani?

 

Dlaczego twierdzę, że książka jest trudna w odbiorze? Otóż, dlatego, że Wenecja opisana w niej jawi się czytelnikowi jako miasto pełne tajemnic, niechlubnych czynów, mordów, kłamstw i złudzeń. Naszpikowana mitami i przypowiastkami „Wyspa niesłychana” to powieść, w której teraźniejszość miesza się z przeszłością, prawda z fałszem, święci z utracjuszami, a prawdziwa miłość z przelotnymi romansami. Fabregas to człowiek, który stoi na rozstaju dróg. Jest zagubiony, chory, zmarnowany, śmieszny i bezmyślny. Dni upływają mu na obijaniu się po pustych uliczkach Wenecji, lub wpatrywaniu się w hotelowy sufit. Maria Clara to kobieta niezależna, acz pełna wewnętrznej walki, rozpaczliwie szukająca wyjścia ze swojej trudnej sytuacji. Jej rodzice to groteskowa para nieudaczników. A może to tylko pozory? Może wszyscy ci bohaterowie spotkali się w złym miejscu o złej porze, a w innych okolicznościach okazaliby się prawdziwymi  szczęściarzami?

 

Książka porusza temat poszukiwania celu i radości w życiu oraz radzenia sobie z beznadzieją, która atakuje każdego, bez względu na status majątkowy, wiek i narodowość. Zagadnienia zawarte w niej bez wątpienia dają do myślenia. Robią to jednak w dość męczący sposób. Po kilku kartkach byłam przybita i zadziwiona  tym, że bohaterowie tak mało robią, by odzyskać stabilizację. Dlaczego więc nie spisuję całej powieści na stratę? Nie pozwalają mi na to ostatnie strony powieści. Oczywiście nie zdradzę ich treści, ale gwarantuję, że warto się przebić przez 100 dość miałkich kartek, żeby zostać zalanym ogromną dawką pozytywnych emocji.

 

Z Mendozą mam do czynienia poraz drugi. Chyba tylko dlatego, że byłam na to przygotowana, nie dałam się zwariować zagmatwanemu językowi, do którego autor się ucieka. W książce dialogów jest jak na lekarstwo, za to długie opisy ciągną się niekiedy przez 4, 5 stron. Wyszukane słowa nadawają książce powagi, a przygłupie wyrażenia niektórych z bohaterów śmieszności. Nie chcę przez to powiedzieć, że „Wyspa niesłychana” to powieść zabawna. Powiedziałabym bardziej, że jest to poważna opowieść o niezbyt poważnych ludziach. Dlatego właśnie rozpoczęłam recenzję od cytatu. Uważam, że Mendoza chciał, żeby jego bohaterowie czasem nieźle nachuliganili, albo robili wrażenie kompletnie zalanych.

 

Cóż jeszcze mogę dodać? Książka przypadnie do gustu fanom Mendozy. Na tyle, na ile mogę się orientować, jest ona sztandarowym przykładem pióra tego hiszpańskiego autora.  „Wyspę niesłychaną” polecam wszystkim, którzy lubią popatrzeć na życie w nieco przygnębiającym wydaniu. Polecam ją również tym, którzy są gotowi do poświęceń, aby zostać solennie wynagrodzonymi poprzez zakończenie. Mimo, że moja próba oceny książki jest niejednoznaczna i pewnie jest wiele pytań, na które nie odpowiedziałam, to czas spędzony z tą pozycją na pewno nie poszedł na marnę, a ja zmierzę się z nią kiedyś jeszcze raz. Może do „Wyspy niesłychanej” trzeba po prostu dorosnąć…

 

Książkę dostałam do recenzji od wydawnictwa Znak literanova. Dziękuję!

