poduszkowietz

"Niczego nie daje zapadanie się w marzenia i zapominanie o życiu." – Czyżby?…

„Pan Przypadek i korpoludki” Jacek Getner Grudzień 5, 2014

Filed under: recenzje — finkaa @ 10:07 am
Tags: ,

pa

Wydawnictwo: Zakładka

Rok wydania:2014

Ilość stron: 231

Kolejny raz przyszło mi się zmierzyć z twórczością Jacka Getnera – scenarzysty, dramaturga, oraz autora przygód Jacka Przypadka, rodzimego detektywa. To już trzecia część perypetii pana Przypadka. Tym razem detektyw tropi niegodziwców z wielkich warszawskich korporacji.

„Pan Przypadek i korpoludki” to zbiór trzech historii połączonych wspólnym mianownikiem ogromnych firm, w których pracują, lub marzą by pracować głodni pieniędzy i chwały młodzi ludzie. Pierwsza opowieść pt. „Morderstwo w Orient Espresso” to zakończona sukcesem próba Przypadka, aby znaleźć mordercę dobrze sytuowanego bankowca. Pewnego dnia denata znajduje kelner jednej z modnych, warszawskich restauracji. Dziwnym trafem, podejrzani są dwaj klienci-dyrektorzy, oraz właśnie ów kelner. Kolejna przygoda detektywa dotyczy dość trywialnej pozornie sprawy. Kto w wielkiej korporacji tytoniowej Super Tobacco śmiał wypalić papierosa marki King Nicotine? Wywiązuje się z tego pytania klasyczna zagadka „zamkniętego pokoju”. Podejrzani są wszyscy pracownicy korzystający z palarni w Super Tobacco. W grę wchodzi utrata twarzy i pewnie stołka. W tle widnieją transfery między dwoma korporacjami. Jednym słowem, jest się o co bić. „Moralność pana Julskiego” to moim zdaniem najbardziej zabawna historia. Tytułowy pan Julski to teoretycznie człowiek na wysokim stanowisku. Czy aby na pewno? Czy zastanawialiście się do czego jest zdolny pracownik, aby przekonać opinię publiczną, że nadal powodzi mu się tak dobrze, jak wtedy kiedy był u szczytu sławy? I co może zrobić ojciec własnemu dziecku, aby i to trzymało do końca fason?

Jak zwykle w powieściach Jacka Getnera, oprócz nowych bohaterów, pojawiają się wątki stałe. W trzeciej części przygód Jacka Przypadka znowu spotykamy Szołtysika wraz z jego narcyzmem, Anię z jej nieutulonymi problemami sercowymi, a także przypatrujemy się głównemu bohaterowi i jego nowej, zaskakującej współlokatorce. Wraz z Błażejem próbujemy na nowo odnaleźć sens życia.

Książka obfituje w zabawne zwroty akcji. Napisana jest lekkim piórem i nie sposób przestać się uśmiechać nad lekturą. To chyba wszystkie składniki przepisu na lekkostrawną, podnoszącą na duchu lekturę zimową.

Tę część, podobnie jak dwie poprzednie, polecam pod choinkę. Właściwie nie ma ograniczeń wiekowych, ani płciowych. Adresowana jest do wszystkich, którzy mają dystans do życia i lubią wesołe perypetie z wątkiem lekko kryminalny w tle.

Książkę otrzymałam do recenzji od Autora. Dziękuję.

 

„Morderstwo na mokradłach” Sasza Hady Październik 11, 2014

Filed under: recenzje — finkaa @ 1:36 pm
Tags: , ,

mor Wydawnictwo: Oficynka

Rok wydania: 2012

Ilość stron: 381

Sasza Hady to pseudonim Aleksandry Motyki, młodej polskiej pisarki, która swoim lekkim piórem i niezwykłym poczuciem humoru mogłaby zawstydzić nie jednego literata ze sporym doświadczeniem. Skąd ta pewność w mojej ocenie? Jestem świeżo po lekturze „Morderstwa na mokradłach” – debiutu autorki. Właśnie przed chwilą wyczytałam też, że jest już na rynku kontynuacja przygód Alfreda Bendelina. I całe szczęście, bo już się martwiłam, że na tym koniec.

