poduszkowietz

"Niczego nie daje zapadanie się w marzenia i zapominanie o życiu." – Czyżby?…

„I nagle wszystko się kończy” Krzysztof Bielecki 13 lutego, 2014

Filed under: recenzje — finkaa @ 6:31 pm
Tags:

iWydawnictwo: książka wydana własnym nakładem poprzez działalność w ramach Akademickich Inkubatorów Przedsiębiorczych

Ilość stron: 299

Rok wydania: 2013

 

Nikomu z moich stałych czytelników postaci Krzysztofa Bieleckiego nie trzeba przedstawiać. Nietuzinkowy autor gości na moim blogu regularnie za sprawą innowacyjnych i nieprzewidywalnych powieści. Kolejną z nich miałam okazję przeczytać dość niedawno i, jak można przewidzieć, nie zawiodłam się. Potężna dawka dziwactw przedstawionych w zbiorze opowiadań „I nagle wszystko się kończy” zapisała  się w mojej pamięci pod mianownikiem nieprzebranej wyobraźni autora.

 

Zbiór 23 opowiadań przekazuje ogromną dawkę ambiwalentych uczuć. W opowiadaniu „Dwie pieczenie, czyli nocne rozmowy przy barze” poznajemy Coltona i Chantelle – zmęczonych życiem młodych ludzi, których codzienność okazuje się nie do końca taka, o jakiej marzą. On ma ochotę na niezobowiązujący seks, a ona ma dość męskich szowinistów. Oboje prowadzą zimną wojnę płci, która nagle kończy się rękoczynem. Czytelnik zastanawia się kto miał rację i jak daleko można posunąć się w okazywaniu pogardy innym.

Na uwagę zasługuje również opowiadanie „Żona freelancera” – moim zdaniem, satyra na miłośników udawanej moralności. Kilkudziesięciozdaniowa przypowiastka o mężczyźnie, który nie kocha swojej żony, ale niestety nie uznaje rozwodów. Co miesiąc daje żonie piękną biżuterię i tak, żyjąc na odległość, są szczęśliwym małżeństwem. Prawda, że proste?

Dość niepokojącym, choć interesującym opowiadaniem okazał się dla mnie „Domek dla lalek albo remiks rzeczywistości”, w którym to Johan trudni się aranżowaniem mieszkań na domki dla lalek. Kto zleca takie rzeczy? Otóż, na brak klientów Johan nie musi narzekać. Narrator przekonuje, że wyobraźnia dzieci nie zna granic. Niektóre z pociech odpływają w zabawie tak daleko, że wyrastają na wyalienowanych szaleńców, którym goniąc za sławą i pieniądzem nie przeszkadza iż realne życie miesza się z tym, które może być prowadzone tylko w życiu lalek. Cytując autora „[t]rochę to niepokojące, prawda?”

 

Nie sposób jest opowiedzieć wszystkich historii zawartych w 300-stronowej książce, ale jedno jest pewne. Każdy w niej znajdzie coś dla siebie. Podejrzewam, że jak przy każdej pozycji Bieleckiego odbiór będzie skrajnie różny, jednak nie ulega wątpliwości, że książka jest godna polecenia. Nie wiem jak to się dzieje, ale nawet wzbudzając negatywne emocje, takie jak niepokój, czy obrzydzenie Bielecki jest w stanie zmusić człowieka do refleksji nad otoczeniem. Bo paradoksalnie książka jest o tym wszytkim co jest obok nas. Nawet jeśli imiona bohaterów są nierealne, a miejsca, w których akcja się dzieje mocno oddalone od tych, które odwiedzany na codzień.

„I nagle wszystko się kończy” nie jest pozycją łatwą. Abstrakcja wylewająca się z każdej niemal strony może męczyć. Jednak, moim zdaniem, warto jest się przedrzeć przez gąszcz paradoksów, skrajności i magicznych zbiegów okoliczności, żeby poczuć powiew totalnej oryginalności i niepowtarzalności. Właściwie to chyba nie będzie nietaktem jeśli napiszę, że jest to książka jak każda tego autora. I mam nadzieję, że będzie to zrozumiane odpowiednio.

