poduszkowietz

"Niczego nie daje zapadanie się w marzenia i zapominanie o życiu." – Czyżby?…

„7 zasad sukcesu według Mistrza Chuang Yao” Maciej Stawicki 12 listopada, 2013

Filed under: recenzje — finkaa @ 7:49 pm
Tags: ,

siede Wydawnictwo: Studio Astropsychologii

Ilość stron: 139

Rok wydania: 2013

 

Maciej Stawicki to, jak sam o sobie mówi, długoletni badacz filozofii wschodniej. Z moich osobistych dociekań wynika, że autor „7 zasad sukcesu” jest również założycielem szkoły, oraz trenerem Tai Chi Chuan.

 

Stawicki postanowił opowiedzieć historię młodego człowieka, który wiedziony ciekawością udaje się do znanego chińskiego nauczyciela, Mistrza Chuang Yao, aby posiąść zasady szczęśliwego życia. Wydarny prosto z cywilizowanego świata, trafia do oazy spokoju i czerpie pełnymi garściami z tego, co oferuje mu Mistrz. Dni mijają, a Mistrz snuje opowieść podpartą wieloma przykładami z jego własnego, codziennego życia. Okazuje  się, że Chuang Yao to nie tylko mnich medytujący w klasztornych murach. Mistrz to również doskonale prosperujący biznesmen, oraz marzycielska dusza zakochana w ulotnych latawcach. Jak połączyć duchowy spokój z życiem w dobrobycie? Jak odnaleźć spokój wśród wyścigu szczurów, która wydaje się być nieodzownym elementem każdego biznesu?

Jest na to siedem niezawodnych sposobów. Po pierwsze, musimy nie zbaczać z określonego przez nas samych kursu, nigdy nie wątpić w słuszność sprawy. Po drugie, powinniśmy szanować i kochać bliźnich, bo otaczający nas ludzie są jak trampoliny przyspieszające nasze dotarcie na szczyt. Nie możemy zapomnieć, że trzeba się dzielić, oraz z wdzięcznością przyjmować to, co inni chcą nam dawać. Na koniec powinniśmy pamiętać, że życie nie zawsze nas rozpieszcza, jednak to nie zwalnia ze starania się o ostateczny sukces. Tylko najbardziej zdeterminowani wygrywają prawdziwe szczęście.

 

Tak w wielkim skrócie można streścić wszystkie siedem sekretów. Wielkim plusem jest otoczka filozoficznych rozważań. Książka nie przytłacza kontemplacją, nie zmusza do zadumy. „7 zasad sukcusu” opowiada przyjemną historię chłopca, który nad wszystko miłuje latawce, a jednoczeście przekazuje fundamentalne prawdy tradycji wschodniej. Pozycję tę można traktować jako odskocznię od poradników o pozytywnym myśleniu, które często chcą wymusić restrykcyjne ćwiczenia, medytacje, wizualizacje czy afirmacje. Tutaj nic z tych rzeczy. Chcesz – doszukujesz  się głębi. Nie chcesz – czytasz piękną opowieść o egzotycznym kraju i jego beztroskich mieszkańcach.

 

Niezbyt okazała w rozmiarach książeczka przekazuje sporo treści. Każdy rozdział zaopatrzony jest w kilka szkiców charakterystycznych dla wschodniej kultury, oraz krótkie podsumowanie kolejnej z zasad.

 

Mimo, iż nigdy nie pałałam zachwytem do Chin i tamtejszego bogactwa kulturowego, lekturę czytało mi się bardzo przyjemnie. Mogę ją  z czystym sumieniem polecić amatorom tzw. „pozytywnego myślenia”. Znajdziecie tutaj odskocznię od klasycznych poradników, a do tego troszkę popodróżujecie. Mniejsza z tym, że tylko palcem po mapie. Moim zdaniem warto.

 

Książkę otrzymałam od Studia Astropsychologicznego. Dziękuję!

 

„Blondynka na Czarnym Lądzie” Beata Pawlikowska 13 października, 2013

Filed under: recenzje — finkaa @ 8:36 pm
Tags: , ,

bl Wydawnictwo: G+J RBA

Ilość stron: 300

Rok wydania: 2012

 

Autorki tej książki nikomu nie trzeba przestawiać. Beata Pawlikowska to jedna z najbardziej znanych polskich podróżniczek. Właściwie jeśli chodzi o te pokazujące się regularnie w telewizji to przychodzi mi na myśl jeszcze tylko nazwisko Martyny Wojciechowskiej, której książkę również niedawno miałam okazję przeczytać. Oprócz podróżowania, Pawlikowska zajmuje się fotografią, organizuje wyprawy, pisze reportaże, oraz pracuje w radiu ZET.

