poduszkowietz

"Niczego nie daje zapadanie się w marzenia i zapominanie o życiu." – Czyżby?…

„Wyjątkowy depozyt” Carol Snow Grudzień 31, 2013

Filed under: recenzje — finkaa @ 12:04 pm
Tags: ,

wyjatkowy_depozy Wydawnictwo: Media Rodzina

Rok wydania: 2013

Ilość stron: 382

Carol Snow to amerykańska pisarka, o której w Polsce ciągle nie wiemy zbyt wiele. Z biografii zamieszczonej na jej stronie można dowiedzieć się, że od dziecka chciała być kelnerką, jednak nigdy nie sprawdziła się w tej pracy. Wiemy również, iż mieszkała w wielu amerykańskich stanach od Utah, po Arizonę. Teraz stacjonuje wraz z mężem i dwojgiem dzieci w Kalifornii. A co można wywnioskować po przeczytaniu „Wyjątkowego depozytu”? Na pewno Snow jest kobietą z poczuciem humoru, zarazem jednak dobrze znającą panujące w cywilizowanym świecie wyścigi szczurów, dylematy dzisiejszych kobiet pracujących, oraz tych, które chciałyby pracować, jednak macierzyństwo skutecznie związało im ręce.

 

Fabuła „Wyjątkowego depozytu” biegnie trójtorowo. Poznajemy trzy kobiety. Laura to zapracowana businesswoman, samotnie wychowująca ślicznego malca. Zdecydowała się na samotne macierzyństwo. Chciała mieć dziecko, ale nie bardzo miała ochotę zawracać sobie głowę mężczyzną. Vanessa to urocza młoda kobieta, która planuje wspólne życie z Erickiem. Jest pewna rychłych oświadczyn i długiego, szczęśliwego życia z kochanym mężem i potomstwem. Ale co na to Eric? Czy jego zdanie ma jakieś znaczenie? Wendy to chyba najbardziej zakompleksiona i nieszczęśliwa postać w całej opowieści. Jej dzieci doprowadzają ją do szału, a dla męża już dawno przestała być atrakcyjna. Rozwrzeszczane dzieciaki wchodzą jej na głowę i mimo całej matczynej miłości jaką je darzy, nie potrafi już dłużej utrzymać własnych nerwów na wodzy. Skąd w dzieciach tyle szaleństwa, chaosu i braku szacunku dla innych?

 

Trzy skrajnie różne scenariusze łączy jeden wspólny mianownik – dzieci. Najpierw usilna chęć ich posiadania, następnie nierzadko problemy z poczęciem, aż po brak pomysłu na ich wychowanie. Do tego dodajmy jeszcze rolę mężczyzny. Dawca życia, czy może tylko marionetka nie mająca zbyt wiele do powiedzenia? Jak pogodzić fundamentalne role, jak sprostać najważniejszym w życiu zadaniom? Jak połączyć karierę z rodziną? I jak na końcu wyjść z twarzą, nie zwariować? Na te wszystkie pytania odpowiadają nasze trzy bohaterki. Często wylewając łzy, żywiąc płonne nadzieje… Ot, codzienne życie…

 

Książkę wspominam bardzo pozytywnie. Dotknęła niełatwego tematu w bardzo delikatny i umiejętny sposób. Napisana była z wyczuciem, mieszając poważne tematy ze szczyptą humoru, oraz odpowiednią dozą nadziei. Krótkie rozdziały, oraz naprzemienność opowiadanych historii sprawiły, że od lektury po prostu nie szło się oderwać. Wspólny mianownik dodawał spójności i sprawiał, że od książki po prostu nie chciało się odejść.

 

„Wyjątkowy depozyt” to lektura warta polecenia wszystkim kobietom, które rozmyślają o tym, co dalej. Co dalej w pracy, w związku. Myślę, że każda z nas ma szansę odnaleźć garść przydatnych porad, albo wzorców, które można podchwycić lub kategorycznie odrzucić we własnym życiu. Przyjemnej lektury!