Książkę otrzymałam do recenzji od Autora. Dziękuję!

 

Pojechane podróże 2 14 grudnia, 2013

Filed under: recenzje — finkaa @ 6:02 pm
Tags: ,

pojechane Wydawnictwo: Klub Podróżników Trzy Żywioły

Rok wydania: 2013

Ilość stron: 205

 

Na pewno stali bywalcy Poduszkowtza pamiętają „Pojechane podróże”. Była to książka, która na długo zagościła w mojej pamięci. Opowiadała historie ludzi, często amatorów, którzy postanowili spełnić swoje marzenia i ruszyć w świat. Książka, oraz patronujący jej festiwal 3 żywioły, odniosła taki sukces, iż postanowiono napisać jej kontynuację. „Pojechane podróże 2” oparte są na tej samej kanwie, jednak tym razem redaktorzy postanowili uczcić jubileusz dziesięciolecia festiwalu i w książce zebrać 10 opowieści najznamienitrzych polskich podróżników. I tak mamy do czynienia z takimi nazwiskami jak Elżbieta Dzikowska, Marek Kamiński czy Jacek Hugo Bader.

 

Każda z opowieści niesie inne przesłanie. Każda ukazuje inny wymiar człowieczeństwa, podróżowania, życia. Łączy je wszystkie niesamowita wiara w człowieka, prawo do równości, a zarazem odrębności. Chyba muszę stwierdzić, że nie mam ulubionej opowieści. Najbardziej zaczarował mnie jednak świat Czukotów ukazany przez Romualda Koperskiego. Nigdy nie zobaczę tego koczowniczego ludu na własne oczy, bo mój organizm nie znosi mrozu. Tym większy podziw budzą we mnie ludzie odporni na kilkudziesięciostopniowe mrozy, ich uśmiechnięte twarze, oraz chęć przetrwania, która jest tak wielka, że udaje im się żyć w najmniej do tego przyjaznym miejscu. Zadziwił mnie fakt, ciężki do pojęcia dla naszej kultury, iż czukotcy starcy mają prawo prosić własne dzieci o cios w serce kiedy czują, że nie są w stanie dalej żyć. Dziecko nie odmawia. To przestaje dziwić kiedy zrozumiemy, że siła jest jedyną szansą na przetrwanie w koszmarnych, wschodnio-rosyjskich warunkach.

 

Ogromną sympatią zapałałam również do mieszkańców wyspy Yap, szczegółowo opisanych przez Olgierda Budrewicza. Pacyfik to chyba miejsce najbardziej egzotycznych i tajemniczych ludów świata. Uśmiechnięte twarze i obnażone biusty to tam norma. Normą jest również pieniądz, który ma postać… kilkumetrowej średnicy kamieni z dziurą w środku.

 

Oczywiście nie mogę pominąć podróży Janusza Kaszy, który wybrał się do Dakoty Południowej na największy na świecie zlot miłośników motocykli. Mimo, że temat mało do mnie przemawiający to oczywiście zdjęcia z Route 66, oraz z innych zakątków Ameryki nie mogły przejść niezauważone.

 

Ostatnią podróżą, o której wspomnę niech będzie ta do RPA. Państwo piękne, tajemnicze i na pewno godne odwiedzenia. Jednak w opowieści Wojciecha Jagielskiego trudno szukać optymizmu. Wszystko z jednego powodu: apartheid. Niestety, to słowo ciągle żywe. Mieszkańcy miasteczka Ventersdorp wiedzą o tym całkiem nieźle. Kto ma większe do niego prawo? Wpływowe białe twarze, czy może jego pierwotni mieszkańcy, którzy zostali wypchnięci na margines biedy?