Ale powoli do rzeczy. Zacznijmy może od tego, że Alfred Bendelin w ogóle nie istnieje. Wyobraźcie sobie sytuację, w której Wasz przyjaciel-pisarz używa Waszego adresu, aby osadzić w Waszym domu głównego bohatera swojej powieści kryminalnej. To właśnie spotkało niewypowiedzianego pechowca Nicholasa Jonesa, któremu z tego powodu wielu ludzi nie chciało uwierzyć w prawdziwą tożsamość. Tym sposobem Nicholas zostaje zmuszony do przyjęcia „oferty nie do odrzucenia” – rozwiązania zagadki kryminalnej na malowniczej angielskiej prowincji. Helen Bradbury to kobieta z klasą, której po prostu się nie odmawia. I na nieszczęście Jonesa to właśnie ona pod wpływem bestsellera wtargnie do mieszkania z lektury w poszukiwaniu Bendelina i zleci nieszczęśnikowi rozwiązanie zagadki znalezienia odpowiedzi na pytanie kto stoi za martwą głową w spiżarni dystyngowanej zleceniodawczyni.

Jako, że Jones nie ma pojęcia jak się zabrać za spawę, wpada na pomysł powołania asystenta, który o morderstwach wie nieco więcej. Tym sposobem flegmatyczny Nicholas Jones, oraz jego przyjaciel-pisarz o nieodpartym uroku ruszają do Little Fenn, aby odnaleźć mordercę… A tam, jak na maleńkiej angielskiej prowincji, płynie sielskie życie. Wszyscy są przesympatyczni, przyjaźnie do siebie nastawieni. Każdy wie o drugim praktycznie wszystko i nikomu się w głowie nie mieści, żeby morderstwa dopuścił się sąsiad. Co poczną Nicholas i uroczy Rupert? Oczywiśnie doskonale odnajdą się na wsi, zasmakują specjałów wszystkich starszych pań z okolicy, odpoczną podziwiając prześliczne krajobrazy i zaprzyjaźnią się ze wszystkimi dziećmi biegającymi po wiejskich dróżkach. Tylko jak to się ma do prawdziwego celu ich podróży?

Tak jak pierwszą książką, przy której płakałam prawdziwymi łzami był „Harry Potter”, tak pierwszą powieścią, przy której bolał mnie brzuch od śmiechu było „Morderstwo na mokradłach”. Spodziewałam się po przychylnych recenzjach, że książka będzie dobra, lecz to co otrzymałam przeszło moje pozytywne oczekiwania. Autorka po prostu rzuca na kolana świetnym stylem, błyskotliwymi dialogami, zabawą z językiem i konwenansami. Świetnie odzwierciedla życie prowincjonalnej Anglii, jednocześnie szokując bohaterów, jak również odbiorców motywem homoseksualnym. O zakończeniu nawet nie wspomnę. Gwarantuję, że nie zorientujecie się co tak naprawdę stało się w LIttle Fenn aż do samego końca.

Reasumując, dostałam o 100% więcej, niż oczekiwałam. Myślę, że Saszę Hady już można nazwać jedną z lepszych pisarek w kraju. Nie mogę się doczekać kiedy dopadnę „Trupa z Nottingham”, w którym to Bendelin rozwiązuje kolejną zagadkę. Polecam „Morderstwo na mokradłach” nie tylko miłośnikom kryminału. Książka nie jest przesadnie straszna, więc mogą ją czytać dosłownie wszyscy, którzy mają ochotę nieźle się pośmiać.

 

„Rezydencja” Krzysztof Bielecki Sierpień 31, 2014

Filed under: recenzje — finkaa @ 7:21 pm
Tags:

rezydWydawnictwo: Akademickie Inkubatory Przedsiębiorczości

Ilość stron: 153

Rok wydania: 2014

 

 

„Rezydencja” to czwarta książka Krzysztofa Bieleckiego, którą miałam przyjemność przeczytać. Wiecie pewnie doskonale, że jest to autor niezwykle oryginalny, obok którego nie można przejść obojętnie. Albo się jego powieści trawi i podziwia, albo delikatnie mówiąc dostaje się zawrotu głowy i odrzuca z niesmakiem. Do tej pory twórczość Bieleckiego traktowałam z delikatną rezerwą. Wyczuwałam, że jest to kompletny odjazd, ale nie wiedziałam do końca czy to dobrze czy źle. Po przeczytaniu „Rezydencji” jestem zdecydowana. Bardzo i bezsprzecznie mi się podobało.