 

__________________________________________________________

Korzystając z okazji, chciałabym wszystkim moim Czytelnikom złożyć życzenia pomyślności w Nowym Roku. Jestem zwolenniczką niewielkich wymagań, także życzę Wam, żeby rok 2014 po prostu nie był gorszy od tego mijającego. 🙂

 

„Samo szczęście” Karen Wheeler Październik 8, 2013

Filed under: recenzje — finkaa @ 6:26 pm
Tags: ,

karen wh Wydawnictwo: Pascal

Rok wydania: 2013

Ilość stron: 348

Karen Wheeler była czynną londyńską fashionistką, dopóki nie postanowiła ograniczyć pracy, przeprowadzić się na francuską prowincję i oddawać się modzie i urodzie wyłącznie z  doskoku. Z pozoru zakrawająca na kolejną przedstawicielkę tzw. chick lit, Angielka stworzyła książkę, która wzbudziła we mnie bardzo skrajne uczucia.

 

„Samo szczęście” to słusznej długości powieść, która opowiada historię głównej bohaterki oraz jej codziennych przygód. Karen mieszka w pięknym, wyremontowanym domku, posiada kochanego psa, pracuje przed monitorem, spotyka się z przyjaciółmi, oraz kocha przystojnego Portugalczyka imieniem Luise. Niestety, sielankowe życie autorki ucina się gwałtownie, gdy Karen nakrywa swojego mężczyznę z pewną tajemniczą Francuzką. Od tego momentu zaczyna się rozpaczliwe unikanie, przeplatane z podchodami pod okno byłego chłopaka, ciche polowanie na nowego mężczyznę oraz próby dopieczenia sobie nawzajem. I to niespodziewanie się kończy, kiedy dochodzi do kolejnego, tragicznego zwrotu akcji…

 

Być może poprzedni akapit zabrzmiał jak pean na cześć wartkiej akcji. Niestety, nic bardziej mylnego. Fabuła przez, nie przesadzając, 80 procent książki bardzo się dłużyła. Zachodziłam w głowę po co czytelnikowi dokładna relacja z odtykania kuchennej rury, wprawiania dykty w okno, opis poszczególnych wypadów z psem za miasto, lub dokładny rozkład zaplecza miejscowego sklepu z odzieżą. Nudziły mnie wywody autorki na temat podstawowych czynności jakie każdy z nas codzień odbywa. W książce liczę na coś więcej, niż tylko rozkład dnia głównego bohatera.

 

Jednak, pod koniec lektury wszystko zmieniło się jakby za sprawą magicznej różdżki. Zżyłam się z bohaterami. Zaczęłam im współczuć, przeżywać każde zdanie jakby od niego zależało moje życie. Ostatni, niespodziewany zwrot akcji, mimo, że bardzo drastyczny, sprawił, iż zakochałam się nie tylko w zakończeniu, ale i wybaczyłam wszelkie niedociągnięcia poprzednich 250 stron. Podczas ostatniego rozdziału nie potrafiłam ukryć łez wzruszenia, a to chyba najlepszy dowód, że opłacało się przetrzymać całą prozaiczność.

 

Na pochwałę zasługuje pokora autorki, którą okazała okrutnemu losowi, oraz miłość, którą dawała dopóty, dopóki mogła. Myślę, że książka warta jest uwagi, szczególnie iż opowiada prawdziwą, bardzo wzruszającą historię. Możemy traktować ją jako przestrogę przed zbytnią pyszałkowatością, oraz przed uciekaniem prawdziwym emocjom.

 

Polecam nie tylko kobietom. Powieść o miłości, traktująca ją w dość niestandardowy sposób. Na próżno będziecie w niej szukać namiętności. Znajdziecie oddanie i cierpliwość, a chyba coraz częściej nam tego brakuje. Warto okazać samozaparcie, przebrnąć przez chwilowe fale nudy i wczytać się głęboko między słowa, aby wydobyć prawdziwe źródło zadumy i współczucia. Doskonała pozycja na coraz dłuższe, jesienne wieczory.

 

Książkę otrzymałam jako egzemplarz recenzyjny od wydawnictwa Pascal. Dziękuję!

