poduszkowietz

"Niczego nie daje zapadanie się w marzenia i zapominanie o życiu." – Czyżby?…

„Wielki Gatsby” F. Scott Fitzgerald Maj 23, 2013

Filed under: recenzje — finkaa @ 8:26 pm
Tags: , , ,

wielki Wydawnictwo: CONFORM Oficyna Widawnicza

Rok wydania: 1991

Ilość stron: 110

 

Z Gatsby’m po raz pierwszy spotkałam się na studiach, trzy lata temu. W ramach zajęć z literatury amerykańskiej obejrzałam ekranizację tej niesamowite j powieści z Toby’m Stephens’em w tytułowej roli, oraz Paul’em Rudd’em w roli Nick’a Carraway’a. Stwierdziłam wtedy, że z całą pewnością wrócę kiedyś do tej lektury. Traf chciał, że kilka lat temu natknęłam się  na tę książkę w poznańskim antykwariacie i stałam się właścicielką wydania z 1991 roku za jedyne 2 zł.

 

F. Scott Fitzgerald jest uważany za jednego z najwybitniejszych powojennych pisarzy amerykańskich. Jego powieści, przesiąknięte autobiograficznymi wątkami, oraz rozczarowaniem Ameryką lat 20-tych XX wieku, sprawiły, że został okrzyknięty „kronikarzem epoki jazzu”.

 

Ameryka za  czasów prosperity, czy jak ktoś woli „roaring twenties”, nie była okresem sprzyjającym romantycznym uniesieniom, lub kierowaniem się sercem. Niestety, nie wszyscy to zrozumieli. Jay Gatsby postanowił pójść pod prąd i jako biedny chłopak zakochać się na zabój w ślicznej, bogatej dziewczynie. Młodziutka Daisy, choć również zakochana po uszy, szybko zapomniała  o swoim ukochanym, gdy ten wyruszył na wojnę. Wyszła za mąż za kogoś ze swoich sfer. Co jednak wydarzyło się, gdy Jay odnalazł swoją miłość po latach? Czy pieniądz naprawdę rządzi światem, czy może prawdziwa miłość przetrwa wszystko?

 

Książka fantastycznie oddaje ducha epoki. Whisky w czasach prohibicji leje się strugami na uroczystych bankietach w najbogatszych domach Nowego Jorku. Mężczyźni uprawiają hazard i prowadzą romanse,  o których wiedzą wszyscy, nie wyłączając małżonek, właśnie zaczynających rozumieć, że wcale nie chcą być nazywane kurami domowymi. Gdzieś między tymi rozszalałymi młodymi ludźmi, którzy  zdają się doskonale wiedzieć czego chcą, a jednocześnie gubić się w odmętach ludzkich odruchów, takich jak smutek, tęsknota, czy sympatia, wyłania się postać Nick’a Carraway’a. Nick, jako narrator, opowiada niezwykłą przypowieść, o mężczyźnie, który uwierzył w amerykański sen i upadł pod jego ciężarem.

 

Z całą pewnością o powieści można powiedzieć, że jest dobra. Jest nawet więcej niż dobra. Porusza czytelnika do żywego, a to znaczy, że jest genialna! Bohaterowie to zgnilizna społeczna, która kopie leżącego. Jako odbiorca, czułam się w obowiązku dokonywać ciągłej oceny zachować poszczególnych postaci. Dotarło do mnie, że to co roiłam sobie na temat amerykańskiego snu niekoniecznie musi być prawdą. Fitzgerald dobitnie zaznaczył, co nie podobało mu się wśród ludzi, z którymi przyszło mu żyć, a jego niezadowolenie odbiorca czuje na własnej skórze.

 

Język powieści nie należy do najłatwiejszych, ale to tylko dodaje całości smaczku. Powieść przecinana jest opisami barwnych przyjęć, oraz otaczającej luksusowe posesje przyrody. Dialogów jest w sumie jak na lekarstwo. Fabuła skupia się na subiektywnej opinii Carraway’a, który przygląda się całej sytuacji z boku i referuje ją najwierniej jak potrafi.

 

Jeśli chodzi o minusy, to niestety wydanie z 1991 roku charakteryzuje się bardzo małą czcionką, która na szczęście chyba już wyszła z użycia. Z tej ledwo stustronicowej powieści, spokojnie można było zrobić 180 stron.

 

Książkę bezwzględnie polecam wszystkim miłośnikom kultury i literatury amerykańskiej. Oczywiście, nie jest ona skierowana tylko do nich. Głównym problemem poruszanym w „Wielkim Gatsby’m” jest przecież motyw miłości, który jest tak uniwersalny, iż myślę, że powieść Fitzgeralda może zaciekawić każdego.