 

„Blondynka na Czarnym Lądzie” to zapis przeżyć autorki podczas jej pobytu na afrykańskim safari. Pawlikowska dzieli się niezwykle barwnymi opisami fauny i flory. Opisuje najdziwniejsze zwyczaje zwierząt, oraz ludzi zamieszkujących wioski Buszmenów i Masajów. Wraz  z czytelnikiem przygląda się polowaniu lwów, atakowi likeonów na masajskie dziecko, bocianowi na afrykańskiej sawannie, oraz wielu innym cudom natury. Podróżniczka miała niezwykłą okazję przyjrzenia się szczególnie zwyczajom Masajów, gdyż spędziła w ich wiosce ponad dobę jako… zakładniczka.

 

„Blondynka na Czarnym Lądzie” nie jest typową książką o podróży, dlatego, iż oprócz tej oczywistej części sprawozdawczo-ciekawostkowej, zawiera również tę głębszą, filozoficzną, opartą na tym co w duszy piszczy. Kiedyś przestrzegano mnie przed zbytnią tendencją do filozofowania, której autorka ponoć miała dawać upust przed radiowym mikrofonem. Jeśli robi to tak jak w książce, to nie mam nic przeciwko. Królikiem doświadczalnym, na którym Pawlikowska testuje swoje głębokie rozważania na temat tego, która cywilizacja, nasza czy afrykańska, jest bardzie prymitywna i dlaczego, jest Michał – chłopak, który został wysłany na  sawannę przez swojego terapeutę. Człowiek z manią wyższości, zagubiony i przeraźliwie bojący się wszystkiego co na  sawannie może ruszyć choćby jedną nóżką, ma przyjemność podróżować z drobniutką blondynką, która krok po kroku otwiera jego duszę na odwagę, radość, piękno świata. Niesamowita podróż oprócz oczywistych doznań turystycznych, przynosi również coś co zaryzykuję nazwać prawdziwą przyjaźnią.

 

Nie mogę również nie wspomnieć o pięknym wydaniu. Twarda oprawa i stosunkowo mały rozmiar książki sprawia, że jest poręczna i można ją czytać w różnych pozycjach. Dodatkowo lekturę ubarwiają minimalistyczne rysuneczki samej autorki. Krótkie rozdziały (aż 37), poczucie humoru, oraz lekkie pióro Pawlikowskiej sprawiają, że książkę pochłania się z największą przyjemnością.

 

Nigdy wcześniej nie spotkałam się z twórczością Beaty Pawlikowskiej. Przyznam, że byłam troszeczkę uprzedzona, jednak po tym piewszym spotkaniu czuję się zupełnie usatysfakcjonowana. W istocie sprawy mogę stwierdzić nawet, że „Blondynka na Czarnym Lądzie” jest najlepszą książką podróżniczą jaką do tej pory czytałam. Z pełnym przekonaniem mogę polecić ją nie tylko zapalonym podróżnikom, ale również tym, którzy narazie podróżują palcem po mapie. Może ta książka coś w Was zmieni? Aha, i nie mogę zapomnieć o tych, którzy się boją. To również książka dla nich. Przeczytajcie świadectwo o człowieku, który się bał i nagle przestał. Zachęcam!

 

Rozwój. Jak współpracować z łaską – Monika i Marcin Gajdowie 14 września, 2013

Filed under: recenzje — finkaa @ 12:39 pm
Tags: , ,

rozwoj Wydawnictwo: Pro Homine

Rok wydania: 2012

Ilość stron: 207

 

Przyjaciele mojego bloga zapewne wiedzą, że przeczytałam już niejedną książkę poświęconą rozwojowi wewnętrznemu. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że niektóre wywarły na mnie spore wrażenie. Jednak TAKIEJ książki nie czytałam jeszcze NIGDY.

 

Monika i Marcin Gajdowie to małżeństwo, które w zaciszu swojego gabinetu opracowali niezwykłą metodę leczenia ludzi z własnych przywar opartą na styku psychologii, oraz chrześcijaństwa – połączenia, którego brakowało mi we wszystkich poprzednich opracowaniach.   Metoda, którą pracuje małżeństo Gajdów nazywa się chrześcijańską terapią integralną (ChTI). Opiera się ona na, dla niektórych może naiwnym stwierdzeniu (dla mnie zbawiennym), że każdy z nas jest dobry. Autorzy pięknie porównali każdego z nas do starożytnej wazy, która została wykopana z ziemi i wystawiona w znanym muzeum. Mimo, że brakuje jej kilku elementów, turyści nie zwracają uwagi na braki, lecz na całość, oryginalną i bogatą. Tak i my, mimo uchybień, mamy wciąż szansę na dobre, szczęśliwe życie. Jedyne co musimy zrobić to złamać nasze JA FAŁSZYWE, czyli ogrom mechanizmów obronnych, które stosujemy, aby zaskorupiać się we własnej upartości i często niechęci do drugiego człowieka.