 

„Domina” Barbara Wood Maj 13, 2013

Filed under: recenzje — finkaa @ 8:48 pm
Tags: ,

domina Wydawnictwo: Książnica

Rok  wydania: 2008

Ilość stron: 607

 

Barbara Wood to autorka dobrze znana fanom literatury kobiecej. Jej nazwisko mogłoby śmiało konkurować z takimi twórcami jak Richard Paul Evans, czy Nora Roberts. Wood słynie z tego, że doskonale wciela w życie postaci różnych kultur, a także różnych warstw społecznych. Jej dzieła tłumaczono na 30 języków. Co wzbogaciło „Dominę” to niewątpliwie fakt, że autorka urodzona w Anglii, a żyjąca na codzień w Kalifornii, doskonale zna obyczaje obu krajów.

 

„Domina” to klasyczny przykład wspomnianej wyżej literatury kobiecej. Opasła księga z uroczą twarzą na okładce opowiada jedną historię – wnikliwie, krok po kroku odtwarza życie Samanty Hargrave. Dlaczego akurat jej? Czym Samanta zasłużyła na hołd w postaci książki? Otóż, Samanta do niezmordowana bojowniczka, kobieca cierpiętnica o gołębim sercu, która uosabia siłę drzemiącą w każdym z nas. Samanta Hargrave urodziła się w śmierdzącej dzielnicy Londynu, w rodzinie, w której skrajnie wierzący ojciec górował nad wszystkimi, a jego restrykcyjne zasady nie pozwalały dzieciom na spełnianie własnych marzeń. Prawdę powiedziawszy, nie pozwalały nawet na spełnienie podstawowych potrzeb. Kiedy matka Samanty umiera przy porodzie, jej jedyna córka staje się dzieckiem ulicy. Ojciec coraz bardziej dziwacznieje. Wkrótce Samanta zostaje sama. Rodzina rozpada się, a nad dzieckiem czuwa tylko los. Właśnie ten szczęśliwy los prowadzi Samantę z ramion jednych życzliwych ludzi prosto do drugich. Główna bohaterka, wiedziona radami zaprzyjaźnionych osób, wyjeżdza do Stanów Zjednoczonych, by tam jako jedna z kilkudziesięciu kobiet w kraju zostać lekarką. Nowy Jork to dla Samanty nowe życie, nowi ludzie, wyższe sfery, lecz wciąż ta sama walka o przetrwanie. Tu miłość przeplata się ze śmiercią, triumf ze zrezygnowaniem, walka z ciągłym upadkiem. Jednak coś, co Samanta ma głęboko w sobie ciągle pcha ją do przodu, ciągle nie pozwala jej leżeć po upadku. Samanta dokonuje rzeczy wielkich. Jest uosobieniem siły, która śpi we wnętrzu każdego z nas.

 

Książka porusza ważny temat jakim jest marność losu człowieczego. Marność, oraz walka, aby nadać jej znaczenia. Kobieta nie ma prawa się poddać, dopóki kocha, czeka, ma dla kogo żyć. Samanta, mimo potwornych zrządzeń losu, mimo ciągłych upokorzeń walczyła do końca, by zaznać spokoju. Przez usta głównej bohaterki przemawiają generacje upokażanych kobiet, które u boku przywódczych mężczyzn lub w zupełnej samotności nie miały prawa mówić, a jednak swoją postawą dowodziły, że to one są ostoją rodziny, że to one mają siłę, aby rozwiązać największy nawet szkopuł. Mimo, iż bez książeczek czekowych i prawa do głosowania, kobiety potrafiły w doskonały sposób podkreślić swoją wartość. Pomimo, że akcja toczy się na przełomie XIX i XX wieku, każda kobieta może poczuć, że książka opowiada właśnie o niej. Każda z nas może poczuć się dowartościowana i pewna siebie. Długo po odłożeniu książki czułam pustkę. Zastanawiałam się co słychać u Samanty i dlaczego tak szybko mnie opuściła…

 

Na pochwałę zasługuje objętość książki. Autorka dobrze wiedziała co robi, przedłużając powieść. Mam wrażenie, że szpikując ją kolejnymi detalami z zapierającej dech w piersiach opowieści, autorka chciała przedłużyć nam chwile szczęścia i ułatwić odnajdywanie siebie. Przepiękne dialogi, ciepło bijące z każdej kartki zmuszają do przeżywania każdego z rozdziałów osobno. Książka w żadnym calu nie jest przesadzona. Miłość macieżyńska, namiętność, ambicja, przyjaźń są wyważone doskonale, jak na wadze aptecznej. Natłok nastrojów wydobywających się z książki po prostu nie pozwala odłożyć ją bez zawodu na twarzy.