 

 

Główny bohater T. ma dwa problemy. Po pierwsze dziwna, czarna plama w jego mieszkaniu, która robi się większa i większa. Jako, że to mieszkanie w bloku, T. przygląda się tej przykrej sprawie wraz ze swoim sąsiadem. Razem ze staruszkiem zasiadają od czasu do czasu przy buteleczce alkoholu i T. pozwala swojemu kompanowi snuć niestworzoną historię o dalekich podróżach, oraz pewnym bardzo tajemniczym zwierzęciu… Drugi wątek to problem siostry T., która jest artystką performatywną zajmującą się zjadaniem niestandardowych rzeczy, np. taśmy magnetofonowej, czy też grzybów powstających na ścianach zawilgoconych pomieszczeń (tak, tak, ten kto czytał już Bieleckiego w ogóle nie przejawia w tym momencie zdziwienia). Siostra ma niemały problem, gdyż za sprawą sympatycznego kolegi dowiaduje się, że jest jedną z trzech kropek. O co chodzi? Faceci na całym świecie tatuują sobie na nadgarstkach trzy kropki. Oznacza to, że preferują czterokąty – jedna atrakcyjna, druga lubieżna, trzecia inteligentka plus wytatuowany koleś. Co, oprócz osoby T., łączy oba te wątki?

 

 

Powiedziałabym, że pierwszy raz zrozumiałam całą powieść Bieleckiego. Przy poprzednich książkach tylko niektóre wątki były dla mnie jasne i zakończone, reszta się urywała, albo była tak zagmatwana, że mimo wracania ciągle do tych samych stron, nie mogłam zrozumieć co właściwie się stało. „Rezydencja”, mimo, że nieprzewidywalna, surrealistyczna i zwariowana, jest w końcu zrozumiała. Ma początek i koniec. Nie pozostawia poczucia niedokończonej sprawy. Uważam to za niesamowicie duży plus. Oprócz tego, jest napisana charakterystycznym dla autora, enigmatycznym językiem. Jest podzielona na wiele krótkich rozdziałów, jest tajemnicza i bywa często ponura. Jednym słowem łączy w sobie wszystkie cechy, które cenię w autorze.

 

 

Z czystym sumieniem polecam „Rezydencję” tym, którzy poszukują świeżego powiewu w literaturze.  Krzysztof Bielecki to właściwie zaprzeczenie klasycznego pisarza. Nie wiem jak podsumować wyczyny tego autora, ale naprawdę spodziewajcie się samych niespodzianek. Polecam na nudne jesienne wieczory. Albo może na jeden wieczór, bo lektura dość krótka, aczkolwiek bardzo intensywna.

 

 

Książkę otrzymałam do recenzji od Autora. Dziękuję!

 

 

 

„Pokochać siebie i zacząć żyć inaczej” Anna Dodziuk Lipiec 27, 2014

Filed under: recenzje — finkaa @ 8:29 pm
Tags: , ,

pokochac siebie Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Rok wydania: 1992

Ilość stron: 125

 

Anna Dodziuk to polska psychoterapeutka urodzona w 1947 roku w Warszawie. Wywodzi się z żydowskiego środowiska, jest związana z „Solidarnością”. Pisywała do „Wysokich obcasów”. Zajmuje się psychoterapią alkoholików i ich dzieci, małżeństw i związków w tarapatach. Mocno wierzy, że każdy z nas jest w stanie zmazać złe płyty, które zostały wgrane w nasze mózgi w dzieciństwie. Bardzo mnie to podnosi na duchu.

 

Książka „Pokochać siebie i zacząć żyć inaczej” bardzo mi się spodobała ze względu na tytuł. Od lat walczę z niską samooceną i pomyślałam, że to coś w sam raz dla mnie. Ucieszyłam się niezmiernie kiedy trzymałam książkę w ręce, lecz kiedy przeczytałam kilka pierwszych stron, mój entuzjazm nieco opadł. Otóż, autorka w ogóle nie moralizowała, nie powoływała się na przesadne ilości mądrych naukowców zza oceanu. Jakieś to jej pisanie takie „z życia wzięte było” za bardzo. Lektura bardzo odstawała od poprzednich, których tytuły wskazywały na coś podobnego.  Jednak z biegiem stron, nastąpiła we mnie ogromna metamorfoza. Dosłownie zżyłam się z autorką, stała się ona moją przyjaciółką właśnie przez tą bezpośredniość, którą najpierw miałam za minus.