 

Czytając „Rozwój” czułam się jak baranek łagodnie przygarnięty do stada. Autorzy przekonują, że nie ma kogoś takiego jak czarna owca. W stadzie Boga wszyscy jesteśmy równi i każdemu należy się taki sam szacunek i tyle samo atencji Pasterza.   Warto wspomnieć, że Gajdowie uzdrawiają dusze nie tylko osób wierzących. Każdy kto wierzy w prawdy uniwersalne (np. Wartość człowieka nie zależy od jego umiejętności, wyglądu itp., Życie ludzkie jest bezcenne. Zło nigdy nie prowadzi do rozwoju tego, kto je świadomie popełnia.) ma szansę na pomoc. Uważam, że już przeczytanie tej książki może uczynić cuda.

 

Terapeuci z Goleniowa stworzyli dzieło, które otwarło mi oczy na wiele spraw. Często miałam wrażenie, że piszą właśnie do mnie, a opisane przez nich przykłady pacjentów to dokładnie moje problemy, słabości i przywary. Mnóstwo przykładów, które zapełniają karty książki sprawiają, że każdy może poczuć się jak na kozetce u Gajdów. I bardzo dobrze, bo ja szczerze wierzę, że oni są właście tymi, których szukałam od dawna.

 

Książkę polecam każdemu, bez względu na światopogląd i wyznanie. Monika i Marcin Gajdowie to niesamowici terapeuci, którzy potrafią czynić cuda, wygrzebując z ludzkich dusz cały brud i niechciany balast. Ich metody i zalecenia opisane w książce pozwolą nam odkryć się przed samymi sobą, dojrzeć zarówno złe, jak i te dobre cechy, których mamy w sobie całą masę. Czuję niesamowitą wdzięczność, że miałam okazję zmierzyć się z tą książką i szczerze liczę, że  zrobicie to samo, sobie na zdrowie.   Kogo zainteresowały metody terapeutyczne Gajdów, zapraszam do odsłuchania ich katechez i konferencji dotyczących duchowości i rozwoju.

 

„Zapiski (pod)różne” Martyna Wojciechowska 25 lipca, 2013

Filed under: recenzje — finkaa @ 11:29 am
Tags: , ,

lit Wydawnictwo: G+J RBA

Ilość stron: 195

Rok wydania: 2011

 

Martyna Wojciechowska to jedna z najbardziej rozpoznawalnych dziennikarek w Polsce. Pisze, prowadzi programy telewizyjne, ale paliwem napędowym jej twórczości są podróże. Autorka, związana z takimi markami jak National Geographic i TVN, twierdzi, że od zawsze w podróżach towarzyszyły jej notesy pełne luźnych przemyśleń z podróży. Tymi notatkami postanowiła się podzielić w niniejszej książce.

 

Wraz z Martyną wędrujemy dosłownie po całym świecie, od Indii, Ameryki Południowej, aż po Rosję, Afrykę i oczywiście Japonię. Wojciechowska opisuje scenki sytuacyjne, na które natknęła się w przeróżnych krajach i kulturach. Między innymi, możemy dowiedzieć się dlaczego jedyną osobą, która nie świętuje na namibijskim weselu jest panna młoda, oraz dlaczego nie warto wtrącać się w rodzinne dramaty w Mongolii. Razem z  Martyną odkrywamy lokalną kuchnię, uczestniczymy w tradycyjnym kastrowaniu byczków w Argentynie, zbieraniu alg w Zamzibarze, odkrywamy zupełnie obcy nam świat.

 

Mnie jednak, najbardziej podobały się fragmenty listów do przyjaciół autorki. Są one nacechowane głębokimi przemyśleniami, prawdą płynącą nie tylko z innego zakątka świata, ale również głęboko z serca. Jeden z fragmentów nosi tytuł „Potęga teraźniejszości” i mówi o żalu, że nie zdążyło się zrobić tego, co było jedyną właściwą drogą. Czas na nikogo nie czeka, a Wojciechowska świetnie oddała to w kilku wzruszających zdaniach.

 

Książkę cechuje bardzo nieformalny język. Autorka dopuszcza się sporadycznych przekleństw i przesadnego zangielszczania, co pewnie w innej książce mogłoby być irytujące, natomiast tutaj świetnie oddaje barierę językową, która towarzyszy wyprawom w często niezbyt cywilizowane zakątki naszego globu. Krótkie rozdziały sprawiają, że książka nabiera dużego tempa. Z minuty na minutę przenosimy się do innego świata, poznajemy nowych ludzi, nowe obyczaje i… ciągle nam mało.

 

Nigdy wcześniej nie widziałam Wojciechowskiej w telewizji, nigdy nie czytałam o niej, ani jej artykułów. Ta mała książeczka pozwoliła mi jednak poznać kobietę niezwykłą i bardzo, bardzo odważną. Chciałabym polecić „Zapiski (pod)różne” wszyskim tym, którzy podobnie jak ja, mają w sobie lęk. Przed nieznanym, przed jutrem, przed drugą osobą. Nieważne przed czym. Martyna udowadnia, że nigdy nie należy się zatrzymywać, i że w życiu zawsze czeka nas coś lepszego. Tylko trzeba iść dalej.