 

Moim zdaniem, Barbara Wood stworzyła powieść dla każdej z nas. Nie ma znaczenia nasze wykształcenie, zainteresowania, czy status materialny. Książka napisana jest łatwym, przystępnym językiem. Częste dialogi i wartka akcja, oraz porywające opisy realiów z przełomu wieków sprawią, że każda kobieta poczuje, że to „coś dokładnie dla niej”. Osobiście, odnalazłam się w życiu Samanty. Uważam, że każda kobieta ma w sobie siłę olbrzyma, którą należy odnaleźć i podążać za nią ku szczęściu. Myślę, że Samanta może okazać się przewodniczką każdej z nas.

 

Książkę polecam jako doskonały prezent na zbliżający się Dzień Matki. Właściwie chciałabym, aby każda kobieta przeczytała „Dominę” i uzbroiła się w kobiecą siłę, która pozwala uwierzyć w siebie i spełnić najskrytsze marzenie.

 

Książkę zaliczam do wyzwania Trójka e-pik (książka obyczajowa z motywem zagmatwanych relacji rodzinnych)

 

„Stateczna i postrzelona” Monika Szwaja Sierpień 28, 2012

Filed under: recenzje — finkaa @ 10:09 pm
Tags: ,

Wydawnictwo: G + J Gruner+ Jahr

Ilość stron: 422

Rok wydania: 2005
 
Monika Szwaja to pisarka z wieloletnim i wielotytułowym doświadczeniem. Pisze książki lekkie i przyjemne, zawsze z ogromnym poczuciem humoru, dobrym smakiem, oraz miłosną nutką. Przekonałam się o tym czytając „Nie dla mięczaków” (moja recenzja), swoje zdanie potwierdziłam również sięgając po drugą ksiażkę Szwai „Stateczna i postrzelona”. Czy jednak wymienione przed chwilą epitety mają pozytywny wydźwięk? Okazuje się, że niestety nie do końca…
 
„Stateczna i postrzelona” to klasyk tak zwanej literatury kobiecej. Dlaczego? Ano, dlatego, że książka przedstawia perypetie dwóch kobiet: statecznej Luli i postrzelonej Emilki. Emilka przez dwa lata była dziewczyną bogacza, który niespodziewanie okazał się gangsterem. Lula przez wiele lat pracowała w muzeum, które niezwykle kochała, jednak jej szef nie pozostawiał na niej suchej nitki. Na szczęście zbliża się coroczny zjazd Luli i jej przyjaciół w zaprzyjaźnionej Rotmistrzówce. Kumple ze starych, studenckich lat spotykają się tam, by wspominać stare, dobre czasy. Lula postanawia zabrać ze sobą podłamaną Emilkę. Traf chce, że każdy ze starej paczki znalazł się akurat na rozstaju życiowych dróg i chce coś w swoim życiu zmienić. Los podpowiada starym przyjaciołom, że czas wyratować rotmistrzową od wizji domu starców. Postanawiają więc, że wspólnymi siłami zamienią dom nieżyjącego rotmistrza w gospodarstwo agroturystyczne.
 