 

Książkę zaliczam do wyzwania Trójka e-pik (książka, która została nagrodzona).

 

„Obiecaj mi” Paul Richard Evans Grudzień 10, 2011

Filed under: recenzje — finkaa @ 7:27 pm
Tags: , ,

 Wydawnictwo: Znak literanova

Rok wydania: 2011

Ilość stron: 295
 
Paul Richard Evans to pisarz, którego powieści bez najmniejszego problemu trafiają na listę bestsellerów „New York Timesa”. Jak podaje notka z tyłu „Obiecaj mi” ‚jego książki ukazały się w ponad czternastu milionach egzemplarzy, przetłumaczono je na ponad dwadzieścia pięć języków, a kilka z nich stało się światowymi bestsellerami’. „Obiecaj mi” jest drugą książką tego autora, z którą się zetknęłam i powiem szczerze, że nie dziwię się statystykom przedstawionym powyżej. Jedyne co mnie zastanawia to to, skąd facet może mieć takie świetne wyczucie jeśli chodzi o ‚babskie’ sprawy, skąd czerpie wiedzę jak dana bohaterka powinna się zachować i co powiedzieć. Pewnie nigdy się tego nie dowiem, ale mimo wszystko uznaję tego autora za jednego z moich ulubionych jeśli chodzi o literaturę kobiecą.
 

Od razu na wstępie wspomnę, że z powodu niezwykle pokrętnej i zaskakującej fabuły, pewnie część z Was odbierze ten akapit jako delikatny spoiler, za co najmocniej przepraszam. Nie da się po prostu nakreślić akcji, tak żeby nie zdradzić chociaż jednego kluczowego  zdarzenia.

Beth poznajemy jako starszą panią, która chce nam się zwierzyć ze swojego niezwykle ciekawego życia. Za sprawą opowieści, którą snuje, szybko przenosimy się do czasów kiedy bohaterka miała około 30 lat, 6-letnią córkę i umierającego męża. Jak możemy się domyślić, krótko po śmierci drugiej połowy, pojawia się ktoś nowy… Beth nie chce zbyt szybko wplątywać się w nowy związek, ale jako, że nowy mężczyzna zdaje się być bardzo zainteresowany, zupełnie przypadkiem ratuje życie jej córce, a do tego wygląda jak wzięty prosto z włoskiej plaży, samotna matka przestaje oponować i już po kilku dniach jest zakochana po uszy. Wszystko układa się pomyślnie do momentu kiedy Matt znika z ostatnimi pieniędzmi jakie Beth miała na poratowanie zdrowia córki i spłacenie hipoteki… Czy wszyscy mężczyźni muszą być tacy sami? Czy każdy jest skończonym idiotą i materialistą? Beth zostaje sama po raz drugi. Na szczęście i tym razem tylko na chwilę…
 

Pomimo, że skrót fabuły przedstawiony przeze mnie może nasuwać komentarze typu: „kolejny nudny romans”, zapewniam, że książka jest dużo „głębsza”, niż może  się wydawać. Evans dotyka ważnych moralnych dylematów, oraz ukazuje prawdziwą przyjaźń. Matt i Beth to złożone charaktery, które  ratują się wzajemnie, podejmują karkołomne decyzje, oraz dotrzymują solennie obietnic. Książka pełna jest wartych uwagi cytatów, co za tym idzie, nie pozostawia nas obojętnych, ale zachęca do przemyśleń i spostrzeżeń, a może nawet zmiany postaw życiowych.
 
W książkę wpadłam po uszy, nie potrafiłam się od niej uwolnić aż do ostatniej strony. Niestety, muszę przyznać, że w związku z nieco zagmatwaną fabułą, w pewnym momencie po prostu zgubiłam się i niektóre fakty zastanawiają mnie po dziś. Nie wiem czy to z powodu mojego zbyt natarczywego wyczekiwania na pewne informacje, inne zupełnie mi umknęły, czy może wina leży po stronie autora lub tłumacza. Tak czy inaczej, naprawdę nie rozumiem dlaczego  osoba w jednej chwili umierająca, w drugiej stoi zdrowo przed lustrem i suszy włosy. Częste wypady w przyszłość i przeszłość sprawiają, że łatwo można się zgubić. Nie jest to jednak sprawa nie do przejścia. Ogólny sens oczywiście nam nie umyka i możemy cieszyć się wraz z bohaterami szczęśliwym zakończeniem. :)
 

Myślę, że nie przesadzę pisząc, że „lekki” styl to cecha charakterystyczna Evansa. Co przez  to rozumiem? Książkę czyta się niesamowicie szybko i przyjemnie. Zdania są krótkie, dialogi jasne, a cytaty wyjęte z pamiętnika głównej bohaterki wprowadzają nas w klimat każdego z krótkich rozdziałów.
 