 

Ale od początku. Jeśli chodzi o treść… W pierwszym rodziale troszeczkę teorii. Co to jest samoocena? Co składa się na autoportret? Po czym ludzie wnioskują, że są „dobrzy”, lub „źli”? Drugi rozdział to poszukiwanie odpowiedzi kto jest winien moich kłopotów i co ja sam mogę zrobić, aby je zmiejszych/zniwelować? Trzeci rozdział, ten najważniejszy, to konkretne techniki wymazywania płyt, o  których napisałam już we wstępie. To co działo się w naszym wczesnym dzieciństwie to nic innego jak nagrywanie płyt. Kiedy pokazywaliśmy mamie dwa klocki ułożone krzywo na sobie i przyczeliśmy „Mamo, zamek” jej reakcja utarła się w nas na całe życie. Jeśli mama klaskała to na naszej płycie nagrało się, że jesteśmy wspaniali. Jeśli mama nie miała czasu, albo marudziła, że klocki stoją krzywo, nagrało nam się, że nie jesteśmy warci niczyjej uwagi, albo, że jesteśmy do niczego. Jak walczyć z nagraniami na naszych płytach? AFIRMACJE. Wspominałam już o nich przy okazji publikacji Luice L. Hay. Teraz przekonuje do nich Anna Dodziuk. To nie może być przypadek. Od momentu przeczytania tej krótkiej lektury, nie pozwalam sobie już na negatywne myśli. Cały czas jak zaklęta powtarzam „Ja jestem gotowa na wielkie szczęście”. Myślicie, że to bez sensu? Być może. Ale na pewno wszyscy się zgodzimy, że negatywne myśli zatruwają życie. A jaką krzywdę może mi wyrządzić to pozytywne zdanie? Jeśli nie pomoże, na pewno nie zaszkodzi. Oprócz tej metody, autorka proponuje kilka innych. Na koniec autorka opowiada bajkę o „ciepłym i puchatym”, czyli o świecie, w którym ludzie rozdawają dobre słowo.

 

Pełna dobrych pomysłów książka polskiej psychoterapeutki to coś o wiele bardziej wartościowego, niż na początku mi się wydawało. Wszyscy wiemy, że lata 90-te w Polsce nie były zbyt korzystne dla rozwoju nauki, a jednak Anna Dodziuk pisała o sprawach, którymi Luise L. Hay zafascynowała mnie dopiero kilkanaście miesięcy temu. Tu musi być coś na rzeczy. Powtórzę jeszcze raz. Jeśli nie pomoże, na pewno nie zaszkodzi, a ja czuję, że ta książeczka przyniesie przełom w moim życiu. Polecam na wakacyjny ciepły wieczór.

 

„Gaumardżos!” Anna Dziewit-Meller, Marcin Meller Czerwiec 24, 2014

Filed under: recenzje — finkaa @ 11:50 am
Tags: , ,

gauWydawnictwo: Świat Książki

Ilość stron: 397

Rok wydania: 2014

 

Anna Dziewit-Meller i Marcin Meller to małżeństwo polskich dziennikarzy od lat zakochanych w Gruzji. Ona publikowała m.in. w „Polityce” i „Wysokich Obcasach”. Pisuje książki, gra w zespole Andy. On głównie znany jako redaktor „Playboya”, ale również jako prowadzący Dzień Dobry TVN. Jego felietony i reportaże wojenne ukazywały się m.in. w „Polityce”, „Newsweeku”. Bardzo kreatywna i mobilna para, która swoje wesele postanowiła wyprawić w Gruzji. Dlaczego? Właśnie o miłości do tego kraju i wywodzącej się z niej decyzji jest ta książka.

 

„Gaumardżos!” czyli „Na zdrowie!” to zbiór opowieści przeróżnych. Nie tylko tych poważnych o politycznych szujach, wojnie, Stalinie i gospodarczej zgniliźnie, która uniemożliwia „europejskie” życie wielu Gruzinom. To przede wszystkim zbiór opowiadań o ludziach, o ich pasjach, miłościach, życiu. Z książki dowiadujemy się z czego słynie Gruzja. Najbardziej charakterystyczną cechą jest chyba tzn. Geogria Maybe Time, czyli przyzwolenie na spóźnianie się o kilka godzin, a niekiedy miałam nawet wrażenie, że doba w tą czy w tą nie robi różnicy. Ponadto, możemy przeżyć prawdziwą gruzińską suprę i wypić toast z gruzińskim tamadą. Supry to wielogodzinne i wielowielodaniowe uczty, które składają się z wielu nawet kilkudziesięciominutowych toastów, wznoszonych przez gospodarza, czyli tamadę. Gruzja to również Stalin. Bo jak mówią mieszkańcy Gori, gdyby w Polsce urodził się jeden z najznamiennitrzych przywódców świata, nawet jeśli byłby mordercą, kochałyby go tłumy.