Książka spisana jest z dwóch perspektyw: Emilki i Luli. Obie kobiety opisują te same wydarzenia z własnego punktu widzenia. Dlaczego napisałam, że wątpię w pozytywny wydźwięk „Statecznej i postrzelonej”? Szczególnie ze względu na postrzeloną i jej styl. Moim skromnym zdaniem, autorka przesadziła w nacechowaniu wypowiedzi Emilki. Wypowiedzi postrzelonej bohaterki aż roją się od dziwolągów, które nijak mają się do jej wykształcenia (wyższe ogrodnicze), oraz przeszłości (dwa lata na salonach z bogatym przedsiębiorcą). W pewnym momencie moja irytacja sięgnęła zenitu i zaczęłam notować „kwiatki”. Do najciekawszych wypowiedzi Emilki zaliczam: „Jasio było trochę markotne” (co z pewnością miało oznaczać, że Jan był trochę markotny), „Kostas Cośtamtego” (wypowidziane kiedy Emilka zapomniała nazwiska ów Kostasa), „miód (…) się zjadł (sam?), „historyczka sztuczna” (czyli historyczka sztuki), oraz „bardzo tam ładnie, piękny park i w ogóle hoho” (bez komentarza). Podejrzewam, że taki styl wypowiedzi niektórych doprowadzał do wylewania łez rozbawienia. Mnie on niezmiernie drażnił i sprawiał, że trudno mi było przebrnąć przez wypowiedzi Emilki. Do stylu Luli, czyli historyczki sztucznej, się nie przyczepię.
 
Kolejnym zarzutem jest kompletna naiwność fabuły. Już śpieszę z wyjaśnieniem. Opisane w książce wydarzenia po prostu nie mogły wydarzyć się naprawdę. Nigdy nie jest tak, że pięciorgu zaprzyjaźnionym ludziom dosłownie w tym samym momencie życie dało w kość. Nigdy nie jest tak, że nagle wszyscy chętnie ryzykują ostatnie grosze, żeby rozkręcić bezprecedensowy biznes. Nigdy nie jest tak, że nie dochodzi między nimi do sprzeczek na tle finansowym, tym bardziej, iż ich wkład w przedsiębiorswo był różny. Aha, no i do nikogo nie przyjeżdza niespokrewniona niemiecka baronowa, która gotowa jest oddać ciężkie miliony, by poratować dopiero co poznanych polskich przyjaciół. Nie wspominając o tym, że zamieszkuje w gospodarsie na stałe. Mogłabym mnożyć nierzeczywiste przykłady. Skracając te wywody, napiszę tylko, że książkę czytało się jak opowieść, o życiu, które powinno się przydarzyć każdemu, jednak w rzeczywistości jest tylko nierealną mrzonką.
 
Ostatni minus, o którym chciałabym opowiedzieć to przewidywalność fabuły. Niestety, udało mi się przewidzieć wszytkie pary, które skojarzyła Rotmistrzówka. A i zakończenie nie okazało się totalnym zaskoczeniem.
 
Jako, że nie znoszę pisać negatywnych recenzji, kilka słów pochwały. Przede wszystkim, bohaterowie powieści to ludzie o wielkich sercach. Może zarzucicie mi, że to co przed chwilą było dla mnie minusem, teraz stało się zaletą, ale naprawdę uważam, że (mimo, iż niewiarygodni) to jednak bohaterowie byli uosobieniem dobroci, miłości, empatii, poświęcenia, pracowitości i tak dalej, i tak dalej. Potrzeba nam właśnie takich ludzi, których Monika Szwaja stworzyła na kartach tej powieści. Co więcej, książka jest bardzo lekka i (pod warunkiem, że nie zirytuje Was Emilka i jej idiotyczny styl) czyta się ją błyskawicznie. Akcja rozgrywa się w Marysinie, malowniczej wiosce w okolicach Karpacza i Jeleniej Góry. Piękne widoki na pewno na długo zapadły mi w pamięci.
 
Naprawdę mi przykro, że tak negatywnie odebrałam tę książkę. Na jej obronę napiszę, że została mi ona polecona przez wytrawną koneserkę literatury polskiej i zagranicznej. Ów osoba przeczytała wszystkie książki pani Szwai i jest nimi zauroczona, a do „Statecznej i postrzelonej” wraca wyjątkowo chętnie. Po co to piszę? Zwyczajnie po to, żebyście, mimo mojego zdania, dali Luli i Emilce szansę. Przecież każdy ma prawo do własnej opinii.

