poduszkowietz

"Niczego nie daje zapadanie się w marzenia i zapominanie o życiu." – Czyżby?…

„Gdy rozpęta się piekło. Poradnik survivalowy na czas kataklizmu” Cody Lundin 7 sierpnia, 2012

Filed under: recenzje — finkaa @ 2:56 pm
Tags: ,

 Wydawnictwo: Pascal

Rok wydania: 2012

Ilość stron: 446
 
Cody Lundin to człowiek, który bez wątpienia zasługuje na podziw, lub co najmniej szacunek. Jest oryginalny i odważny. Świadomie zrezygnował z ogromnej części technologizacji i cywilizacyjnego rozwoju na rzecz tego co w życiu najważniejsze – spokoju i pojednania z naturą. Cody mieszka na pustynnych terenach Arizony. Jego dom w całości „napędzany” jest energią słoneczną, to znaczy, że Cody nie płaci żadnych rachunków (pewnie oprócz opłaty za grunt). Wodę do wszystkich potrzeb otrzymuje z deszczówki, a żywi się roślinnością oraz zwierzątkami, które podchodzą pod jego gospodarstwo. Cody Ludnin to również gospodarz programu „Dual Survival” na Discovery, oraz trener survivalu i założyciel szkoły „Aboriginal Living Skills School”, w której sam wykłada. Amerykanin napisał kilka lat temu książkę o miejskim survivalu, która w 2012 roku została wydana przez wydawnictwo Pascal.
 
„Gdy rozpęta się piekło” to książka – rzeka. Tak najłatwiej mi ją opisać, bo przez całe długie tygodnie moich z nią zmagań miałam wrażenie, że płynę po nieznanych wodach przetrwania w zupełnie abstrakcyjnych sytuacjach. Książka wydaje mi się zaledwie dobra, a nie rewelacyjna, głównie dlatego, że nie udało się autorowi przekonać mnie, iż opisywane sytuacje naprawdę mogą mieć miejsce. To pewnie mój największy błąd, za który słono zapłaciłabym, gdyby naprawdę stało się coś niedobrego, dajmy na to wybuchła wojna, przyszła zaraza, powódź, lub przewlekła susza.
 
Lundin podzielił książkę na dwie części. Pierwsza z nich opowiada o przygotowaniu psychicznym, zaufaniu i samodzielności. Znajdziemy w niej również wskazówki jak korzystać z książki. Autor przedstawia nam poszczególnych bohaterów, takich jak Jerry (udziela wskazówek i prezentuje cytaty), Vinny, Robbie, Tervor i Daisy. Każdy z bohaterów podtrzymuje na duchu i zabawia, prezentując rozwiązania i rozmaite wygłupy na rysunkach autorstwa Russela Millera. Rysunki mają tę zaletę, że pozwalają zwizualizować omawiane przez Lundina wynalazki, oraz ułatwiają samodzielną konstrukcję. Druga część poradnika oparta jest na bardziej praktycznych aspektach. Cody Lundin omawia takie zagadnienia jak budowa własnego schronienia, samodzielne gotowanie, oraz konstruowanie urządzeń sanitarnych, oczyszczanie wody, podstawy pierwszej pomocy oraz samoobrony, a także sposoby transportu i wiele innych.
 
Przyznam, że niektóre sekcje były dość trudne do przejścia. Cody ma dość irytującą dla przypadkowego czytelnika manierę rozwodzenia się nad szczegółami, np. kiedy mowa była o ubraniach dokładnie charakteryzował tkaniny takie jak bawełna, polipropylen, wełna,  poliester, nylon i puch. Rozwodził się także nad zaletami brezentów, chlorowych wybielaczy, latarek, świetlnych pałeczek, pochodni, oraz wielu, wielu, wielu (!) innych przedmiotów, do których zwykły śmiertelnik nie przykłada więszej wagi.
 
Na plus zaliczam jednak całą ogromną resztę książki. Uważam, że była pomysłowa, a autor charakteryzuje się nie lada poczuciem humoru i lekkością ducha. Jego język, mimo, że dość dosadny,  zawsze oscylował na krawędzi wulgarności  i dobrego smaku, jednocześnie nigdy nie przekraczając cienkiej granicy. Na pochwałę zasługują również częste obrazki, które „rozrzedzały” atmosferę niekiedy nudnego tekstu.
 
Do najciekawszych rozdziałów zaliczam te o jedzeniu, pierwszej pomocy, a także zastępczych urządzeniach sanitarnych. Bardzo rozbawił mnie sam fakt stosowania dziur, zamiast konwencjonalnych ubikacji. Cody zamieścił nawet instruktaż właściwego kucania! Ciekawym i dość pokornym rozwiązaniem ze strony autora było również zamieszczenie w dziale o samoobronie wywiadu ze specjalistą. Lundin przyznał, że nie miał do czynienia z tą  gałęzią survivalu i sięgnął po porady prawdziwego mistrza.
 
Celowo nie rozwodzę się nad kontrowersyjnymi kwestiami, takimi jak obchodzenie się ze zwłokami lub zjadanie szczurów. Owszem, Cody wspominał i o tym, ale tematy te były poruszone bardzo marginalnie i z genialnym wyczuciem. Myślę, że cytowanie The New York Times’a na okładce i wspominanie właśnie o tych dwóch kwestiach to spłycenie całej idei książki.
 
Cóż mogę powiedzieć o poradniku, jako o całości? Na pewno nie docenię jej w sposób na jaki zasługuje, dlatego, że nie byłam dobrym odbiorcą. Książka wpadła w moje ręce zupełnie przypadkiem. Jestem przykładem osoby, która nie potrafi wyobrazić sobie życia bez światła czy lodówki. Jednak pomimo, że przez niektóre działy przechodziłam powoli i z mozołem, książkę skończyłam i wiem, że jest warta swojej ceny. Myślę, że mężczyźni będą nią zachwyceni, a i kobiety znajdą w niej coś dla siebie. W sumie nawet dzieci mogą sięgnąć po dzieło Lundina i poprzyglądać się zwariowanym zwierzętom (krowa, pasikonik i inne), które montują przedziwne pułapki i urządzenia.
 

Książkę otrzymałam do recenzji od wydawnictwa Pascal. Dziękuję!