 

„Wariat na pogorzelisku” Paweł Sych 31 Maj, 2013

Filed under: recenzje — finkaa @ 12:50 pm
Tags: , ,

sych Wydawnictwo: Pi

Rok wydania: 2012

Ilość stron: 224

 

Dawno temu wygrałam na stronie Zbrodni w Bibliotece książkę Pawła Sycha. O autorze nigdy wcześniej nie słyszałam. Książka z serii „Super kryminał” została wrzucona między inne, wyglądające prawie identycznie. Dopiero wyzwanie Sardegny zmusiło mnie do poszukania kryminału polskiego pisarza i przeczytania go do końca maja. Nie wiedziałam czego się spodziewać, lecz moje wysokie oczekiwania zostały dość pomyślnie  zaspokojone.

 

Paweł Sych to autor, o którym nie wiele wiadomo. Zdołałam się tylko dowiedzieć, że „Wariat na pogorzelisku” to jedo debiutancka powieść. Od siebie dodam, że chyba do tej pory jedyna. Mimo to widać, że autor ma niezłe pojęcie o tym, w jaki sposób przykuć uwagę odbiorcy od początku do samego końca.

 

Detektyw Nowakowski dostaje nową robotę. Na wsi pod Krakowem płonie willa. Pożar ujawnia kilkadziesiąt ciał, przekopanie ogrodu kolejne zwłoki. Obecni właściciele są na pierwszy rzut oka bez zarzutu. Na tym pozornie trop się ucina. Pozornie, bo dla Nowakowskiego nie ma sprawy nie  do rozwiązania. Mozolna praca detektywa-samotnika prowadzi go do zamierzchłej przeszłości, do wszystkich żyjących i zmarłych właścicieli willi, oraz ich mrocznych życiorysów. Świat żywych miesza się z zaświatami. Komplikacje w śledztwie powodują, że detektyw powoli traci zmysły i nachodzą go duchy, koszmary, oraz wyimaginowane postaci, które ponoć znają prawdę. Jednak prawda leży dużo głębiej, niż komukolwiek mogłoby się wydawać. Być może w wiejskich legendach, być może w psychopatycznych umysłach, a być może w duszy wrażliwca odrzuconego przez społeczeństwo… Tego nie dowiemy się aż do ostatniej kartki powieści.

 

Sychowi udało się stworzyć kryminał, który trzyma w napięciu od początku do samego końca. Główny bohater kluczy nie tylko  po zakamarkach Januszowic, w których doszło do pożaru, ale również po odmętach ludzkich przekonań i pobudek. Jego z pozoru zasadniczy charakter i rygor dnia powszedniego musi zostać poważnie zachwiany dla dobra sprawy. Mamy okazję przyjrzeć się powolnemu upadkowi detektywa-legendy, który w końcu musi przyznać, że już nie potrafi znieść ciężaru swojej pracy. Przyznam, że na początku oschłość i niewybredne poczucie humoru głównego bohatera bardzo mnie irytowały. Miałam wrażenie, że Sych przesadził kumulując wszystkie stereotypy twardziela w jednej osobie. Z biegiem stron doszłam jednak do wniosku, że to zamierzony zabieg, a Nowakowki w gruncie rzeczy da się lubić.

 

W mojej ocenie fabuła jest bez zarzutu. Jedyne do kuleje w tej powieści to korekta, zwłaszcza gdy książka ma się ku końcowi.  Nie są to jednak błędy rażące, a jedynie drobne literówki.

 

Komu można polecić tę książkę? Myślę, że kryminał Pawła Sycha jest dobry dla każdego czytelnika powyżej podstawówki. Mimo, że chodzi o makabryczną zbrodnię, powieść nie zawiera drastycznych scen,  a jedynie dobrą kryminalną intrygę.

 

Książkę zaliczam do wyzwania Trójka e-pik (kryminał polskiego autora)

 

„Pan Przypadek i trzynastka” Jacek Getner 15 kwietnia, 2013

Filed under: recenzje — finkaa @ 7:45 pm
Tags: ,

pan przypadek Wydawnictwo: Poligraf

Rok wydania: 2013

Ilość stron: 202

 

Jacek Getner to polski scenarzysta, dramaturg, oraz pisarz. Swoje lekkie pióro pokazał już w rozmaitych opowiadaniach, jak i w trzymającej w napięciu książce „Dajcie mi jednego z was” (recenzja TUTAJ). Tym razem miałam okazję zmierzyć się z pierwszą z czternastu książek o domorosłym detektywie, Jacku Przypadku.