 

Mimo całej mojej sympatii do chaosu panującego w Gruzji i przyjacielskości emanującej z Gruzinów, najbardziej urzekł mnie reportaż o locie 6833 do Batumi. Dlaczego grupa młodych, inteligentnych ludzi zdecydowała się na niemal pewną śmierć? Czy walka za wolny kraj wymaga aż takich poświęceń? Kto stał za śmiercią „chłopców”? Nie planowałam tak szybko ukończyć książki, ale kiedy odnalazłam pierszą stronę reportażu pt. „6833 do Batumi” wiedziałam już, że nie skończę  dopóki nie poznam całej historii, którą Marcin Meller tak skwapliwie podzielił się z czytelnikiem.

 

Książka to zbiór zabawnych i poważnych, krótszych i dłuższych felietonów-opisów-wspomnień-reportaży, suto nakrapianych pięknymi zdjęciami w większości autorstwa małżeństwa Mellerów.

 

Nieraz spotkałam się z nudnymi książkami podróżniczo-reporterskimi. Charakteryzowały się przydługimi opisami zdarzeń, suchymi faktami, zachwytami nad czymś czego ja nie mogę zobaczyć, nawet oczyma wyobraźni. „Gaumardżos” jest inna. Ta książka ma duszę. Wynika to pewnie z faktu, że nie ma nudnych Gruzinów, nudnych gruzińskich krajobrazów i nudnym posiadówek kończących się kacem. Gruzja żyje, jej mieszkańcy biorą życie pełnymi garściami, a to wyczuwa się na kartach książki od samego początku. Dlatego polecam wszystkim, którzy szukają wakacyjnych inspiracji. Na pewno przy tej książce nie będziecie narzekać na brak wrażeń, a zapewniam, że nie jeden z Was bezpośrednio po odłożeniu lektury zacznie pakować swój plecak.

 

„(Nie)boszczyk mąż” Joanna Chmielewska Czerwiec 14, 2014

Filed under: recenzje — finkaa @ 4:15 pm
Tags: ,

nieWydawnictwo: Kobra

Rok wydania: 2010

Ilość stron: 447

 

Chyba nie ma wśród nas, nałogowych czytelników, osoby, która nie zmierzyła się z twórczością Joanny Chmielewskiej. Ja, po wielu latach przerwy, wróciłam na chwilę do tej niezapomnianej, najwybitniejszej polskiej twórczyni kryminału.

 

Tym razem, jak często u Chmielewskiej, poznajemy pewną warszawską rodzinę. Malwina Wolska jest strasznie otyłą i wredną babą. Jej mąż, Karol jest stasznie otyłym wrednym biznesmenem. Łączy ich związek małżeński i miłość do jedzenia. Ich charaktery nie zgadzają się w najmniejszym szczególe, ale Malwiny mistrzowskie umiejętności kulinarne ratują związek. Jest jeszcze jeden element układanki – Justynka, niepozorna, szczupła studentka prawa przysposobiona przez Wolskich do wspólnego życia. Malwina obawia się, że mąż chce ją zostawić, oczywiście bez jakichkolwiek pieniędzy. Ta marudna, leniwa kobieta nigdy nie skalała się pracą inną, niż gotowanie. Jak więc miałaby zerwać z dostatnim życiem i wynieść się pod most? Kobieta woli nie ryzykować, że jej przeczucia się sprawdzą i wyprzedzić męża w tym decydującym kroku. Zabije go. Proste, prawda? Tylko jak, kto, gdzie i tylko bez śladów…

Karol ma wrednej żony dość. Nienawidzi jej równie silnie, jak ona jego. Właściwie nie zaszczyca żony rozmową. Pochłania tylko każdą ilość jej pysznego jedzenia.

Do tego ta Justynka… Bardzo bystra, ale w sumie zupełnie niepotrzebna. Chwileczkę… a może jest inaczej? Może to właśnie Justynka jest ostatnią deską ratunku w sporze Malwina Wolska vs. Karol Wolski?