 

„Stażystka” Mimi Alford 9 lipca, 2012

Filed under: recenzje — finkaa @ 1:24 pm
Tags: , ,

 Wydawnictwo: Znak litera nova

Rok wydania: 2012

Ilość stron: 255

 

Marion „Mimi” Alford jest  70-letnią kobietą, która jako 19-latka została wybrana przez Johna F. Kennedy’ego jako kolejna z jego kobiet na kilka miesięcy. Za panowania JFK w Białym Domu roiło się od sekretarek i pracownic biurowych, które piasowały tę dodatkową funkcję. Romans Alford trwał 18 miesięcy, a po śmierci prezydenta sprawa ucichła. Niestety tylko na 50 lat. W 2003 roku sprawa przeciekła do pracy i Mimi ze spokojnej mieszkanki Nowego Jorku i pracownicy administracyjnej lokalnego kościoła stała się na chwilę minigwiazdą brukowców. Nie mogąc uciec wydała oświadczenie i mogłoby się na tym skończyć, gdyby nie to, że postanowiła napisać książkę…
 
Alford pochodzi z dobrego amerykańskiego domu, uczęszczała do najlepszych, prywatnych szkół dla dziewcząt. Staż w Białym Domu miał być fantastyczną przygodą i świetnym dodatkiem do genialnego CV. Już w pierwszych dniach swojej pracy w biurze prasowym Białego Domu, Mimo dostała telefon od współpracownika, który pytał czy nie poszłaby popływać. Bez zastanowinia zgodziła się i tak odkryła basen Białego Domu. W godzinach pracy pływały w nim najładniejsze pracownice, a prezydent przychodził wybierać. Tak właśnie wybrał i Mimi. Kierowana sztabem zaufanych współpracowników JFK’a szybko poznała jak należy się zachowywać i którędy do sypialni Najważniejszego. Nawet po skończonym stażu, kiedy Mimi mieszkała już w akademiku, prezydent dzwonił do niej pod pseudonimem i zapraszał na wspólne półoficjalne podróże. Tak młodziutka dziewczyna spędzała czas z prezydentem, niby będąc jego zabawką, niby kochanką, niby przyjaciółką, niby służącą.
 
Co mnie urzekło w „Stażystce” do dogłębny i uroczy opis amerykańskiego życia lat 60′. Akcja toczy się nie tylko w Waszyngtonie, ale również na Brooklynie i Manhattanie, oraz marginalnie w stanie New Jersey. Co więcej, jeśli książkę potraktować jako powieść obyczajową o przebiegu życia zwyczajnej, amerykańskiej kobiety można pokusić się o stwierdzenie, że Mimi Alford napisała dość  przyjemne czytadło. Jej postać bardzo mnie zaciekawiła. Przejścia z pierwszym mężem, praca w kościele, biegi, wychowywanie dzieci i prawdziwa miłość w bardzo dojrzałym już wieku. Te wszystkie zwyczajne rzeczy sprawiły, że poznałam silną kobietę, z którą mógłaby się identyfikować każda z nas. Amerykańska sceneria dodała tylko całości animuszu.
 
Niestety, znacznym mankamentem, o którym ciągle do końca nie wiem co napisać, był epizod „romansu” z Kennedy’m. Wzięłam to słowo w cudzysłów celowo, gdyż nie mam na ten związek właściwego określenia. Czy potępiam Mimi? Raczej nie, bo kim jestem, żeby mieć do tego prawo? Uważam jednak, że to co się stało powinno skończyć się prostolinijnym oświadczeniem, zamkniętym w kilku zdaniach, które podała do prasy będąc już rozpoznaną przez media. Myślę, że wiele lat po śmierci prezydenta, oraz będąc w sile wieku, po prostu nie wypada pisać o tym jak straciło się dziewictwo z najbardziej wpływowym człowiekiem Ameryki lat 60-tych. Niesmacznie robiło mi się przy opisach jego seksualnych preferencji, oraz jej uległości, której skądinąd Mimi wcale się nie wstydzi, twierdząc, że była młoda i naiwna, a prezydent dawał jej poczucie wysokiej samooceny.
 
Musiało upłynąć wiele czasu od przeczytania, zanim zdecydowałam się napisać tę recenzję. Jeśli ktoś oczekuje, że książka zabierze go w świat erotycznych uniesień prezydenta, to się rozczaruje. Takich nie było i nie mogło być między 19-letnią, nieświadomą Mimi i JFK’iem, który miał 45 lat. Jedyne co „Stażystka” oferuje to w sumie garść suchych faktów o związku tytułowej bohaterki z prezydentem, oraz szczegółowy opis jej całego (!) prywatnego życia, od narodzin, aż do teraz.
 
Jak ocenić książkę? Proponuję w dwóch kategoriach. Jeśli Mimi liczyła na to, że rzuci publiczność na kolana swoim romansem z Kennedy’m to wyszła z tego niesmaczna powiasta zasługująca na dwóję. Natomiast jeśli spojrzeć na ksiażkę jako na powieść obyczajową ukazującą życie przeciętnej Amerykanki o dość odważnej postawie wobec mężczyzn, możnaby się pokusić o dobry z minusem.
 

Książkę otrzymałam jako egzemplarz recenzyjny od wydawnictwa ZNAK. Dziękuję!

 

„Bliżej Słońca” Richard Paul Evans 25 czerwca, 2012

Filed under: recenzje — finkaa @ 8:44 pm
Tags: ,


Wydawnictwo: Znak literanova
 
Rok wydania: 2012
 
Ilość stron: 315

 

Richard Paul Evans to autor znany chyba każdej miłośniczce literatury kobiecej. Jak to się dzieje, że mężczyzna potrafi pisać tak poruszające i piękne historię? Nie mam pojęcia, ale kolejna z jego powieści dowodzi, że Amerykanin wciąż nie wychodzi z formy.
 
Christine planuje swój ślub. Jest perfekcjonistką w każdym calu, dlatego czytelnika nawet nie dziwi fakt, że jej narzeczony odwołuje całe zamieszanie tuż przed ceremonią. Paul to lekarz, któremu w jeden dzień umiera dwóch pacjentów, a rozwścieczone rodziny wytaczają dwa procesy. Dwoje młodych ludzi, których życie pokonało już na starcie w dorosłość odnajduje się w słonecznym Peru, najpierw na ulicy, potem w swoistym domu dziecka. Łączy ich miłość do dzieci i chęć niesienia pomocy. Dzielą ich nieszczęśliwe doznania z przeszłości, oraz instynk samozachowawczy, który utrudnia powtórne zaufanie.
 
Niby motyw oklepany. Niby zakończenie przewidywalne, ale uwierzcie, że urok pióra Evansa naprawdę działa. Książkę czyta się niesamowicie szybko. Za dowód niech posłuży fakt, że ja przeczytałam ją prawie za jednym zamachem, a w życiu miałam takich książek zaledwie kilka. Zarwałam noc, ale musiałam się dowiedzieć co znajduje się na ostatniej kartce. Zawrotne tempo akcji sprawia, że nie ma mowy o „flakach z olejem”. Nawet opisy historycznych peruwiańskich świątyń, czy zapomnianych cywilizacji nie nudzą. Wręcz przeciwnie. Zazdrościłam, że nie towarzyszę Christine w jej pasjonującej wyprawie.
 