 

Książka jest pięknie wydana, bogato ilustrowana i  zaopatrzona w mapki. Opowiada 10 niezwykłych historii, spośród których każdy na pewno znajdzie tą jedyną, którą chciałby odbyć. Ja osobiście znalazłam takich kilka. Myślę, że „Pojechane podróże 2” to genialny prezent na święta. Każdy ma prawo do fantazjowania, a może nawet do urzeczywistnienia swoich wielkich marzeń o podróżach. Ta książka na pewno daje ku temu ogromne powody.

 

Książkę otrzymałam  do recenzji od Klubu Podróżników Trzy Żywioły. Dziękuję!

 

„Wybór Marty” Lidia Witek 22 listopada, 2013

Filed under: recenzje — finkaa @ 1:48 pm
Tags: ,

wybor

wydawnictwo:  Promic

rok wydania: 2012

ilość stron: 589

 

O życiu Lidii Witek niestety nie wiem zbyt wiele. Po przeczytaniu „Wyboru Marty” z pewnością mogę jednak stwierdzić, iż zmarła w 2011 roku autorka była pełna ciepła, nadziei, oraz siły. Taka bowiem jest również główna bohaterka książki, a mam silne przeczucie, że autorkę łączyła z nią pewna więź. Z racji, iż książka oparta jest na faktach, mam nawet podejrzenie, że mogła ją znać osobiście.

 

Akcja „Wyboru Marty” toczy się w latach sześciesiątych ubiegłego stulecia w Warszawie. 31-letnia Marta Karwowska jest zdolną architektką, dużo pracuje, utrzymuje sama mieszkanie, szuka miłości swojego życia, nawet ma pewnego kandydata, do którego być może  nie jest w stu procentach przekonana, ale w końcu lepszy wróbel w garści, niż gołąb na dachu. Wszystko jednak zmienia się, gdy do drzwi Marty puka dużo młodsza kuzynka. Przerażona swoją niespodziewaną ciążą, obarcza Martę problemem i prosi o nocleg po nieuchronnym zabiegu aborcji. Czy Marta pozwoli Małgosi na zabicie dziecka? Jak się zapewne domyślacie, nie. Ta decyzja rzutuje na całym dalszym życiu Marty, na jej ewentualnym małżeństwie, karierze, dobrobycie…

 

Jednak odważna decyzja młodej kobiety nie wzięła się znikąd. Książka pełna jest retrospekcji. Poznajemy życie Marty na  warszawskiej Saskiej Kępie podczas i bezpośrednio po wojnie. Poznajemy odważne i młode kobiety, które tracąc najbliższych w wojennych okopach miały siłę iść dalej i czekać. Często mimo jakichkolwiek racjonalnych przesłanek. Poznajemy ciocię Adelę, która postanowiła uratować zmorzonego głodem chłopca. Poznajemy zbolałą matkę, która cudem odzyskuje po latach syna. Poznajemy wreszcze chłopca, który ledwo odrósłszy od ziemi decyduje się na walkę w Powstaniu. Takie wzorce ukształtowały Martę i jej dojrzałe podejście do życia. Czy ktoś ma prawo odbierać żywej istocie byt, skoro tylu ludzi został on tak brutalnie odebrany?

 

Książka emanuje życzliwością i spokojem, miłością macierzyńską i niesamowitą odwagą, by iść mimo, że inni polegli, by nigdy nie tracić nadziei, że dobre ciągle przed nami. Dziecko wniosło w życie Marty spokój, ale również nieoczekiwaną utratę szansy na inny rodzaj miłości, na materialny dobrobyt, na splendor zawodowy. Czy warto ryzykować? Autorka przekonuje, że tak.

 

Nie będzie spoilerem jeśli powiem, że książka kończy się happy endem. Dlaczego? Otóż, dla Lidii Witek happy end to po prostu chęć, aby iść mimo, że święta dobiegły końca, mimo, że niebo znowu zachmurzone, mimo, że serce krwawi po stracie najbliższej osoby. Trzeba iść dalej, bo tylko idąc przybliżamy się do kolejnego słonecznego dnia. I za to przesłanie jestem autorce bezgranicznie wdzięczna. I mnie udało się spostrzec kilka pozytywów w szarej rzeczywistości. Bo jeśli Marcie się udało to i każdemu z nas może.