 

Jak głosi okładka, pan Przypadek to skrzyżowanie cech Sherlocka Holmsa, porucznika Borewicza i irytującego doktora House’a. Po krótkim zastanowieniu, trudno się z tą opinią nie zgodzić. Jest szarmancki, uroczy, usłużny i niezależny zarazem. Nie ma kobiety, lecz kogoś kocha. Nie mieszka z rodzicami, ale jest podległy matce. Nie zna kompromisów, a pozostaje do dyspozycji starszej sąsiadki. Ogromna ilość sprzeczności tkwiących w Jacku powoduje, że jest on zagadką nie tylko dla pięknych kobiet, ale również dla policji, która bądź co bądź jest jego konkurencją.

 

Książka podzielona jest na trzy opowiadania. W każdym z nich Przypadek boryka się z inną zagadką detektywistyczną. W sukurs przychodzi kochanej pani Irminie, której skradziono obrazy, bezradnemu właścicielowi willi, w której ponoć jest skarb, oraz smutnemu pisarzowi, któremu ktoś ze znanym nazwiskiem chce wykraść sztukę.  Wszystkie sprawy są rozwiązywane szybko i bezprecedensowo. Przypadek krótko po rozwiązaniu pierwszej sprawy słynie już z błyskotliwości i dbałości o najmniejsze szczegóły. Jego osobowość nie może ujść uwadze, dlatego jestem pewna, że kto przeczyta piewszy tom przygód o detektywie amatorze, zapragnie ciągu dalszego. W końcu tak wiele pytań zostaje bez odpowiedzi. Jak potoczy się życie uczuciowe głównego bohatera? Co z jego opętanym rządzą namiętności przyjacielem? Czy zabawny policjant Łoś znajdzie w końcu haka na Przypadka?

 

„Pan Przypadek i trzynastka” troszeczkę kojarzy mi się z „Przygodami Pana Samochodzika”. Od pierszej strony zapałałam sympatią do ugrzecznionego, sympatycznego dziwaka i jego sposobów działania. Również Przypadek wywołuje tego typu uczucia. Nie sposób go nie polubić i trzymać kciuki za kolejne sukcesy.

 

Książkę czyta się bardzo przyjemnie i w świetnym tempie. Każdy z bohaterów jest wyrazisty i cechuje go konsekwentna odrębność. Dialogi są przejrzyste i łatwe w odbiorze, a całość jest świetnie wydana, bez jakichkolwiek literówek. Jednym słowem, nie mogę doczekać się drugiej części…

 

Przygody detektywa Jacka Przypadka polecam każdemu miłośnikowi literatury. Jest to pozycja dobra na każdą okazję. Gwarantuję, że każdy z Was wciągnie się w rozwiązywanie poszczególnych spraw z Jackiem, na przemian zaśmiewając się i otwierając szeroko oczy ze zdziwienia.

 

Książkę otrzymałam od Autora do recenzji. Dziękuję!

 

„Rekonstrukcja” Krzysztof Bielecki 2 kwietnia, 2013

Filed under: recenzje — finkaa @ 6:59 pm
Tags: ,

front Wydawnictwo: Akademickie inkubatory przedsiębiorczości

 

Rok wydania: 2012

 

Ilość stron: 210

 

Krzysztof Bielecki to autor niezwykle oryginalny. Chyba nie zawaham się stwierdzić, że najbardziej oryginalny jakiego znam. Po raz drugi, po „Defekcie pamięci” (recenzja TUTAJ), miałam okazję się przekonać, że w starciu z tym autorem, mój tok myślenia nie ma szans. 🙂

 

Zacznijmy jednak od początku. „Rekonstrukcja” to zbiór siedmiu opowiadań, które można czytać w dowolnej kolejności, które wydają się być ze sobą niepołączone, aczkolwiek im dalej w las, tym jaśniejszy krąg cała powieść zatacza. Oczywiście, w przypadku tego autora słowo „jasny” jest użyte bardzo na  wyrost, gdyż do końca nie jesteśmy pewni czy to, co uważamy za prawdziwy przebieg wydarzeń nie jest tylko wytworem naszej wyobraźni.

 

W jednym opowiadaniu John Johnson znika w pociągu. Jest to teoretycznie niemożliwe, no bo jak można się zapaść pod ziemię w pędzącej stalowej masie? A jednak… W zupełnie innej części książki bawi się polska młodzież. Nie jest to jednak sielankowy obraz grzecznych zabaw, a coś zgoła innego. W kolejnej powiastce dwoje odludków bytuje na wysypisku i marzy o czymś co jest po za ich zasięgiem. A co ma wspólnego ochroniarz  pracujący w galerii z nieustraszoną Sonorą Webster dosiadającą konia i rzucającą się z wierzowców? I przede wszystkim, co te strzępki informacji mają wspólnego jako całość? Otóż, one wszystkie są częścią niebywałego projektu, który nazywamy rekonstrukcją.