Muszę odeprzeć argument, który nasuwa się często sceptykom twórczości Amerykanina. Książka nie jest przewidywalna, a nawet, dla mnie, nie jest to książka o miłości damsko-męskiej. Evans podaje nam serca bohaterów jak na dłoni. Pokazuje jak można się poświęcić, co zrobić dla drugiego człowieka. Autor ukazuje peruwiańską ulicę z całą brutalnością dorosłych, którzy z jednej strony wyrzucają niechciane dzieci, a z drugiej kradną dziewczynki, by sprzedawać je turystom. Handel żywym towarem, kradzieże i nadużycia kwitną, ale to nie powód by się poddać i przestać walczyć o lepsze jutro.
 
Proste słownictwo, duże nagromadzenie epitetów i dialogów sprawiają, że książkę czyta się z prawdziwą przyjemnością. Dodatkowym atutem „Bliżej Słońca” są hiszpańskie zwroty, które można potraktować jako mały sprawdzian dla początkujących, tłumacząc samodzielnie bez zerkania pod odpowiednią gwiazdkę u dołu strony.
 
Poraz kolejny pozostaję pod wrażeniem umiejętności literackich Richarda Paula Evansa. To już druga książka tego autora, w której we wstępie wyjaśnia on jak doszło do jego spotkania z bohaterami i jak uzyskał zgodę na publikację ich historii. Nie wiem jak to się dzieje, że Evans trafia na takich ludzi, ale cieszę się, że dzięki tym spotkaniom miliony ludzi na całym świecie uśmiecha się nad kartkami papieru i odzyskuje nadzieję na lepsze jutro.
 
Na zakończenie powiem, że literatura Evansa to nie „babskie czytadła”. W mojej ocenie jest to bardzo subtelna literatura kobieca, która nie ma nic wspólnego z romansem. Dlatego polecam „Bliżej Słońca” wszystkim, bez względu na płeć, którzy kochają dobre książki.
 

Książkę otrzymałam jako egzemplarz recenzyjny od Wydawnictwa ZNAK. Dziękuję!

 

„Bezduszna” Gail Carriger 13 czerwca, 2012

Filed under: recenzje — finkaa @ 7:04 pm
Tags: , ,

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
 
Rok wydania: 2011
 
Ilość stron: 319
 
 
Gail Carriger zdaje się być pisarką nietuzinkową. Wystarczy jeden rzut oka na jej zdjęcia w sieci, oraz przeczytanie kilku zdań zamieszczonych na okładce jej książki, oraz w oryginale na stronie poświęconej jej twórczości: „Gail Carriger pisze, by odreagować smutne dzieciństwo pod okiem ekspatrianta i zrzędy. Wyrwała się z prowincji (dokładnie z Marin Country w Kalifornii) i wyruszyła w podróż po Europie, mimochodem uczęszczając po drodze do paru szkół. Obecnie rezyduje w Koloniach z haremem armeńskich kochanków i pokaźnym zapasem londyńskiej herbaty.” Ciekawe, prawda? Carriger jest archeologiem z wykształcenia (odebranego w głównej mierze w Wielkiej Brytanii), oraz pisarką z zamiłowania. Autorka „Bezdusznej” zdaje się być dziwną mieszanką brytyjskości i amerykańskości, a ów mieszanka przemawia również przez jej twórczość. Po prostu musiałam się na to skusić…
 
„Bezduszna” to debiut, który trudno jednoznacznie zaklasyfikować. Bez wątpienia jest to romans. Romans między nadludzką, a wilkołakiem powinien się chyba nazywać romansem paranormalnym, a dodając do tego wiktoriańską Anglię wychodzi paranormalny romans wiktoriański. Zdecydowanie umiejscowienie akcji w XIX wieku było strzałem w dziesiątkę. Carriger niezwykle trafnie opisuje ówczesne realia i zwyczaje.
 
Co do fabuły to sprawa nieco się komplikuje. Nie wiem jak jednoznacznie ocenić poplątanie, które wdziera się w główny wątek, lub może w moją jego interpretację. Ale od początku… Alexia to kobieta władcza i pewna siebie. Należy do gatunku nadludzkich. Objawia się to głównie brakiem duszy, oraz tym, że za sprawą dotyku potrafi przemienić wilkołaki i wampiry w normalnych ludzi. To ostatnie ma niebagatelne znaczenie, tym bardziej, że Londyn po prostu roi się od jednych jak i drugich. Traf chce, że na jednym z przyjęć Alexia, aby ujść z życiem musi zabić wampira, który chce się nią pożywić. To rozpętuje istne piekło i jest ostatnim momentem, w którym nadążałam za biegiem wydarzeń. Na miejsce zbrodni przybywa lord Maccon, który wszczyna śledztwo. W całą sprawę zamieszana jest śmietanka londyńskiej socjety, a nawet sama królowa Wiktoria. Zarówno wilkołaki jak i wampiry pragną dotrzeć do sedna sprawy i dowiedzieć się kim był zabity wampir. Przy okazji wychodzi na jaw seria zaginięć, a Alexia koniecznie musi dowiedzieć się prawdy.
 
Wiele aspektów powieści zasługuje na uwagę i podziw. Przede wszystkim dawno nie poczułam takiej sympatii do głównych bohaterów. Alexia, lord Maccon, a także lord Akeldama, który mówi kursywą i prawdopodobnie jest wiktorjańskim gejem, wzruszają i bawią do łez. Tworzą zgraną paczkę przeciwieństw, której poczucie humoru, uszczypliwość i serdeczność miesza się, drażni i bawi zarazem.
Kolejnym atutem książki jest język. Łatwy w odbiorze, a przy tym bardzo zręcznie stylizowany na czasy srogiej królowej Wiktorii (która nawiasem mówiąc wcale nie jest taka straszna jak ją malują 🙂 ). Książkę czyta się z łatwością, raz po raz wybuchając śmiechem. Alexia należy do osób o wyjątkowo ostrym języku. Pruderia obowiązująca w XIX wieku nie ułatwia jej życia, będąc przyczyną wielu niezręcznych sytuacji.
Na początku wspomniałam już, że wierne odbicie realiów wiktorjańskiej Anglii również robi niesamowite wrażenie. Piękne suknie, konne powozy i sute przyjęcia pozwalają wyboraźni szaleć i przenosić się wprost do rezydencji ówczesnej brytyjskiej arystokracji.
 