 

„Bliżej Słońca” Richard Paul Evans Czerwiec 25, 2012

Filed under: recenzje — finkaa @ 8:44 pm
Tags: ,


Wydawnictwo: Znak literanova
 
Rok wydania: 2012
 
Ilość stron: 315

 

Richard Paul Evans to autor znany chyba każdej miłośniczce literatury kobiecej. Jak to się dzieje, że mężczyzna potrafi pisać tak poruszające i piękne historię? Nie mam pojęcia, ale kolejna z jego powieści dowodzi, że Amerykanin wciąż nie wychodzi z formy.
 
Christine planuje swój ślub. Jest perfekcjonistką w każdym calu, dlatego czytelnika nawet nie dziwi fakt, że jej narzeczony odwołuje całe zamieszanie tuż przed ceremonią. Paul to lekarz, któremu w jeden dzień umiera dwóch pacjentów, a rozwścieczone rodziny wytaczają dwa procesy. Dwoje młodych ludzi, których życie pokonało już na starcie w dorosłość odnajduje się w słonecznym Peru, najpierw na ulicy, potem w swoistym domu dziecka. Łączy ich miłość do dzieci i chęć niesienia pomocy. Dzielą ich nieszczęśliwe doznania z przeszłości, oraz instynk samozachowawczy, który utrudnia powtórne zaufanie.
 
Niby motyw oklepany. Niby zakończenie przewidywalne, ale uwierzcie, że urok pióra Evansa naprawdę działa. Książkę czyta się niesamowicie szybko. Za dowód niech posłuży fakt, że ja przeczytałam ją prawie za jednym zamachem, a w życiu miałam takich książek zaledwie kilka. Zarwałam noc, ale musiałam się dowiedzieć co znajduje się na ostatniej kartce. Zawrotne tempo akcji sprawia, że nie ma mowy o „flakach z olejem”. Nawet opisy historycznych peruwiańskich świątyń, czy zapomnianych cywilizacji nie nudzą. Wręcz przeciwnie. Zazdrościłam, że nie towarzyszę Christine w jej pasjonującej wyprawie.
 
Muszę odeprzeć argument, który nasuwa się często sceptykom twórczości Amerykanina. Książka nie jest przewidywalna, a nawet, dla mnie, nie jest to książka o miłości damsko-męskiej. Evans podaje nam serca bohaterów jak na dłoni. Pokazuje jak można się poświęcić, co zrobić dla drugiego człowieka. Autor ukazuje peruwiańską ulicę z całą brutalnością dorosłych, którzy z jednej strony wyrzucają niechciane dzieci, a z drugiej kradną dziewczynki, by sprzedawać je turystom. Handel żywym towarem, kradzieże i nadużycia kwitną, ale to nie powód by się poddać i przestać walczyć o lepsze jutro.
 
Proste słownictwo, duże nagromadzenie epitetów i dialogów sprawiają, że książkę czyta się z prawdziwą przyjemnością. Dodatkowym atutem „Bliżej Słońca” są hiszpańskie zwroty, które można potraktować jako mały sprawdzian dla początkujących, tłumacząc samodzielnie bez zerkania pod odpowiednią gwiazdkę u dołu strony.
 
Poraz kolejny pozostaję pod wrażeniem umiejętności literackich Richarda Paula Evansa. To już druga książka tego autora, w której we wstępie wyjaśnia on jak doszło do jego spotkania z bohaterami i jak uzyskał zgodę na publikację ich historii. Nie wiem jak to się dzieje, że Evans trafia na takich ludzi, ale cieszę się, że dzięki tym spotkaniom miliony ludzi na całym świecie uśmiecha się nad kartkami papieru i odzyskuje nadzieję na lepsze jutro.
 
Na zakończenie powiem, że literatura Evansa to nie „babskie czytadła”. W mojej ocenie jest to bardzo subtelna literatura kobieca, która nie ma nic wspólnego z romansem. Dlatego polecam „Bliżej Słońca” wszystkim, bez względu na płeć, którzy kochają dobre książki.
 

Książkę otrzymałam jako egzemplarz recenzyjny od Wydawnictwa ZNAK. Dziękuję!