 

„Wybór Marty” to opasły tom bardzo dobrej polskiej literatury. Akcja prowadzona jest w jasny, klarowny sposób. Mimo wielowątkowości, odbiorca nigdy nie traci łączności z główną bohaterką zanurzając się we wspomnienia, to znów łapiąc kontakt  z rzeczywistością. Częste dialogi sprawiają, iż powieść czyta się w rekordowym tempie, a każda sekunda przynosi pogłębienie stanu zatracenia.

 

„Wybór Marty” to książka, którą polecam każdej wrażliwej osobie. Zapewniam, iż zmusi ona do refleksji, uśmiechu i przypatrzenia się lepiej codzienności, którą często zupełnie niepotrzebnie spłycamy, zaangażowani w gonitwę bez celu.

 

„7 zasad sukcesu według Mistrza Chuang Yao” Maciej Stawicki 12 listopada, 2013

Filed under: recenzje — finkaa @ 7:49 pm
Tags: ,

siede Wydawnictwo: Studio Astropsychologii

Ilość stron: 139

Rok wydania: 2013

 

Maciej Stawicki to, jak sam o sobie mówi, długoletni badacz filozofii wschodniej. Z moich osobistych dociekań wynika, że autor „7 zasad sukcesu” jest również założycielem szkoły, oraz trenerem Tai Chi Chuan.

 

Stawicki postanowił opowiedzieć historię młodego człowieka, który wiedziony ciekawością udaje się do znanego chińskiego nauczyciela, Mistrza Chuang Yao, aby posiąść zasady szczęśliwego życia. Wydarny prosto z cywilizowanego świata, trafia do oazy spokoju i czerpie pełnymi garściami z tego, co oferuje mu Mistrz. Dni mijają, a Mistrz snuje opowieść podpartą wieloma przykładami z jego własnego, codziennego życia. Okazuje  się, że Chuang Yao to nie tylko mnich medytujący w klasztornych murach. Mistrz to również doskonale prosperujący biznesmen, oraz marzycielska dusza zakochana w ulotnych latawcach. Jak połączyć duchowy spokój z życiem w dobrobycie? Jak odnaleźć spokój wśród wyścigu szczurów, która wydaje się być nieodzownym elementem każdego biznesu?

Jest na to siedem niezawodnych sposobów. Po pierwsze, musimy nie zbaczać z określonego przez nas samych kursu, nigdy nie wątpić w słuszność sprawy. Po drugie, powinniśmy szanować i kochać bliźnich, bo otaczający nas ludzie są jak trampoliny przyspieszające nasze dotarcie na szczyt. Nie możemy zapomnieć, że trzeba się dzielić, oraz z wdzięcznością przyjmować to, co inni chcą nam dawać. Na koniec powinniśmy pamiętać, że życie nie zawsze nas rozpieszcza, jednak to nie zwalnia ze starania się o ostateczny sukces. Tylko najbardziej zdeterminowani wygrywają prawdziwe szczęście.

 

Tak w wielkim skrócie można streścić wszystkie siedem sekretów. Wielkim plusem jest otoczka filozoficznych rozważań. Książka nie przytłacza kontemplacją, nie zmusza do zadumy. „7 zasad sukcusu” opowiada przyjemną historię chłopca, który nad wszystko miłuje latawce, a jednoczeście przekazuje fundamentalne prawdy tradycji wschodniej. Pozycję tę można traktować jako odskocznię od poradników o pozytywnym myśleniu, które często chcą wymusić restrykcyjne ćwiczenia, medytacje, wizualizacje czy afirmacje. Tutaj nic z tych rzeczy. Chcesz – doszukujesz  się głębi. Nie chcesz – czytasz piękną opowieść o egzotycznym kraju i jego beztroskich mieszkańcach.