Niestety, wśród tych wszystkich plusów zawieruszyć się musiał jeden minus. Cała akcja dotycząca wyjaśniania tożsamości zabitego wampira, a także działania BUR-u (Szacowne Biuro Ultranaturalnych Rzeczy) mające na celu zapewnienie wilkołakom i wampirom bezpieczeństwo pozostały dla mnie do końca czarną magią. Nigdy nie odnalazłam się w zależnościach między watahą, a ulem (najważniejsza siedziba wampirów). Nigdy nie zrozumiałam do końca supertalentów Alexii. Winę za to prawdopodobnie ponosi zbyt duża ilość abstrakcyjnych faktów przypadających na jedną stronę teksu. A szkoda, bo mogłam być zauroczona, a niestety jestem tylko zadowolona po lekturze „Bezdusznej”.
 
Mimo mankamentów szczerze polecam debiut Gail Carriger każdemu kto lubi wilkołako-wampirze gratki. Ja nigdy nie byłam fanką ani jednych, ani drugich, a z czystym sumieniem twierdzę, że mi się podobało. Zważywszy na dużą dawkę poczucia humoru, oraz świetnie odzwierciedlenie XIX-wiecznych warunków, myślę, że książka może spodobać się nawet tym, którzy słowa „paranormal” boją się jak ognia.

 

„Bez śladu” Harlan Coben 23 Maj, 2012

Filed under: recenzje — finkaa @ 8:59 pm
Tags: , , ,

 Wydawnictwo: Albatros

Rok wydania: 2005

Ilość stron:  336

 

Myślę, że nikomu nie trzeba przedstawiać Harlana Cobena. Uwielbiany przez miłośników kryminału i kojarzony przez większość ludzi lubiących literaturę. Krótko mówiąc, Amerykanin jest jednym z najpopularniejszych współczesnych pisarzy. Jego książki rozchodzą się jak ciepłe bułeczki, a z pozoru nierozwiązywalne zagadki frasują tysiące ludzi na całym świecie. Jednak czy „Bez śladu” sprosta tak wygórowanej poprzeczce? Narażając się wielu fanom, muszę stwierdzić, że nie do końca…
 
Myron Bolitar, agent sportowy i były koszykarz, dostaje tajemnicze zlecenie. Musi odszukać jednego z czołowych graczy NBA, tak aby zespół mógł spokojnie odnosić dalsze zwycięstwa. Co stało się zaginionemu sportowcowi? Czy Greg Downing się ukrywa? Nie żyje? A może uciekł od przytłaczającej go popularności? Myron przejdzie przez piekielną drogę, aby dotrzeć do prawy. Po drodze spotka kilka niezwykle intrygujących kobiet, dostanie kilka porządnych łomotów, przekona się, że można liczyć wyłącznie na najbliższych przyjaciół, oraz zrozumie kto jest miłością jego życia.
 
Tak w skrócie przedstawia się fabuła. Co zatem nie gra? Niestety, jak na kryminał, i to tak znakomitego pisarza, to wszytko za mało. Krąg podejrzanych dziewnie zawężony, fakty zbyt gładko łączące się z sobą. W sumie zero zaskoczenia. Po fenomenalnej „Mistyfikacji” – książce, przez którą nie mogłam zasnąć, ani zebrać myśli przez kilka dni po przeczytaniu – liczyłam, że „Bez śladu” pozostawi mnie w jeszcze większym szoku. Niestety, nic bardziej mylnego. Owszem, akcja rozkręca się na ostatnich osiemdziesięciu stronach. Człowiek czuje, że jest o krok od ostatecznej odpowiedzi i nie może przestać czytać, ale co tu robić przez pierwszych 250 stron? Po przeczytaniu książki, odłożyłam ją i zapomniałam tak jak zapominam o wyczytanej w prasie prognozie pogody.
 
„Bez śladu”, tak jak pewnie wszystkie książki Cobena jest skonstruowana w charakterystyczny sposób. Autor nie skupia się na przesadnych opisach. Owszem, wrzuca krótkie zdania nie wnoszące niczego do akcji, jednak głównie skupia się na opisie zachować i reakcji bohaterów. Niestety, to co zachwyciło mnie w „Mistyfikacji”, czyli głęboka analiza ludzkich myśli i zachowań, ich krętactw i motywów, tutaj wydawała mi się zbyt płytka. Czułam, że autor już na samym początku przykleił każdemu bohaterowi łatkę i nie starał się już niczym zaskoczyć. Inteligentny Myron, elegancki Win, wyzwolona Esperanza, oraz spostrzegawcza Audrey są postaciami, które za nic w świecie nie zrezygnują ze swoich przewodnich cech i nie wprawią czytelnika w osłupienie. Szkoda, bo obnażając prawdę o sobie, sprawiają, iż czytelnik rozpracowuje ich szybciej niż by sobie tego życzył.
 
Język powieści również pozostawia sporo do życzenia. Książce kryminalnej jestem skłonna wybaczyć wulgaryzmy i dość nieformalne zwroty, szczególnie podczas policyjnych pogawędek czy oględzin zwłok. Mimo to czytając dialogi miałam często wrażenie, że to nie jest rozmowa dwóch inteligentnych facetów, którzy umiejętnościami dedukcji przewyższają Holmes’a, a jedynie słowna potyczna dwójki dzieci, które postanowiły zabawić się w „kto wrzuci najwięcej brzydkich słów w najkrótszym czasie”. Niekiedy było to zabawne, częściej jednak irytujące i zupełnie zbyteczne.
 
Reasumując, rzadko zdarza mi się tak krytycznie podejść do książki. Być może do tej negatywnej oceny przyczynił się fakt, że Coben jest powszechnie szanowany i często podawany jako mistrz gatunku. „Bez śladu” jednak naprawdę wiele brakuje do trzymającej w napięciu, dobrej powieści kryminalnej. W żadnym jednak wypadku nie podcinam skrzydeł Cobenowi i z pewnością dam mu jeszcze szansę. Dla zainteresowanych, gorąco polecam „Mistyfikację”. Zaczynając przygodę z Cobenem właśnie od tej powieści, na pewno stwierdzicie, że miano mistrza jednak mu się należy.

 

„Dlaczego mężczyźni kochają zołzy” Sherry Argov 11 Maj, 2012

Filed under: recenzje — finkaa @ 9:40 am
Tags: ,

 Wydawnictwo: G+J Gruner&Jahr

Ilość stron: 208

Rok wydania: 2010
 
 
Sherry Argov to kobieta, która wierzy, że o mężczyznach wie wszystko. Z pewnością wie dużo, ale czy jej wiedza ma praktyczne przełożenie i czy może sprawdzić się w normalnym związku? Sądząc po pozytywnych opiniach tysięcy czytelniczek jej artykułów w „Cosmopolitan”, „Glamour” itp., a także po sukcesie jej dwóch książek „Dlaczego mężczyźni kochają zołzy”, oraz „Dlaczego mężczyźni poślubiają zołzy”, można wnioskować, że tak. Jednak moja opinia jest nieco mniej entuzjastyczna.