 

„Confessions of a shopaholic” Sophie Kinsella Kwiecień 18, 2012

Filed under: recenzje — finkaa @ 7:06 pm
Tags: , ,

 Wydawnictwo: Black swan

Rok wydania:  2009

Ilość stron: 320

Sophie Kinsella, a właściwie Madeleine Wickham to brytyjska pisarka, która od początku swojej literackiej kariery postawiła właściwie na jeden motyw. Prawie każda z jest książek ma w tytule słowo „shopaholic”, czyli „zakupoholiczka”. Oprócz „Confessions of a shopaholic” jest jeszcze między innymi „Shopaholic abroad”, „Shopaholic ties the knot” czy „Shopaholic and sister”? Nie mam pojęcia jak autorka wychodzi na tym tematycznym zamknięciu się, ale muszę przyznać, że jej debiutancka powieść „Confessions of a shopaholic”, czyli „Wyznania zakupoholiczki” to po prostu arcydzieło gatunku.

 

Becky Bloomwood to uzależniona od zakupów młoda dama na dorobku. Mieszka w szykownej dzielnicy Londynu, pracuje jako dziennikarz finansowy w jednej z gazet. Podrywa chłopaków, ogląda  seriale, nie rozumie własnej pracy, ale ponad wszystko kocha zakupy. Becky nie pojmuje, że wysyłane do niej pisma z banku oraz różnych sieci handlowej to naprawdę ważne sprawy. Kobiety nie odstrasza od zakupów nawet fakt, że niektóre z jej kart zostają zablokowane. Zakupy są jej odpowiedzią na wszystkie zmartwienia. W pewnym momencie Becky wpada w prawdziwe bagno. Próbuje wszystkiego. Wprowadza w życie jeden plan po drugim. Niestety, nic nie skutkuje, długi rosną, a ukojenia może szukać tylko w sklepach…

 

Fantastycznie napisana, lekka, łatwa i przyjemna. Tak można w kilku słowach podsumować książkę Kinselli.  Bajecznie łatwy język, wartkie dialogi i ogromna dawka humoru to cechy charakterystyczne powieści. Mimo, że kiedyś gatunek zwany chick lit, utożsamiałam prawie wyłącznie z  amerykańskimi blondynkami i Nowym Jorkiem, teraz widzę, że Plum Sykes ma londyńską konkurencję w postaci genialnej Sophii Kinselli. „Confessions of a shopaholic” to książka, która rozbawi, a nawet wzruszy każdego. Mimo, że wielu czytelników zarzuca Becky zbytnią zidiociałość, dla mnie bohaterka była uosobieniem zagubionej dziewczyny, która jednak ma głowę na karku. Z resztą tę teorię potwierdza zakończenie. Tak, tak, to książka z morałem. 🙂

 

„Confessions  of a shopaholic” to książka dla każdej z nas. Bardzo odpręża, polepsza humor i daje do myślenia. Jak łatwo wpędzić się w uzależnienie? I jak różne może ono przybierać postacie? Kolejny raz przekonujemy się, że przyjaciół poznajemy w biedzie, i że nie wszystko złoto co się świeci. Książkę polecam również ludziom, którzy znają język, ale boją się sięgnąć po literaturę w oryginale. Zapewniam, że akurat tę książkę na pewno uda Wam się „załapać”, a do tego liźniecie fantastycznego brytyjskiego slangu, którego nie sposób doświadczyć czytając poważniejsze pozycje.

 

„The other family” Joanna Trollope Luty 24, 2012

Filed under: recenzje — finkaa @ 4:36 pm
Tags: , ,

 Wydawnictwo: Doubleday

Rok wydania: 2010

Ilość stron: 336
 
Joanna Trollope to autorka znana już na polskim rynku literackim. W polskich księgarniach można zaopatrzyć się w „Więzy rodzinne” i „Najlepsi przyjaciele”. Niestety, nie udało mi się przeczytać żadnej z tych książek, więc trudno będzie o porównania, jednak nie do końca jestem pewna, czy warto jest dawać szansę kolejnej książce Angielki.
 