 

Nie czytałam ani jednej recenzji tej książki, ale nie zdziwiłby mnie fakt gdyby jej autor spostrzegał fabułę zupełnie inaczej niż ja. Wszystko w „Rekonstrukcji” jest względne i zależy wyłącznie od Twojej interpretacji. Nie byłam pewna czy obiekty takie jak wysypisko, pociąg, blokowisko itd. są naprawdę tym czym są, czy może to tylko parabole rzeczy, których nie pojmuję. Właśnie ta wątpliwość wpędzała mnie w poważne kompleksy, bo czasem czułam się na tę powieść zwyczajnie zbyt głupia. Wielu spraw nie udało mi się zinterpretować w jakikolwiek sposób. Po prostu przyjęłam je jako kompletny galimatias.

 

Na okładce napisane jest, że „Rekonstrukcja” to pierwsza powieść projekcyjna. Oznacza to, że możesz z niej wyczytać co tylko chcesz. To jak spoglądanie w chmury i dowolne interpretowanie ich kształtów. Jedni widzą słonia, drudzy myszkę. Dlatego nie potrafię jednoznacznie ocenić tejże książki. Nie potrafię odpowiedzieć na pytanie czy jest ona dobra, czy słaba. Mam pełną świadomość, że każdy może, a nawet powinien wyrobić sobie o niej indywidualne zdanie, bo nie da się stwierdzić jasno o czym ta lektura w ogóle jest.

 

Myślę, że każdy fan literatury powinien się zmierzyć ze stylem pisarskim Krzysztofa Bieleckiego. Bez wątpienia jest to ewenement, który każdy powinien wypróbować na własnej skórze, nie kierując się cudzą  opinią. Dlatego zachęcam odważnych do stawienia czoła nie tylko „Rekonkstrukcji”, ale również innym powieściom autora.

 

Książkę otrzymałam do recenzji od Autora. Dziękuję!

 

„Kazio w miasteczku pełnym wampirów” Iwona Czarkowska 1 marca, 2013

Filed under: recenzje — finkaa @ 9:03 am
Tags: ,

kazio w Wydawnictwo: Wilga

Ilość stron: 96

Rok wydania: 2012

 

 

Iwona Czarkowska to kobieta o niezwykłej wyobraźni. Myślę, że pisanie książek dla dzieci wymaga ów wyobraźni znacznie więcej, niż pisanie prozy dla dorosłych, gdyż dorosły autor musi niejako przejść z własnego poziomu na poziom zupełnie dla siebie nienormalny. Całe szczęście, że Czarkowska zdecydowała się na ten krok i porzuciła poważne dziennikarstwo na rzecz najpierw opowiadań publikowanych w „Świerszczyku”, a następnie do samodzielnej serii o Kaziu i jego wampirzych przyjaciołach. Ja miałam okazję zacząć cykl od książki „Kazio w miasteczku pełnym  wampirów„.

 

 

Na wstępie zaznaczę,  że wyjątkowo w tej lekturze nie pomagało mi żadne dziecko, a więc cała opinia pisana jest wyłącznie z punktu widzenia dorosłej, może tylko trochę niepoważnej osoby. 🙂 Akcja bajki toczy się w mieście Milusin, w którym ponoć „ąjukata yripmaw”, czyli atakują wampiry. Całe szczęście, że Kazio właśnie wybiera się tam z wycieczką szkolną, więc będzie mógł przyjrzeć się całej sytuacji z bliska. Naprawdę jest czemu się przypatrywać. Potworny Vonpluszcz porwał poczciwego profesora Gurgula, wampiry biegają po ulicach i straszą ludzi, a czosnek w Milusinie jest wyjątkowo twardy i pozbawiony smaku. Nie wiadomo czy Kazio poradziłby sobie ze wszystkimi problemami, gdyby nie paczka jego oddanych przyjaciół: babcia Fibrycukella, dziadek Hongogard, Zuzulinda i Antek. Na całe szczęście grupa propagatorów przyjaźni ludzko-wampirskiej bez problemu daje sobie radę z zamieszaniem i wszystko kończy się tak, jak w bajce powinno, czyli szczęśliwie.

 

 

Książkę czyta się niezwykle szybko, a to za sprawą powiększonej czcionki i częstych ilustracji autorstwa Olgi Reszelskiej. Na uwagę zasługują szczególnie pomysłowe pseudonimy i powiedzonka głównych bohaterów, jak na przykład hrabina Dżemisława, czy też wspomniany Zyzio Vonpluszcz. Najbardziej do gustu przypadł mi jednak okrzyk profesora, który każdą sytuację kwitował zwrotem „Widzimiśta” i uzasadnieniem, co też akurat mu wpadło do głowy. Bardzo podobały mi się również rodzinne priorytety Kazia. Zdanie mamy było dla niego dobrem najwyższym, szanował tatę, zawsze pomagał swojemu małego bratu, a babcia miała zawsze rację.