 
 
„Dlaczego mężczyźni kochają zołzy” to poradnik dla kobiet, które zagubiły się w swoich związkach, czują brak szacunku ze strony partnera, lub pragną być bardziej kochane. Cały trik autorki polega na tym, że zestawia zołzę (Nie mylić z jędzą. Zołza to kobieta wiedząca czego chce, szanująca się i stawiająca warunki. Zołza nie marudzi, nie płacze, nie złamie jej byle kto.) z miłą dziewczyną (płaczką, przytulanką, kucharką, sprzątaczką i ogólnie miękką babą). Pomiędzy te porównania Argov wplata zdania – klucze, tzw. zasady atrakcyjności. Zasad jest 100, między nimi dziesiątki przykładów, anegdot, cytatów zadowolonych i mniej zadowolonych facetów.
 
 

Pomysł dobry, temat fajny. Co zatem nie pasuje w tej książce? Ano, po pierwsze to, że w mojej opinii, Argov zakłada, iż każdy facet to bezmózgie yeti. Książka kipi radami, za które ręcze, iż w życiu się nie sprawdzą. Na przykład:
 
jeśli facet kupi Ci biżuterię, która Ci się nie spodoba, wymień na inną. Spokojnie, on tego nigdy nie zauważy.
 
jeśli facet nie pozwala Ci na sprzątaczkę, a Tobie nie chce się dbać o dom, wynajmij ją w godzinach kiedy on pracuje. Spokojnie, nie ma opcji, że on skojarzy fakty.
 
jeśli facet nie chce naprawić Ci nocnej lampki, zawołaj przy nim sąsiada i poproś go o pomoc. Spokojnie, Twój facet nie wpadnie w furię, że go ośmieszasz. Od tej pory, będziesz miała wszytko od ręki.
 
Mogłabym tak mnożyć, ale przejdę do kolejnego punktu. Język książki również pozostawia wiele do życzenia. Nie bardzo spodobało mi się to, że autorka zwraca się do mnie per „siostro”. Brzmi to dość sekciarsko i jakoś tak dziwnie. Chociaż być może się czepiam. Już na wstępie Argov zaznacza, że książka jest humorystyczna i napisana z przymróżeniem oka. Powiedzmy, że „siostro” wpisuje się w konwencję żartu. Jednak tego samego nie mogę już powiedzieć o lekkich wulgaryznam, które wymykają się autorce zwłaszcza podczas cytowania mężczyzn, ale nie tylko. Już sam angielski tytuł „Why men love bitches” sugeruje, że książka jest ostra. Ja jednak nie byłam na to do końca przygotowana. Kolejnym zarzutem jest fakt, że autorka odziera szczęśliwy związek ze szczerości. Zołza nie ma prawa NIGDY pokazywać swoich słabych stron. Nigdy nie wolno kłócić się z partnerem, ani okazywać mu łez. Wszystko trzeba robić podstępem, tak żeby nie zorientował się, że jest manipulowany i sterowany jak za pomocą ukrytego w rękach kobiety pilota. A gdzie szczerość, otwartość, wzajemne zaufanie? Czy jestem staromodna?
 
 

Jednak pomimo całej tej góry zarzutów, nie uważam książki za kompletny stek bzdur. Na pewno sporą jej część skreślam bezpowrotnie, ale wyłuskałam też z niej kilka cennych rad. Przede wszystkim, kobieta nie może pozwolić sobie na okazanie, że bez mężczyzny nie da sobie rady. Jest to zasada, pod którą podpisuję się obiema rękami. Argov przekonuje, że jak tylko mężczyzna wyczuje, że kobieta jest na jego łasce, przestanie traktować ją jak skarb, a zacznie jak niechciany balast. W „Dlaczego mężczyźni kochają zołzy” znajdziemy garść potrzebnych rad jak zachowywać się, aby nigdy nie zgasł nasz czar, aby zawsze rozpylać poczucie niedostatku. Jak to zrobić? Nigdy nie możemy rezygnować z własnych zainteresowań, nigdy nie możemy przestać być samodzielne finansowo, nigdy nie możemy przestawać dawać, aby nie poczuć się utrzymankami. Wiem, że dla wielu z Was jest to oczywiste. Jednak myślę, że jest grono kobiet, które traktują swoich mężczyzn jak objawienie, wybawienie ze wszystkich kłopotów i trosk. W mojej ocenie, takie kobiety są na ostatniej prostej do zamkniętego kręgu, w którym otworzą im się oczy, że mężczyzna oprócz nich ma jeszcze swój świat, z którego nigdy nie zrezygnuje. „Dlaczego męższyźni kochają kobiety” pokazuje, że nie warto rezygnować z siebie, bo nawet najbardziej zakochanemu mężczyźnie nigdy by do głowy nie przyszło, żeby zrezygnować z własnego kumpla, piwa, roweru, czy ogrodu. Na mnie to odkrycie spłynęło jak oświecenie.
 
 

Celowo zaczęłam od słabych stron. Nie chcę, żeby przedostatni akapit zamącił w głowach i sprawił, że zaczniecie myśleć, iż oceniam książką jako dobrą. Co najwyżej oceniam ją jako średnią, choć z interesującym motywem. Niemniej jednak, jak to często u mnie bywa, i tak Wam ją polecam. Myślę, że dziewczyny, którym nie przeszkadza wytykanie własnych błędów, oraz te, które znieczulone są na lekko obelżywy język, znajdą w dziele pani Argov nie lada rozrywkę. W sumie myślę, że taki był główny cel tej lektury. Stworzenie odskoczni od codziennych spraw i związkowych kłopotów. Nie zapomnijcie jednak potraktować książki z dużym przymróżeniem oka, bo jeśli postawicie 100% na zostanie prawdziwą zołzą, gwarantuję, że szybko pójdziecie z torbami, a wasi mężczyźni odetchną z ulgą, że pozbyli się czarownicy.  🙂

 

„Spadkobiercy” Kaui Hart Hemmings 29 lutego, 2012

Filed under: recenzje — finkaa @ 9:53 am
Tags: ,

 Wydawnictwo: ZNAK literanova

Rok wydania: 2012

Ilość stron:346

 

Kaui Hart Hemmings to hawajska pisarka, debiutująca „Spadkobiercami” – książką, która podbiła serca i wzruszyła tysiące ludzi na całym świecie, oraz która została zaadaptowana na niesamowity film. Co jest tak nietypowego i wzruszającego w „Spadkobiercach”? Na pewno oryginalność tematu, poczucie humoru i prostota, która potrafi doprowadzić do łez.
 