„Obiecaj mi” to klasyczny przykład dobrej literatury kobiecej. Polecam ją więc szczególnie koneser(k)om tego gatunku. Myślę, że jest to idealny materiał na wieczorny „wyciskacz łez”, którego każda z nas bywa spragniona od czasu do czasu. :)
 

Książkę otrzymałam do recenzji od Wydawnictwa Znak literanova. Dziękuję!

 
Przypominam, że do poniedziałku możecie zgłaszać się po „Obiecaj mi” TUTAJ.
 
Z racji, że święta coraz bliżej, pozwalam sobie jeszcze raz przypomnieć Wam o przeglądarce prezentów Wydawnictwa Znak. Wystraczy KLIK i prezent wybierze się sam. :)

 

„Zapach spalonych kwiatów” Melissa de la Cruz Listopad 7, 2011

Filed under: recenzje — finkaa @ 9:58 pm
Tags: , , ,

 Wydawnictwo: Znak literanova

Rok wydania: 2011

Ilość stron: 303

Melissa de la Cruz to kolejna interesująca pisarka amerykańska, która podbija serca ludzi na całym świecie. Autorka bestsellerów New York Times i USA Today na co dzień pisze dla amerykańskich kobiecych magazynów takich jak Glamour czy Cosmopolitan, znajdując również czas na nieco bardziej opasłe formy, czyli książki. Rozdarta między Los Angeles, a Nowym Jorkiem, Melissa jest również żoną i matką.

 

Moje pierwsze spotkanie z tą jakże obiecującą autorką oceniam dość pozytywnie. Nie znam się zbytnio na gatunku paranormal romance, ale zaryzykuję stwierdzenie, że „Zapach spalonych kwiatów” można do takich zaliczyć. Wnioskuję po tym, że jedna z głównych bohaterek – czarownic zakochuje się w zwykłym człowieku, a druga postanawia się pobrać z osobnikiem niezwykle trudnym do sklasyfikowania. Może  to upadły anioł, lub demon, a może to to samo? Oczywiście, książkę można również określić jako fantasy, ze względu na ukrytą w niej magię, miotły, kociołki, różdżki, maszerujące żołnierzyki i dziwne stwory.

 

Co do fabuły, głównymi bohaterkami są matka i dwie córki. Wszystkie trzy są czarownicami próbującymi ukryć swoje prawdziwe oblicza między normalnymi ludźmi. Kiedy jedna z  sióstr – Freya – ma dość chowania się za pozorami normalności, zaczyna pomagać swoim klientom, serwując im miłosne, zaczarowane koktajle. Kiedy druga siostra – Ingrid – postanawia skończyć z ukrywaniem się, wiąże supły i szepcze zaklęcia, aby przywrócić kobietom płodność, zdrowie i zdradzających mężów. Matka dziewczyn – Joanna – również ma na swoim koncie kilka zagrań, które obnażają jej prawdziwą naturę. Nagle miarka zaczyna się przebierać i nad spokojnym miasteczkiem zbierają się czarne chmury. Kilka niewyjaśnionych zaginień, oraz śmierci daje czarownicom do myślenia czy aby nie naraziły się Radzie i nie ściągnęły na siebie niebezpieczeństwa…

 

Między czasie, Freya prowadzi  całkiem wyuzdane, podwójne życie erotyczne, a Ingrid z mocno związanym koczkiem i okularami przysłaniającymi nie tylko oczy, ale również jej prawdziwe oblicze, nieświadomie uwodzi płeć przeciwną. Jak skończą się nierozważne wyczyny kobiecej rodziny czarownic? Gdzie podziała się jej męska część? Odpowiedzi na te pytania należy szukać między stronami, obłożonej prześliczną okładką książki.