 

Niezbyt okazała w rozmiarach książeczka przekazuje sporo treści. Każdy rozdział zaopatrzony jest w kilka szkiców charakterystycznych dla wschodniej kultury, oraz krótkie podsumowanie kolejnej z zasad.

 

Mimo, iż nigdy nie pałałam zachwytem do Chin i tamtejszego bogactwa kulturowego, lekturę czytało mi się bardzo przyjemnie. Mogę ją  z czystym sumieniem polecić amatorom tzw. „pozytywnego myślenia”. Znajdziecie tutaj odskocznię od klasycznych poradników, a do tego troszkę popodróżujecie. Mniejsza z tym, że tylko palcem po mapie. Moim zdaniem warto.

 

Książkę otrzymałam od Studia Astropsychologicznego. Dziękuję!

 

„Blondynka na Czarnym Lądzie” Beata Pawlikowska 13 października, 2013

Filed under: recenzje — finkaa @ 8:36 pm
Tags: , ,

bl Wydawnictwo: G+J RBA

Ilość stron: 300

Rok wydania: 2012

 

Autorki tej książki nikomu nie trzeba przestawiać. Beata Pawlikowska to jedna z najbardziej znanych polskich podróżniczek. Właściwie jeśli chodzi o te pokazujące się regularnie w telewizji to przychodzi mi na myśl jeszcze tylko nazwisko Martyny Wojciechowskiej, której książkę również niedawno miałam okazję przeczytać. Oprócz podróżowania, Pawlikowska zajmuje się fotografią, organizuje wyprawy, pisze reportaże, oraz pracuje w radiu ZET.

 

„Blondynka na Czarnym Lądzie” to zapis przeżyć autorki podczas jej pobytu na afrykańskim safari. Pawlikowska dzieli się niezwykle barwnymi opisami fauny i flory. Opisuje najdziwniejsze zwyczaje zwierząt, oraz ludzi zamieszkujących wioski Buszmenów i Masajów. Wraz  z czytelnikiem przygląda się polowaniu lwów, atakowi likeonów na masajskie dziecko, bocianowi na afrykańskiej sawannie, oraz wielu innym cudom natury. Podróżniczka miała niezwykłą okazję przyjrzenia się szczególnie zwyczajom Masajów, gdyż spędziła w ich wiosce ponad dobę jako… zakładniczka.

 

„Blondynka na Czarnym Lądzie” nie jest typową książką o podróży, dlatego, iż oprócz tej oczywistej części sprawozdawczo-ciekawostkowej, zawiera również tę głębszą, filozoficzną, opartą na tym co w duszy piszczy. Kiedyś przestrzegano mnie przed zbytnią tendencją do filozofowania, której autorka ponoć miała dawać upust przed radiowym mikrofonem. Jeśli robi to tak jak w książce, to nie mam nic przeciwko. Królikiem doświadczalnym, na którym Pawlikowska testuje swoje głębokie rozważania na temat tego, która cywilizacja, nasza czy afrykańska, jest bardzie prymitywna i dlaczego, jest Michał – chłopak, który został wysłany na  sawannę przez swojego terapeutę. Człowiek z manią wyższości, zagubiony i przeraźliwie bojący się wszystkiego co na  sawannie może ruszyć choćby jedną nóżką, ma przyjemność podróżować z drobniutką blondynką, która krok po kroku otwiera jego duszę na odwagę, radość, piękno świata. Niesamowita podróż oprócz oczywistych doznań turystycznych, przynosi również coś co zaryzykuję nazwać prawdziwą przyjaźnią.

 

Nie mogę również nie wspomnieć o pięknym wydaniu. Twarda oprawa i stosunkowo mały rozmiar książki sprawia, że jest poręczna i można ją czytać w różnych pozycjach. Dodatkowo lekturę ubarwiają minimalistyczne rysuneczki samej autorki. Krótkie rozdziały (aż 37), poczucie humoru, oraz lekkie pióro Pawlikowskiej sprawiają, że książkę pochłania się z największą przyjemnością.