Matt King to bogaty, ułożony prawnik. Każdego dnia pracuje od rana do wieczora, aby zapewnić swoim dwóm córkom i żonie dostatnie życie. Los chciał, że Matt wraz z wieloma kuzynami jest potomkiem hawajskiej księżniczki i bogacza, którzy w spadku pozostawili ogromne połacie ziemi, niezliczone hektary hawajskiego dziedzictwa. Rodzina chce sprzedać ziemię i podzielić się zyskiem, a Matt jest głównym decydentem. Decyzja, która ma zapaść na dniach nie należy do najłatwiejszych. Traf chce, że sprawa komplikuje się dodatkowo, gdyż żona Matta – Joanie – od kilkudziesięciu dni leży w śpiączce, a jej ostatnia wola zmusza lekarzy do odłączenia pacjentki od aparatury. Zamiast martwić się losami trustu, Matt musi stawić czoła wychowaniu dwóch nieznośnych córek, oraz jednemu młodzieńcowi z problemami rodzinnymi.
 
Chyba zaryzykuję stwierdzenie, że książka zasmuca i bawi do tego samego stopnia. Dramat obyczajowy, rozgrywający się w nieprawdopodobnie pięknej scenerii upalnych Hawajów to mieszanka skrajnych uczuć. Matt to nieco ospały, gapowaty gość, który najchętniej spędziłby życie nad tomami prawniczych dokumentów. Jego córki to mieszanka wyuzdania, gwałtowności, wulgarności i seksapilu. Umierająca Joanie to kompletne zaprzeczenie ułożonego Matta. Była zadziorna, ryzykancka, szybka, nie potrafiła usiedzieć w domu, lubiła pić i balować. Ten konktrast, podkreślany przez Matta, bawi i zaskakuje. Z drugiej jednak strony, czytelnik odnosi wrażenie, że pomimo całej tej niezgodności charakterów, związek Matta z żoną było niesamowitą przygodą. Dwójka skrajnie innych ludzi, którzy jednak nie potrafią bez siebie żyć. Chyba każdy z nas życzyłby sobie takiej miłości, jaką Matt darzył swoją żonę. Chyba każdy z nas chciałby doświadczyć uczucia, że ma wolną rękę, a jednak ktoś zawsze na niego czeka w zaciszu luksusowej sypialni. Sprawy komplikują się, układają i rozspypują raz za razem, jednak Matt do samego końca próbuje zapewnić „śpiącej” Joanie komfortowe warunki i spełnić jej marzenia. Z ojca, który tylko wiedział o istnieniu swoich córek, stać się najkochańszym tatą. Schować dumę do kieszeni i do końca walczyć o prawdziwą miłość.
 
Prostota całej powieści zachwyca. Prostolinijność Matta, jego poświęcenie i chęć stworzenia od podstaw kochającej rodziny sprawiły, że stał się on  jednym z moich ulubionych bohaterów literackich. Mimo, że wątek Joanie kończy się dość przewidywalnie, cała książka dostarczyła mi niesamowitych wrażeń. Uświadomiła, że nie tylko matka może być filarem szczęśliwej rodziny. Otworzyła oczy na fakt, że miłość potrafi być bezinteresowna i niewinna do samego końca. Chcę przez to powiedzieć że, książka powraca do podstawowych wartości jakimi powiniem kierować się człowiek, w sposób zabawny, współczesny i oryginalny.
 
Książka jest pięknie wydana, napisana prostym językiem i okraszona humorystycznymi dialogami. Czyta się ją jednym tchem, przez większość czasu uśmiechając się pod nosem, lub marząc o gorących plażach. Jednak radość to nie jedyne uczucie, które nas otacza. Lektura dostarcza także uczuć takich jak złość, niedowierzanie, rozczarowanie, a nawet smutek.
 
Warto jest sięgnąć po „Spadkobierców” właśnie po to, aby poczuć tę mieszaninę uczuć i odczuć. Warto jest zawędrować aż na Hawaje, żeby poczuć ciepło piasku, przyjrzeć się pięknej florze czy popływać z rekinami. Warto jest zanurzyć się w lekturze, aby wrócić do punktu wyjścia i zastanowić się dokąd zmierzamy, jakie mamy wartości i co stanowi dla nas prawdziwy skarb.
 

P.S. Warto jest również obejrzeć ekranizację z George’em Clooneyem w roli Matta, która jest praktycznie idealnym odzwierciedleniem książkowej fabuły. No, może z minimalnym okrojeniem wątku Sida. Polecam! 🙂

 

Książkę otrzymałam do recenzji od Wydawnictwa ZNAK literanova. Bardzo dziękuję.

 

Karty „Potęga Myśli – Odnajdź siłę w sobie” Louise L. Hay 16 lutego, 2012

Filed under: recenzje — finkaa @ 1:56 pm
Tags: ,

 Wydawnictwo: Studio Astropsychologii

Ilość kart: 64

Rok wydania: 2011
 
Moje kolejne spotkanie z Louise L. Hay nabrało nieco nietypowego wymiaru. Otóż, zamiast czytać kolejną książkę tej nieprzeciętnej orendowniczki pozytywnego myślenia, zmierzyłam się z formą dość minimalistyczną. Zamiast zmagać się z setkami stron, postawiłam na 64 malutkie karty – każda, mimo, że dwustronnie zapisana, zawierająca najczęściej nie więcej niż dwa, trzy zdania.
 
Zaczynając od początku, chciałabym przedstawić postać samej autorki. Louise L. Hay to kobieta-dynamit. Amerykanka ma 86 lat, oraz niesamowite doświadczenie w dziedzinie samorozwoju i samoleczenia. Jest założycielką wydawnictwa publikującego materiały mające na celu uzdrawianie naszej planety. Sama Louise nie poprzestaje na laurach, tańczy, maluje, ciągle tworzy, a uśmiech nie schodzi z jej ust. Jej szczęśliwe życie wydaje się oczywistością, a jednak nie musiało tak być. Hay ma za sobą nieszczęśliwe dzieciństwo u boku brutalnego ojczyma i jemu podporządkowanej matki. Nie posiada dyplomu ukończenia szkoły wyższej, a jednak swoją mądrością przewyższa nie jednego naukowca. Co czyni z niej giganta pozytywnej energii? Skromność, oraz wiara w potęgę własnych myśli.
 
Jak twierdzi sama Louise Hay, nasz mózg nie odróżnia tego co jest, od tego co mogłoby się stać. Dlatego tak ważne są nasze pozytywne myśli. Mówiąc „jestem szczęśliwa”, stajemy się szczęśliwi. Mówiąc „jestem spokojna” uspokajamy się. Dla wielu z Was pewnie brzmi to niewiarygodnie. Kiedyś również miałam z tym problem. (Jeśli kogoś zainteresowałam sposobem działania naszego mózgu, polecam zapoznanie się z książką „Pokochaj swoje życie”, którą recenzowałam TUTAJ.)
 