 

„Cukiernia pod Amorem – Hryciowie” Małgorzata Gutowska – Adamczyk Październik 31, 2011

Filed under: recenzje — finkaa @ 5:07 pm
Tags: ,

 Recenzję ostatniego tomu „Cukierni pod Amorem” zacznę krótkim wstępem zawierającym garstkę ciekawostek o autorce. Wszystkie te wiadomości zaczerpnęłam z dodanego  do książki specjalnego wydania „Obserwatora Gutowskiego”. Oczywiście, nie muszę pisać, że jest on w całości poświęcony pani Małgorzacie. Otóż, ta niezwykle utalentowana pisarka (która o sobie woli mówić autorka) to kobieta o tysiącu twarzy. Jest matką, żoną, „psiarą” (jak to się brzydko mówi o ludziach uwielbiających pieski…), teatrologiem, nauczycielką, scenarzystką, ogrodniczką, doskonałą kucharką i cukierniczką, a co najważniejsze dla nas spragnionych dobrej liteatury, autorką fantastycznych książek. Gutowska – Adamczyk jest niezwykle pogodną osobą, pracowitą i obowiązkową. Ponoć sama piecze smakołyki na swoje wieczory autorskie. Artykułem, który szczególnie mnie zainteresowała był krótki wpis o Halinie Kolasińskiej, która okazała się prototypem Celiny Hryć. Kolasińska była matką chrzestną autorki „Cukierni”. Podobnie jak Celina, prowadziła własny sklepik z łakociami, uwielbiała egzotyczne podróże, była niezwykle przedsiębiorcza, a jej nazwisko liczyło się w mieście. Jeśli ktoś odwiedza blog Cukierni pod Amorem, na pewno zauważył pierścień, na palcu osoby otwierającej „Zajezierskich” na górnym zdjęciu. Jest to pierścionek podarowany swojej chrześnicy przez Halinę Kolasińską.

 

 Wydawnictwo: Nasza Księgarnia

Rok wydania: 2011

Ilość stron: 503

 

A co sama obdarowana serwuje nam w ostatniej części sagi o rodzie Zajezierskich? Druga wojna światowa pozbawia hrabiego posiadłości. Gina Weylen zostaje przechwycona i  uwięziona  przez wywiad niemiecki, w konsekwencji czego musi wystąpić przed samym Hitlerem. Adaś Toroszyn dzielnie walczy w Powstaniu Warszawskim, a Paweł Cieślak pracuje ponad siły, by utrzymać wielodzietną rodzinę. Niemcy organizują getta i masowo mordują ludzi. Kto ujdzie z życiem, a kto zginie w wojennej zawierusze? Jak dorosła już Celina Hryć wychowa liczne potomstwo, bez pomocy męża? Czy siła charakteru wystarczy, by nie dać się złamać szalejącemu w kraju ustrojowi komunistycznemu?

Patrząc na Celinę z roku 1995 wydaje się, że silna wola wystarczyła. Firma przeżywa rozkwit. Również Waldek Hryć, za sprawą pewnej tajemniczej kobiety, przeżywa swoją drugą młodość. Jednak czy firma ma szansę przetrwać, skoro dzieci właścicielki już planują jej pogrzeb i podział majątku? A gdzie tu miejsce na miłość? Z resztą czy to możliwe, żeby Celina w ostatnich dniach swojego życia jeszcze miała coś w tym temacie  do powiedzenia?

 

Ostatni tom sagi obfituje w pytania. Czytelnik łapczywie  przewraca kartki żeby jak najszybciej dowiedzieć się wszystkiego o bohaterach, z którymi dość mocno się już zżył podczas odkrywania poprzednich tomów. Jednak, niestety, jego apetyt nie zostaje do końca nasycony. Sama autorka na jednej z ostatanich stron pisze: „Nie wszystkie tajemnice dadzą się do końca rozwikłać.” Ja jednak pytam: dlaczego? Dlaczego autorka odmówiła nam odpowiedzi na pytania, którymi „dręczyła” nas od pierwszej strony „Zajezierskich”. Być może tutaj powinna się włączyć moja inwencja twórcza, a w głowie pojawić się tysiące możliwych zakończeń. Niestety, tak się nie stało, a w zamian za to pojawiła się nutka rozczarowania…