 

Nigdy wcześniej nie spotkałam się z twórczością Beaty Pawlikowskiej. Przyznam, że byłam troszeczkę uprzedzona, jednak po tym piewszym spotkaniu czuję się zupełnie usatysfakcjonowana. W istocie sprawy mogę stwierdzić nawet, że „Blondynka na Czarnym Lądzie” jest najlepszą książką podróżniczą jaką do tej pory czytałam. Z pełnym przekonaniem mogę polecić ją nie tylko zapalonym podróżnikom, ale również tym, którzy narazie podróżują palcem po mapie. Może ta książka coś w Was zmieni? Aha, i nie mogę zapomnieć o tych, którzy się boją. To również książka dla nich. Przeczytajcie świadectwo o człowieku, który się bał i nagle przestał. Zachęcam!

 

Rozwój. Jak współpracować z łaską – Monika i Marcin Gajdowie 14 września, 2013

Filed under: recenzje — finkaa @ 12:39 pm
Tags: , ,

rozwoj Wydawnictwo: Pro Homine

Rok wydania: 2012

Ilość stron: 207

 

Przyjaciele mojego bloga zapewne wiedzą, że przeczytałam już niejedną książkę poświęconą rozwojowi wewnętrznemu. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że niektóre wywarły na mnie spore wrażenie. Jednak TAKIEJ książki nie czytałam jeszcze NIGDY.

 

Monika i Marcin Gajdowie to małżeństwo, które w zaciszu swojego gabinetu opracowali niezwykłą metodę leczenia ludzi z własnych przywar opartą na styku psychologii, oraz chrześcijaństwa – połączenia, którego brakowało mi we wszystkich poprzednich opracowaniach.   Metoda, którą pracuje małżeństo Gajdów nazywa się chrześcijańską terapią integralną (ChTI). Opiera się ona na, dla niektórych może naiwnym stwierdzeniu (dla mnie zbawiennym), że każdy z nas jest dobry. Autorzy pięknie porównali każdego z nas do starożytnej wazy, która została wykopana z ziemi i wystawiona w znanym muzeum. Mimo, że brakuje jej kilku elementów, turyści nie zwracają uwagi na braki, lecz na całość, oryginalną i bogatą. Tak i my, mimo uchybień, mamy wciąż szansę na dobre, szczęśliwe życie. Jedyne co musimy zrobić to złamać nasze JA FAŁSZYWE, czyli ogrom mechanizmów obronnych, które stosujemy, aby zaskorupiać się we własnej upartości i często niechęci do drugiego człowieka.

 

Czytając „Rozwój” czułam się jak baranek łagodnie przygarnięty do stada. Autorzy przekonują, że nie ma kogoś takiego jak czarna owca. W stadzie Boga wszyscy jesteśmy równi i każdemu należy się taki sam szacunek i tyle samo atencji Pasterza.   Warto wspomnieć, że Gajdowie uzdrawiają dusze nie tylko osób wierzących. Każdy kto wierzy w prawdy uniwersalne (np. Wartość człowieka nie zależy od jego umiejętności, wyglądu itp., Życie ludzkie jest bezcenne. Zło nigdy nie prowadzi do rozwoju tego, kto je świadomie popełnia.) ma szansę na pomoc. Uważam, że już przeczytanie tej książki może uczynić cuda.

 

Terapeuci z Goleniowa stworzyli dzieło, które otwarło mi oczy na wiele spraw. Często miałam wrażenie, że piszą właśnie do mnie, a opisane przez nich przykłady pacjentów to dokładnie moje problemy, słabości i przywary. Mnóstwo przykładów, które zapełniają karty książki sprawiają, że każdy może poczuć się jak na kozetce u Gajdów. I bardzo dobrze, bo ja szczerze wierzę, że oni są właście tymi, których szukałam od dawna.