Przejdźmy jednak do samych kart. Opierając się na zasadzie pozytywnych afirmacji, tak zbawiennych dla naszego mózgu oraz całego życia, Hay skonstruowała talię kart, które mają za zadanie wybawić nas z najokrutniejszych nawet tarapatów. Wystarczy wyciągnąć jedną (dowolną, lub wybraną) kartę i mocno uwieżyć w jej przesłanie. Karty poświęcone są kluczowym problemom naszego życia. Ja zaklasyfikowałabym je do następujących działów: praca i kreatywność, miłość do siebie i innych, akceptacja obecnej sytuacji,  stawianie na teraźniejszość, wewnętrzny spokój. Oczywiście, każdy ma prawo do własnej klasyfikacji, oraz do użytkowania kart na swój ulubiony i najbardziej efektywny sposób. Ja na przykład zabieram karty wszędzie ze sobą, a w wolnej chwili (ostatnio przed egzaminem) powtarzam afirmację z jednej z nich.
 
Z praktycznego punktu widzenia, karty są po prostu idealne – niezwykle dopracowane i kolorowe. Rysunki ozdabiające karty zadziwiają starannością i pomysłowością. Jedne prezentują postać lub konkretną scenę, inne są tylko zbiorem zawijasów, kresek i kropek tworzącym spójną całość. Na wzmiankę zasługuje fakt, że kiedy trzymamy całą talię w zwartym stosie możemy dostrzec, iż grzbiety kart pokryte są drobinkami złota. To wyjaśnia dlaczego po kilku minutach odczytywania afirmacji nasze ręce okryte są złotym pyłkiem. Iście magiczny efekt. 🙂 Całość mieści się w twardym, tekturowym pudełku, które skutecznie chroni karty przed zniszczeniem. Same karty są wykonane ze śliskiego, utwardzonego papieru. Nie są grube, ale z drugiej strony spokojnie można je wsunąć do portfela lub nawet bezpośrednio do kieszonki w torebce, bez strachu, że się pogniotą.

 

Podsumowując, chciałabym Was serdecznie zachęcić do zaopatrzenia się w mały, zielony kartonik z ogromnym ładunkiem miłości i spokoju w środku. Myślę, że każdy kto miał kiedykolwiek ochotę rzucić wszystko i wybiec z domu, pracy czy sali wykładowej, stoi teraz przed szansą spojrzenia na jedną z 64 kart i odnalezienia sensu w tym co robi, miłości wśród otaczających go ludzi, oraz siły, która w nim drzemie.
 

Za możliwość pracy z kartami bardzo dziękuję Studiu Astropsychologii!

 

„Dzień dobry, Irene” Carole Nelson Douglas 3 lutego, 2012

Filed under: recenzje — finkaa @ 10:33 am
Tags: , ,

  Wydawnictwo: Bukowy Las

Rok wydania: 2011

Ilość stron: 384
 
Carole Nelson Douglas to amerykańska pisarka urodzona w 1944 roku. W Polsce pisarka kojarzona jest z opowiadań o Irene Adler – wyśmienitej śpiewaczce, „dorabiającej” jako detektyw. Wokół książek poświęconych Irene panuje aura niesamowitości. Z każdej strony emanuje hasło, iż niesamowita diwa swoimi umiejętnościami logicznego myślenia przewyższa samego Sherloka Holmes’a. Czy tak jest? Nie wiem, bo nigdy nie sięgnęłam po literaturę Arthura Conana Doyle’a. Jednak czy sama Adler zasługuje na aż tyle atencji? Śmiem wątpić.
 
Od kilku tygodni męczyłam „Dzień dobry, Irene” z nieukrywaną irytacją. Notka na okładce wróży świetną fabułę. We Francji, Irene napotyka topielca z dziwnym tatuażem na piersi. To wydarzenie przypomina jej o identycznej sytuacji, która miała miejsce kilka lat temu w Londynie. Primadonna szybko zaczyna kojarzyć fakty i rozwiązywać zagadkę dwóch jednakowo wyglądających śmierci. W tym pomaga jej przystojny mąż, oraz oddana przyjaciółka. Do tego cała akcja toczy się u schyłku XIX wieku. Pomyślałam, że oprócz kryminalnej gratki, czekają mnie również miłe odkrycia zwyczajowe i kulturowe ówczesnej Europy. Niestety, pomyliłam się.
 
Słowo, które przychodzi mi na myśl, aby ująć krótko całą powieść to „na wyrost”. Bohaterowie byli przekolorowani. Uroda Irene była podkreślana z takim natężeniem, że po kilku stronach miałam wrażenie, iż czytam o greckiej bogini, a nie zwykłej śmiertelniczce. Pruderyjność jej przyjaciółki, Nell, przyprawiała mnie o mdłości, a kurtuazja i budowa Godfreya – męża Irene – po prostu nie mieściła mi się w głowie. Wszystko w książce działo się z przesadą. Język był napuszony i nierealny, nawet biorąc pod uwagę rok, w którym rozgrywa się akcja. Przesadna dokładność Nell kłóciła się z  przesadnym ryzykanctwem Irene, do tego stopnia, że książka nie była spójna i w żaden sposób nie zdołała wciągnąć mnie w intrygę kryminalną, co do której miałam tak wielkie nadzieje.
 
A propos intrygi, powieść opiera się na poszukiwaniu wspólnego mianownika dla śmierci dwóch marynarzy, którzy utopili się u wybrzeży Tamizy i Sekwany, w odstępie kilku lat. Obu panów zdobił charakterystyczny tatuaż. Kiedy Godfrey, dziwnym trafem, ratuje trzeciego topielca, żaden czytelnik nie jest już zszokowany, tym że i ta ofiara ozdobiona jest wymyślnym wzorem. W sumie oprócz tego oczywistego faktu, cała reszta zagadki jest tak zagmatwana, że nie potrafiłam się w niej odnaleźć aż po ostatnią stronę. Nowe postaci wprowadzane są w zastraszającym tempie, każda wnosząc do sprawy coraz więcej niepowiązanych szczegółów. Irene radzi sobie z natłokiem informacji szokując czytelnika wymyślnymi zmianami tożsamości (które dodatkowo mylą), a także zadziwiającymi zaiteresowaniami i zachowaniami, jak choćby perfekcyjnym posługiwaniem się floretem. Czytając „Dzień dobry, Irene” ma się wrażenie, że główna bohaterka jest lekiem na całe zło, panią złotą rączką, idealną gospodynią i kobietą interesu w jednym. Powiedziałabym, że trochę tego za wiele, aby dać się nabrać.
 