 

 

Niestety, były również elementy, którym mój mózg mówił umiarkowane „nie”. Przede wszystkim trochę myliłam się kto kogo się boi i kto tu jest wilkołakiem, a kto trollem, kto gdzie mieszka, do kogo należy szafa z tajemnym przejściem i tak dalej. Zastanawia mnie na przykład fakt, że skoro „rodzice Kazia nie wierzyli w wampiry (str. 5)” to dlaczego mama Kazia przypuszcza, że „to na pewno wampiry porwały [jej] dzieci (str. 7)”, a tata Kazia „pomagał urządzić szkołę dla wampirów (str. 24)” w Transylwanii.  W skrócie mówiąc, odniosłam wrażenie, że ilość faktów jest dość zawyżona w stosunku do ilości stron. Niemniej jednak, z pewnością dzieciom takie delikatne zagmatwanie nie sprawi problemu, gdyż one nie dają się pochłonąć zbędnym szczegółom.

 

 

Bez wahania, książeczkę poleciłabym nieco starszym dzieciom. Oznacza to, że zgadzam się z hasłem ostatniej strony, które głosi, że „Dorosłym i maluchom wstęp wzbroniony! 7+”. Myślę, że dorośli mogą sami decydować, czy ciągle mają ochotę na bajki. Co do dzieci jednak, uważam, że młodsze mogłyby utonąć w wirze fabuły. Z chęcią jednak przeczytałabym mojej siostrzenicy kolejne dwie części przygód Kazia („Kazio i skrzynia pełna wampirów”, „Kazio i szkoła pełna wampirów”). Myślę, że pozycje Iwony Czarkowskiej to wyśmieniny prezent dla pociech ceniących sobie wartką akcję, oraz spotkania z nadprzyrodzonymi stworami.

 

 

Książkę otrzymałam do recenzji od nakanapie.pl. Dziękuję!

nakanapie

 

„Route 66 nie istnieje” Wojciech Orliński 19 stycznia, 2013

Filed under: recenzje — finkaa @ 2:20 pm
Tags: ,

route Wydawnictwo: Pascal

Ilość stron: 320

Rok wydania: 2012

 

Co się dzieje kiedy lekkie pióro kreśli opowieść o podróży mojego życia? Trudno to opisać słowami, można tylko pozazdrościć doznań, które ogarniały mnie w trakcie lektury oraz długo po niej…

 

Wojciech Orliński to dziennikarz Gazety Wyborczej, którego zachwyt Ameryką Północną w pełni dzielę. Jego książka „Ameryka nie istnieje” doczekała się bardziej szczegółowej następczyni, w której Orliński dzieli się wrażeniami z podróży po historycznej Route 66 – ikonie amerykańskiej pop kultury, umiłowania do outlaws, barów szybkiej obsługi, oraz indiańskiego rękodzieła. Razem z Orlińskim przedzieramy się przez trasę z Chicago do Los Angeles, przy czym słowo „przedzieramy się” jest bardzo na miejscu, gdyż często przychodzi nam jechać odludziem, wymarłymi miastami, oraz po nawierzchni nawet nie przypominającej asfaltu. Wszystko po to, żeby przejechać i poczuć historyczną Route 66 jak najbliższą oryginałowi.

 

Kilka słów o samej tytułowej trasie. Skąd wziął się kult zwykłej drogi? Jak to się stało, że powstają o niej piosenki, książki, filmy? Odpowiedź jest prosta. Route 66 to kawał amerykańskiej historii. To w tych rejonach przepędzani byli Indianie, to tędy szli Okies w poszukiwaniu lepszego życia w Kalifornii, to na początku tej trasy walczył Al Capone, to tutaj szaleli Bonnie i Clyde, oraz Ma Barker z synami. W rezultacie, twórcy takich kultowych postaci jak Struś Pędziwiatr, czy Zygzak McQueen i Złomek właśnie z Route 66 utożsamiają swoich bohaterów.

 

Orliński pokonał z czytelnikami trasę Route 66 w rekordowym tempie, a całą swą podróż okrasił niezwykle cennymi i pouczającymi komentarzami naukowo-rozrywkowymi. W humorystyczny sposób opowiadał zarówno historię przydrożnych moteli, dróg i miast, jak i nakreślał bardziej szczegółowe dane demograficzne poszczególnych obszarów. Na pochwałę zasługuje nie tylko niezwykle plastyczny język autora, ale również ton jego wypowiedzi, trochę zadziorny, trochę ironiczny, bardzo przyjemny i przychylny odbiorcy. Gdybym kiedyś spełniła swoje marzenie o podróży do Ameryki, marzyłabym właśnie o takim przewodniku.

 

Na oklaski zasługuje również oprawa graficzna książki. Liczne zdjęcia oddają ducha podróży i klimat poszczególnych stanów. Książka może służyć nie tylko jako przewodnik po Route 66, ale również po dziełach z nią mniej lub bardziej związanych. Podczas czytania trafiłam na wiele wskazówek dotyczących filmów, muzyki, fotografii, innych książek, które dla wiernych wyznawców  amerykańskiego snu z pewnością okażą się studnią bez dna inspiracji i pomysłów na spędzenie wieczoru.