 

Oczywiście, po wylaniu żalu czas na pochwały. Jak zawsze, pani Małgorzata nie szczędzi szczegółów i szczególików, które dodają pikanterii. Postaci są wyraziste, charakterystyczne i jedyne w swoim rodzaju. Wcale nie zgadzam się z tymi, którzy mówią, że kobiety w książkach Gutowskiej – Adamczyk wypadają lepiej. Dla mnie zarówno prezentowana płeć żeńska jak i męska jest doskonale wykreowana i zaprezentowana. Właściwie możnaby rzec, że bohaterowie „Cukierni” tworzą barwną mozaikę i każdy może identyfikować się z wieloma z nich.

Na pochwałę zasługuje po raz kolejny kalendarium oraz indeks osób, zamieszczone na tyle książki. Czytając trzeci tom chwilami zupełnie traciłam rachubę, nie wiedząc już czy dany bohater jest matką, czy może babką lub teściową. Na szczęście indeks regularnie ratował mi skórę i wszystko zawsze udało się wyjaśnić.

 

Cała saga na długo zagości w mojej pamięci. Mam wrażenie, że mimo fikcji w niej zawartej, jest ona dużą dawką historii Polski, a także lekcją jak należy szanować i pielęgnować własne korzenie. Całą trzytomową, opasłą sagę polecam każdemu, kto lubi wielowątkowe powieści rozsiane po dziesięcioleciach historii Polski. Jednocześnie zapewniam, że wszystkie te skoki na osi czasu są zszyte grubą nicią pięknej polszczyzny, dbałości o język i słownictwem cudownie wpasowującym się w opisywaną epokę.

 

 

 

„Biała jak mleko, czerwona jak krew” Alessandro D’Avenia Październik 9, 2011

Filed under: recenzje — finkaa @ 11:08 am
Tags: ,

Wydawnictwo: Znak literanova

Premiera: październik 2011

Ilość stron: 310

Alessandro D’Avenia to odkrycie włoskiej literatury. Tak krzyczy każda wzmianka o nim znaleziona w internecie. Tak twierdzi również okładka książki „Biała jak mleko, czerwona jak krew”. Chyba i ja tak twierdzę, mimo, że literatury włoskiej praktycznie nie znam. Trudno jednak nie zgodzić się z tym twierdzeniem po przeczytaniu książki, która od pierwszej strony zawłada umysłem czytelnika, tak, że nawet robiąc przerwę w czytaniu nie można się od niej oderwać, aż do ostatniej strony.

 

Warto wspomnieć również, że D’Avenia jest nauczycielem. Nawet nie wiem czego uczy, ale jestem pewna, że kocha swoją pracę i swoich licealistów bardziej niż tysiące innych rzeczy. Co podsuwa mi tak odważne stwierdzenia? Po pierwsze dedykacja: „Moim licealistom, którzy każdego dnia uczą mnie jak zaczynać życie na nowo”, a po drugie bohaterowie, którzy pomimo młodego wieku są uosobieniem wszelkich najbardziej pożądanych cnót.

 

„Biała jak mleko, czerwona jak krew” to powieść wyjątkowa. Opowiada historię Lea – z pozoru zwykłego nastolatka, słuchającego Green Day’a, grającego w nogę, uwielbiającego chattować i nienawidzącego szkoły, a nauczycieli mającego za nic. Szybko jednak przekonujemy się, że taka ocena głównego bohatera z prawdziwie lwią grzywą, to tylko pozory, skorupa, w której chowa się każdy przeciętny nastolatek. Co jest pod nią? Wrażliwość, miłość, przyjaźń, poświęcenie i odwaga. Tak w skrócie można podsumować charakter Lea. Co skłoniło go do opuszczenia swojej skorupy? Dwie kobiety, a właściwie dwie dziewczyny, które okazują się miłością jego życia. Jedna to czerwień – Beatrice. W tym wypadku pożądanie miesza się z chęcią dzielenia ze sobą wspólnego życia. Druga to błękit – błękit od zawsze kojarzył się Leo z kolorem przyjaźni, a jego przyjaźń nosi imię Silvia. Silvia regularnie ratuje życie Lea, odrabiając za niego zadania domowe, nastawiając za niego karku i będąc komórką łączącą, w okresie kiedy Leo nie ma jeszcze odwagi otwarcie wyznać  miłości Beatrice. Sytuacja znacznie się komplikuje,  a Leo musi postawić na jedną kartę, gdy dowiaduje się, że czerwona jak ogień Beatrice toczy bój z białą mgłą, która przetacza się przez jej żyły. Beatrice jest chora na białaczkę.