 

Jak zwykle, Chmielewska nie zawodzi czytelnika. Pisarka stworzyła przezabawką komedię sytuacyjną ze śmiertelnie poważnym wątkiem kryminalnym. Wartka akcja i zajadłe, buńczuczne dialogi sprawiają, że książkę czyta się z nieskrywaną satysfakcją i z wypiekami na twarzy. Do czego posunie się Malwina? Jak na to zareaguje Karol? Czytelnik jest w całości pochłonięty problemami otyłej pary. Autorka doskonale kreuje charaktery bohaterów. Konsekwentnie upiera się przy pustocie i wredocie Malwiny, przebiegłości i wyrachowaniu Karola, oraz sprycie Justynki. Pod koniec lektury niemal miałam wrażenie, że jestem czwartym lokatorem domu Wolskich.

 

Książkę polecam wszystkim fanom kryminałów, i nie tylko. Jeśli ktoś jeszcze waha się czy sięgnąć po twórczość Joanny Chmielewskiej to śmiało można zacząć od „(Nie)boszczyka męża”. Świetny pomysł na prezent, na spędzenie długiego weekendu, wczasów z książką. Po prostu Chmielewska u szczytu formy. Polecam!

 

„Pan Przypadek i celebryci” Jacek Getner Marzec 28, 2014

Filed under: recenzje — finkaa @ 6:57 pm
Tags: ,

pan Wydawnictwo: Zakładka

Rok wydania: 2013

Ilość stron: 230

 

Jacek Getner to polski pisarz, scenarzysta (m.in. „Klan”), laureat wielu konkursów pisarskich i dramaturgicznych. Do tej pory miałam do czynienia z jego mroczną powieścią „Dajcie mi jednego z was”, oraz znacznie lżejszą powieścią kryminalną o niestrudzonym detektywnie-amatorze Jacku Przypadku. Szczególnie ta druga powieść urzekła mnie poczuciem humoru, oraz zawiłością fabuły. Na szczęście „Pan Przypadek i trzynastka” doczekał się następcy i dzięki temu właśnie odłożyłam na półkę „Pana  Przypadka i celebrytów”, czyli zapis kolejnych sukcesów rodzimego detektywa.

 

Tym razem motywem przygód warszawskiego miłośnika kryminalnych zagadek jest celebrycki świat. Już w pierszym opowiadaniu Jacek musi odnaleźć się na kilku filmowych planach, aby zbadać półświatek polskich aktorów na dorobku i dowiedzieć się kto zabił jednego z kolegów po fachu i jaki był motyw. Kolejna przygoda, choć zasadniczo różniąca się od pierszej, także krąży wokół ciemnych zakamarków świadomości naszych rodzimych gwiazd. Bolko Szołtysik, oprócz tego, że jest ulubieńcem młodszych o kilkadziesiąt lat nastolatek, umie nieźle dać czadu. Czy niewinna trawka może zmienić pozornie normalnego faceta w bezbronne dziecko? Ostatni rozdział, moim zdaniem najzabawniejszy, dotyczy dość powszechnego pewnie zjawiska jakim jest „lans”. Do czego moglibyśmy się posunąć posiadając tak zwane „parcie na szkło”? Czy ciągle obowiązują granice narzucane przez moralność? Kasiya i Mikele, rodzime gwiazdy na dorobku, rozwieją nasze wątpliwości?

 

Po raz drugi Jacek Getner popisał się nie tylko poczuciem humoru, ale również niezłym sprytem. Stworzył całkiem skomplikowane kryminalne zagadki, które trzymają w napięciu do ostatnich stron. Okrosił wszystko potężną dawką świetnej zabawy, dużą ilością ciętej riposty i szczyptą prawdziwych wartości takich jak męska przyjaźń i rodzicielska miłość.

 

Na uwagę zasługuje ciekawa okładka książki, wybrana prze internautów drogą głosowania, jak również plan Getnera, aby stworzyć kolejne części przygód niesamowicie bystrego detektywa. Wnioskując po zapowiadanym tytule „Pan Przypadek i korpoludki”, tym razem będziemy mieć do czynienia z trybikami napędzającymi naszą gospodarkę i biorącymi udział w wyścigu szczurów.

 

Uważam, że „Pan Przypadek i celebryci” to książka w sam raz na leniwe popołudnie. W dość uszczypliwy, lecz zabawny sposób obala mity rojące się w głowach ludzi bezwarunkowo wpatrzonych w rozrywkowe stacje telewizyjne. Myślę, że dla niejednego propozycja Jacka Getnera może stanowić niezłą odtrutkę i zachętę do poszukania bardziej ambitnych rozrywek.

 

Książkę otrzymałam od Autora jako egzemplarz do recenzji. Dziękuję!