 

Dawno nie czytałam tak wciągającej literatury podróżniczej. Dawno nie dałam się porwać do tego stopnia. Moja wyobraźnia na długo po odłożeniu lektury pracowała na najwyższych obrotach. Polecam „Route 66 nie istnieje” zarówno tym, którzy lubią podróżować palcem po mapie, jak i tym bardziej „autentycznym” podróżnikom. Myślę, że ta pozycja ma zarówno zastosowanie teoretyczne, jak i praktycznie stanowi doskonały i rzetelny przewodnik po historycznej trasie.

 

Książkę otrzymałam do recenzji od wydawnictwa Pascal. Dziękuję!

 

„Dajcie mi jednego z was” Jacek Getner 10 listopada, 2012

Filed under: recenzje — finkaa @ 10:04 pm
Tags: , ,

 Wydawnictwo:  Najlepszy seler

Rok wydania: 2005

Ilość stron: 162

 

Jacek Getner to pisarz dość enigmatyczny i bardzo eklektyczny w swojej twórczości. Jak głosi jego strona internetowa, pan Jacek uwielbia pisać i nie boi się chyba żadnego gatunku. W sieci można znaleźć ślad jego opowiadań kryminalnych, powieści political fiction, wierszy, sztuk, a także dowiedzieć się, że obecnie autor pisze również dialogi do serialu „Klan”.  „Dajcie mi jednego z was” to kryminał, który mimo, że niedoceniony na początku, podczas czytania urzekł mnie już po kilkunastu stronach.

 

Głos to pseudonim człowieka pamiętliwego i dotkliwie doświadczonego przez życie. W wojsku odebrano mu godność, w życiu prywatnym odbito mu żonę, w życiu zawodowym sprowadzono go do bankructwa, a w życiu duchowym pozbawiono go złudzeń. To wszystko sprawiło, że Głos żyje tylko i wyłącznie żądzą zemsty. Misternie utkany plan sprawia, że Głos urasta do rangi Boga. Kieruje ludzkim losem i urządza niegodziwcom prawdziwy Sąd Ostateczny. Kto dostanie drugą szansę, a kto zostanie potępiony? I czy nie lepiej przechytrzyć przeznaczenie i uciec? Tylko jak, skoro oko Wielkiego Brata widzi wszystko?

 

Misternie utkana fabuła autentycznie  zapiera dech w piersiach. Cała akcja zamknięta jest dokładnie w siedniu dniach. Takie czasowe ograniczenie tylko podkręca atmosferę i sprawia, że czytelnik dosłownie czuje dreszcz na plecach i nóż na gardle. Z niecierpliwością odliczałam czas do wielkiego zakończenia i mimo tego, że dni mijały, ja ani o krok nie zbliżałam się do trafnego rozwiązania. Głównym atutem książki jest jej nieprzewidywalność. Z godziny na godzinę akcja potrafi zmieniać się diametralnie, nawet mimo, że ograniczona jest zarówno w czasie jak i w przestrzeni. Cztery ściany, cztery łóżka, cztery krzesła, stół, toaleta i czterech skrajnie różnych mężczyzn – tyle wystarczy, by stworzyć minimalistyczne arcydzieło napięcia, lęku i niepewności. Pourywane dialogi, strzępy zdań, a czasem wylewne opowieści snute w ciemności to baza, z której czytelnik może zbudować psychologiczne obrazy bohaterów, oraz zajrzeć im w głąb duszy. „Dajcie mi jednego z was” okazała się dla mnie niezwykłą podróżą po ludzkich charakterach i zachowaniach w obliczu śmierci.

 

Jacek Getner stworzył książkę oryginalną, mimo, że opartą na dość znanym motywie Wielkiego Brata, śledzącego każdy ruch obserwowanych. Na początku byłam dość sceptycznie nastawiona do powielania oklepanego zabiegu, jednak sposób w jaki autor to zrobił nie pozostawia żadnych zarzutów. Książka intryguje, zadziwia i daje do myślenia. Prosty język, oraz częste dialogi właściwie odarte z tła, sprawiają, że lektura trafia prosto z najczulszy punkt i wprawia czytelnika w autentyczny strach. A chyba dokładnie o to chodzi w dobrych kryminałach.

 
„Dajcie mi jednego z was” to książka obowiązkowa dla miłośników gatunku. Polecam ją wszystkim, którzy lubią nutkę niepokoju pojawiającą się już wraz z pierwszym odgięciem okładki. Warto również zaznaczyć fakt, że jest to pozycja wydana bez pomocy znanego wydawnictwa, tak więc ja osobiście biję się w pierść mówiąc: „nie oceniaj po pozorach” i gorąco zachęcam do lektury.

 

 

Książkę otrzymałam od autora jako egzemplarz recenzyjny. Dziękuję!