 

Od tego momentu akcja książki staje się właściwie nie do zniesienia. Czytelnik, podobnie jak Leo, jest w stanie zrobić wszystko żeby uratować bezbronną i nieuleczalnie chorą Beatrice. Wraz z Leo miotamy się po szpitalnych korytarzach, „olewamy” kolejne mecze i „zarywamy” noce. Nie reagujemy już na rozkazy „wapniaków” i nie przejmujemy się nudnym ględzeniem nieuleczalnego „naiwniaka”, którym jest nasz nauczyciel historii i filozofii. A gdzie w tym wszystkim miejsce dla Silvii? Gdzie czas na jej uczucia? Czy Beatrice może być uleczona krwią, którą Leo ofiarował w desperacji na ołtarzu jej życia?

 

Książka jest magiczną mieszanką dwóch składników teoretycznie nie do połączenia – młodzieńczego szczeniactwa, slangu i nowoczesności z  niesamowitą dawką niewinnej, bezinteresownej miłości. Czytając powieść młodego Włocha miałam wrażenie, że to się nie może udać, a jednak książka rzuciła mnie na kolana i pozostawiła oniemiałą na długo po jej zamknięciu. Ogromny ładunek prawdy, przyjaźni i poświęcenia jaki ma w sobie „Biała jak mleko” sprawił, że moje oczy szeroko otwarły się na ludzkie dobro i chęć niesienia pomocy. Powieść zawiera w sobie wiele smutku i cierpienia. Myślę, że nikt nie jest w stanie przejść obok niej bez uronienia choćby jednej łzy. Jednak język Lea, jego młodzieńczy zapał i wybuchy dzikiej radości rekompensują ten wylewający się z okładki smutek i pozwalają nawet na nieśmiały uśmiech.  Prawdy życiowe zawarte w książce przywodzą mi na myśl „Małego księcia”, a także powieści Erica Emmanuela Shmitta. Myślę, że dobrą radą dla przyszłych czytelników będzie wzięcie ołówka do ręki i podkreślanie, przepisywanie oraz chwila refleksji nad każdą stroną.

 

Oprócz treści niesamowita jest także okładka książki. Zwykle ten temat przemilczam, bo przecież wszystko widać na zdjęciu, ale tym razem postępując tak, byłabym zwyczajnie niesprawiedliwa. Okładka „Białej jak mleko, czerwonej jak krew” jest również wyjątkowa. Jest miękka, niewiarygodnie delikatna, jakby pokryta niewidzialnymi włóknami. Gładząc ją myślałam o płatkach róży, sierści kochanego psa, lub ulubionym kocu. Pewnej nocy odkryłam również pod mojej lampką nocną, że okładka mieni się w świetne tysiącem brokatowych punkcików.

 

Czy muszę coś jeszcze dodawać? W mojej głowie krąży ciągle sporo niepoukładanych myśli, które wykrystalizują się z czasem. Mam nadzieję, że to co powyżej, wystarczy, aby przekonać Was, że „Biała jak mleko, czerwona jak krew” to naprawdę kawał dobrej literatury, z którym powinien zapoznać się każdy szukający wzruszających książek, ze sporą dawką życiowych prawd.

 

Książkę otrzymałam do recenzji od Wydawnictwa Znak. Dziękuję!