 

Książkę polecam każdemu, bez względu na światopogląd i wyznanie. Monika i Marcin Gajdowie to niesamowici terapeuci, którzy potrafią czynić cuda, wygrzebując z ludzkich dusz cały brud i niechciany balast. Ich metody i zalecenia opisane w książce pozwolą nam odkryć się przed samymi sobą, dojrzeć zarówno złe, jak i te dobre cechy, których mamy w sobie całą masę. Czuję niesamowitą wdzięczność, że miałam okazję zmierzyć się z tą książką i szczerze liczę, że  zrobicie to samo, sobie na zdrowie.   Kogo zainteresowały metody terapeutyczne Gajdów, zapraszam do odsłuchania ich katechez i konferencji dotyczących duchowości i rozwoju.

 

„Zapiski (pod)różne” Martyna Wojciechowska 25 lipca, 2013

Filed under: recenzje — finkaa @ 11:29 am
Tags: , ,

lit Wydawnictwo: G+J RBA

Ilość stron: 195

Rok wydania: 2011

 

Martyna Wojciechowska to jedna z najbardziej rozpoznawalnych dziennikarek w Polsce. Pisze, prowadzi programy telewizyjne, ale paliwem napędowym jej twórczości są podróże. Autorka, związana z takimi markami jak National Geographic i TVN, twierdzi, że od zawsze w podróżach towarzyszyły jej notesy pełne luźnych przemyśleń z podróży. Tymi notatkami postanowiła się podzielić w niniejszej książce.

 

Wraz z Martyną wędrujemy dosłownie po całym świecie, od Indii, Ameryki Południowej, aż po Rosję, Afrykę i oczywiście Japonię. Wojciechowska opisuje scenki sytuacyjne, na które natknęła się w przeróżnych krajach i kulturach. Między innymi, możemy dowiedzieć się dlaczego jedyną osobą, która nie świętuje na namibijskim weselu jest panna młoda, oraz dlaczego nie warto wtrącać się w rodzinne dramaty w Mongolii. Razem z  Martyną odkrywamy lokalną kuchnię, uczestniczymy w tradycyjnym kastrowaniu byczków w Argentynie, zbieraniu alg w Zamzibarze, odkrywamy zupełnie obcy nam świat.

 

Mnie jednak, najbardziej podobały się fragmenty listów do przyjaciół autorki. Są one nacechowane głębokimi przemyśleniami, prawdą płynącą nie tylko z innego zakątka świata, ale również głęboko z serca. Jeden z fragmentów nosi tytuł „Potęga teraźniejszości” i mówi o żalu, że nie zdążyło się zrobić tego, co było jedyną właściwą drogą. Czas na nikogo nie czeka, a Wojciechowska świetnie oddała to w kilku wzruszających zdaniach.

 

Książkę cechuje bardzo nieformalny język. Autorka dopuszcza się sporadycznych przekleństw i przesadnego zangielszczania, co pewnie w innej książce mogłoby być irytujące, natomiast tutaj świetnie oddaje barierę językową, która towarzyszy wyprawom w często niezbyt cywilizowane zakątki naszego globu. Krótkie rozdziały sprawiają, że książka nabiera dużego tempa. Z minuty na minutę przenosimy się do innego świata, poznajemy nowych ludzi, nowe obyczaje i… ciągle nam mało.

 

Nigdy wcześniej nie widziałam Wojciechowskiej w telewizji, nigdy nie czytałam o niej, ani jej artykułów. Ta mała książeczka pozwoliła mi jednak poznać kobietę niezwykłą i bardzo, bardzo odważną. Chciałabym polecić „Zapiski (pod)różne” wszyskim tym, którzy podobnie jak ja, mają w sobie lęk. Przed nieznanym, przed jutrem, przed drugą osobą. Nieważne przed czym. Martyna udowadnia, że nigdy nie należy się zatrzymywać, i że w życiu zawsze czeka nas coś lepszego. Tylko trzeba iść dalej.