Na wzmiankę zasługuje również postać Sherlocka Holmes’a, która przewija się przez całą fabułę. Trudno mi oceniać tę klasyczną postać, gdyż, jak wspomniałam, nie wiem o niej zbyt wiele, jednak mam wrażenie, że Carole Nelson Douglas dołożyła wszelkich starań, aby jej bohaterka po prostu okazała się lepsza. Holmes jawi nam się jako drobiazgowy, zwariowany detektyw, który podąża tą samą co Irene ścieżką, ale w zwolnionym tempie.
 
Niestety, książka mnie rozczarowała. Fajna okładka i intrygujący opis sprawiły, że wybrałam ją z całej gamy innych proszących się o przeczytanie książek. Dałam jej szansę, mimo, że „Dzień dobry, Irene” jest niejako kontynuacją „Dobranoc, panie Holmes”, a nie lubię zaczynać cyklu od drugiej części (chociaż ci, którzy sięgną po „Dzień dobry, Irene” jako pierwszą, mogą czuć się spokojni, brak wiedzy z pierwszej części jest zrekompensowany krótkim wprowadzeniem.) Nie umiem książek tak po prostu odradzać, bo zawsze mam poczucie, że ktoś włożył dużo serca i pracy w ich powstanie. Nie przypadła mi do gustu twórczość Carole Nelson Douglas, ale jeśli macie ochotę, spróbujcie, tym bardziej, że cykl o Irene Adler odniósł ponoć niesamowity sukces, a autorka napisała kolejnych 7 tomów. Co więcej,  „New York Times” zaliczył „Dzień dobry, Irene” do grona najważniejszych książek roku.

 

„Pokochaj swoje życie” Louise L. Hay 20 stycznia, 2012

Filed under: recenzje — finkaa @ 11:34 am
Tags: , ,

 Wydawnictwo: Studio Astropsychologii

Rok wydania: 2011

Ilość stron: 123

 

Louise L. Hay to autorka obdarzona genialnym talentem wpływania na ludzkie życie. Ta osiemdziesięcioczterolatka, której los nigdy nie szczędził (przemoc w rodzinie, brak dyplomu, zdrada małżeńska – to wszystko przypadło jej w udziale, czyniąc z Hay ofiarę) doznała w pewnym wieku przebudzenia, które uratowało już miliony ludzi na całym świecie. Piszę to z nieukrywanym zdumieniem, ale również wielką wiarą, bo sama czuję się jakby „nawrócona” po lekturze rozmiarowo skromnej lektury jaką jest kolorowa książęczka zatytułowana „Pokochaj swoje życie”.
 

Louise L. Hay to nauczycielka metafizyki i autorka wielu dzieł poświęconych mocy pozytywnego myślenia. Jej praca na rzecz szczęśliwego życia chorych na AIDS i HIV zawiodła ją aż na kanapę Oprah Winfrey, a stamtąd wprost na listę bestsellerów New York Times. Hay jest założycielką Hay House, Inc., wydawnictwa publikującego książki i płyty o tematyce samouzdrawiania i prowadzenia dostatniego, szczęśliwego życia. Wydawnictwo zaczynało w 1987 roku, kiedy to Louise postanowiła własnym sumptem wydać swoją książkę.
 
Recenzję „Pokochaj swoje życie” mogłabym zamknąć w jednym zdaniu. Ta książka to 123 strony pozytywnych myśli, emocji, wsparcia, uśmiechu i wiary w siebie. To 123 strony bezustannego strumienia inspiracji, oraz motywacji do cudownego odmienienia swojego życia. Od autorki bije niesamowity blask, który daje nadzieję na lepsze jutro… choć „jutro” to może źle powiedziane, bo Louise zachęca do zmiany dokładnie od tego momentu. Głównym założeniem książki, a także mottem samej autorki jest to, że kreujemy swoje życie poprzez własne myśli. Kiedy myślimy o chorobie, jesteśmy chorzy. Kiedy pomstujemy na powolnych kierowców, wolni kierowcy wyrastają przed nami jak grzyby po deszczu. Kiedy czujemy, że nie mamy pieniędzy, pieniądze się nas nie trzymają. Kiedy nienawidzimy szefa, szef z dnia na dzień wydaje nam się coraz gorszy. Dlaczego? Otóż, odwróćmy znaczenie tych zdań i sprawdźmy, co by się stało gdybyśmy myśleli wyłącznie pozytywne myśli? Widzieli w ludziach wyłącznie dobro, a w powolnych kierowcach bezpieczeństwo i szacunek do własnego i cudzego życia. Co by się stało, gdybyśmy zamiast narzekać na brak funduszy na nową szafę, zadowolili się kupnem małej półki?
 
Wiem, że w moim wykonaniu to wszystko może wydawać się dość przesadzone i niemające sensu, dlatego zanim spiszecie tę książkę na straty dajcie sobie szansę, aby przemówiła do Was osobiście Louise L. Hay. Nie jest to aż tak niemożliwe, biorąc pod uwagę, że do książki dołączony jest audiobook, świetnie korespondujący z treściami zawartymi na papierze. Wiele razy nie mogąc zasnąć wsłuchiwałam się w kojący głos lektora, a rano budziłam się z uśmiechem na twarzy i nadzieją, że to o czym słuchałam wczoraj może się stać moim nowym życiem już od teraz. Cenne wskazówki, które otrzymałam codziennie staram się wpajać w życie, a atmosfera w pracy, oraz moje kontakty z ludźmi naprawdę przybrały nowy wymiar.
 
Kilka słów o samej książce. Oprócz wprowadzenia i kilku słów o autorce, w książce znajdziemy 10 rozdziałów poświęconych różnym sferom naszego życia: zdrowiu, strachowi, krytycznemu myśleniu, uzależnieniom, przebaczaniu, pracy, pieniądzom, przyjaciołom, miłości i starzeniu się. Każdy rozdział naszpikowany jest pozytywnymi afirmacjami poświęconymi danemu tematowi, radami jak pozbyć się złych myśli, pytaniami, które pomogą nakierować nas na powody złego myślenia, a także ćwiczeniami, które możemy wykonać przed lustrem lub na kartkach. Każdy rozdział utrzymany jest w duchu  nieocenionego wsparcia i ogromnej dawki optymistycznych zdań, które połączone w całość dają  poczucie własnej wartości i niepowtarzalności.
 
Chyba w tym miejscu powinnam skończyć i oddać głos samej autorce: „Nie istnieje doskonalsza chwila niż obecna na przejęcie kontroli nad swoimi myślami. Dołącz do niezliczonej rzeszy osób, które zmieniły swe życie na lepsze przez wysłuchanie sugestii zawartych na kartach tej książki.”
 

Książkę otrzymałam do recenzji od Studia Astropsychologii. Dziękuję!