Richie umiera zupełnie niespodziewanie. W swoim dużym londyńskim domu zostawia trzy osierocone córki, oraz zupełnie zagubioną kobietę swojego życia – Chrissie. Rodzina czuje się wstrząśnięta, nie wie co począć. Oliwy do ognia dolewa fakt, że cztery kobiety to nie jedyne bliskie zmarłego. W Newcastle mieszka ciągle żona Richie’go i jego jedyny syn. Fakt starannie wypierany przez Chrissie z jej świadomości przez cały okres ponad dwudziestoletniego związku z Richie’m, uderza z ogromną mocą. Ostatnim gwoździem do trumny Chrissie jest świadomość, że Richie zmienił testament, a symbol jego życia – fortepian – przypada w udziale właśnie Margaret, prawowitej żonie zmarłego.
 
Pomimo, że fabuła wydaje się interesująca, dominują we mnie mieszane uczucia odnośnie ogólnej oceny książki. Na pewno nie należała ona do nudnych, a czasu z nią spędzonego nie uważam za stracony. Jednak biorąc pod lupę kolejne zdarzenia, oraz reakcje bohaterów, dochodzę do wniosku, że były one dość powtarzalne, a przez to również przewidywalne. Szczęśliwego zakończenia można było się spodziewać już po przeczytaniu kilku pierwszych rozdziałów, a bohaterowie nie stanęli na wysokości zadania, aby zaskoczyć nas nagłą zmianą życiowej postawy, czy mrożącą krew w żyłach decyzją. Wszystko działo się jak w zegarku, jedno zdarzenie uruchamiało kolejne. Wiecznie zagubiona Chrissie pozostała taką do końca. Buntownicza Amy płynęła pod prąd aż do ostatniej strony. Wszechwiedząca Sue bezbłędnie odgadywała intencje innych i zawsze miała rację… Niestety, właśnie przez takie spostrzeżenia nie mogę książki nazwać dynamiczną.
 
Z drugiej jednak strony, jak już wspomniałam powyżej, nie mogę „The other family” nazwać również lekturą nudną, czy bezwartościową. Trollope znana jest z tego, że w swoje powieści tchnie ducha realizmu, bacznie przyglądając się psychice bohaterów. Nie inaczej było również w recenzowanej powieści. Uczucia Chrissie, oraz dziewczynek były naturalne – nienawiść mieszała się z lękiem, a złość z paniką. Prawdopodobnie są to oczywiste odczucia, dominujące po stracie najbliższej osoby. Jednak w ogólnym odbiorze trochę przeszkadzała mi jednostajność i brak elementu zaskoczenia.
 
Z pewnością mocną stroną książki jest jej struktura. Opisy zredukowane do minimum, zapewniają czytelnikowi jasny obraz otoczenia, jednak nie zanudzają nadmiarem informacji. Częste dialogi sprawiają, że książkę czyta się szybko, a nieformalne słowa wywiązujące się z rozmów pomiędzy młodymi siostrami pozwalają na zapoznanie się z dość nieformalną angielszczyzną.
 
Myślę, że polski rynek zarzucony jest pozycjami tego typu. Powieści obyczajowe z nutką nostalgii to sztandarowe pozycje literatury kobiecej. Przedstawicielami tego gatunku są choćby Nora Roberts czy Jodi Picoult. Muszę przyznać, że na tle książek dwóch wspomnianych wyżej pań, „The other family” nie zachwyca, nie potrafi zaskoczyć, nie potrafi wywołać emocji, których pobudzenie jest gwarantem miłych wspomnień związanych z lekturą.
 
Reasumując, celem mojej recenzji nie było odradzenie zmierzenia się z propozycją Joanny Trollopy. Myślę, że gatunek, którego reprezentantem jest „The other family” cieszy się niesłabnącą popularnością, zwłaszcza wśród czytelniczek. Dlatego, nie wątpię, że znaczna część z pań odebrałaby tę książkę zupełnie inaczej. Być może w oku nie jednej z nich zakręciłaby się nawet łza. Ja jednak nie znalazłam w książce nic, co by mnie zaskoczyło lub wprawiło w zachwyt. Ot, kolejna pozycja, przy której można spędzić kilka godzin zimowego popołudnia.