 

„Zapach spalonych kwiatów” mogłabym podzielić na trzy części. Pierwsza, najdłuższa, i moim zdaniem najlepsza, to opis życia trójki samotnych kobiet, które w swoim codziennym życiu kochają, doświadczają problemów, chodzą na spacery, uwodzą, przebierają się i są odwiedzane przez sąsiadów. Część druga przenosi nas do dziwnego świata fantasy, zabiera do krainy umarłych, prezentuje masę symboli i znaków. Tutaj nazwy miejsc i ludzi są tak egzotyczne, że łamałam sobie język i traciłam pojęcie o co w tym wszystkim chodzi. Część trzecia jest króciutka i wywraca całą resztę do góry nogami – to epilog, który pozostawia nas zdezorientowanych i pełnych dociekliwych myśli.

 

Wielkim plusem książki są jej barwne bohaterki. Mimo, że są skrajnie różne, dosłownie nie da się ich nie lubić. Serdeczne, zwariowane, uczuciowe, wymarzone kandydatki na przyjaciółki, przed którymi nie ma  się tajemnic. Lekki  język książki sprawia, że czyta się ją przyjemnie, a liczne dialogi ułatwiają zrozumienie nawet najbardziej zawiłych kwestii. Kolejnym atutem „Zapachu” jest  wartka akcja. Czytelnik nie ma czasu się nudzić, gdyż krótkie rozdziały przenoszą go w różne światy, stawiają naprzeciw trudnych, a czasem wzruszających problemów.

 

Minusy? Na pewno nie lubię kiedy książka „się nie domyka”, to znaczy kiedy nie daje mi stuprocentowej odpowiedzi jak potoczyły się dalsze losy bohaterów. „Zapach spalonych kwiatów” zostawił w tej kwestii czytelnikowi prawdziwe pole do popisu. Można mnożyć przypuszczenia, co dalej z sympatycznymi czarownicami. Być może niektórzy odbiorą to jako największy atut…

 

Mam mały problem ze zdefiniowaniem odbiorcy. Tematyka czarownic najbardziej kojarzy mi się z książkami młodzieżowymi, jednak zawarte w „Zapachu spalonych kwiatów” sceny seksu tę grupę raczej wykluczają. Myślę, że jest to książka skierowana do kobiet gotowych na ostry romans, a zarazem obdarzonych bogatą wyobraźnią i otwartych na równoległe światy.  Polecam!

 

Książkę otrzymałam do recenzji od Wydawnictwa Znak. Dziękuję!

 

 

„The violets of March” Sarah Jio Październik 13, 2011

Filed under: recenzje — finkaa @ 7:16 pm
Tags: , ,

 Wydawnictwo: Plume

 Premiera: kwiecień 2011 (Ameryka)

 Ilość stron: 304

Sarah Jio to dziennikarka z ogromnym doświadczeniem. Tematyka jaką się zajmuje, pisząc do największych czasopism Ameryki, rozciąga się na wiele kobiecych tematów, od diety, poprzez wychowanie dzieci, na zakupach i psychologii skończywszy. Nic więc dziwnego, że tak zaangażowana w życie amerykańskich kobiet dziennikarka, świetnie wcieliła się również w rolę pisarki. Jej debiutancka powieść „The violets of March” jest sztandarowym przykładem dobrej literatury kobiecej.

Emily jest zdruzgotana. Jej ukochany mąż ją zdradził, rozwiódł się z nią i właśnie zabiera z ich wspólnego mieszkania ostatni karton. Co więcej, Emily od miesięcy, a może już nawet lat, nie potrafi odzyskać pisarskiej formy, która niegdyś zawiodła ją na szczyty prestiżowych bestsellerowych rankingów. Właśnie w takim momencie Emily otrzymuje list. Mimo, że adres nadawcy brzmi enigmatycznie, a sam list pochodzi z amerykańskiej wyspy położonej nieopodal Seattle, Emily doskonale zna nadawcę i bardzo się cieszy z zaproszenia na Bainbridge Island. Jej ciotka, stara, poczciwa Bee jest dla głównej bohaterki synonimem szczęścia i dziecięcej beztroski. Bez wahania Emily pakuje rzeczy i postanawia cały nadchodzący marzec spędzić na lądzie otoczonym wodą.

Jednak tym razem, po upływie lat, Emily nie odnajduje już na wyspie tego wszechogarniającego spokoju, który kołysał ją do snu jako dziecko. Zamiast tego, pisarka odkrywa w starym domu pamiętnik… Pamiętnik napisany w 1943 roku przez tajemniczą Esther. Kim była Esther? Dlaczego przez długi czas dochodzenia Emily nikt nie chce jej pomóc w odkryciu prawdy? I czym spowodowana jest niezwykła iskra, która zapłoneła w Emily z chwilą otwarcia fioletowego pamiętnika?

Książka stworzona przez Sarę Jio wciąga właściwie od pierwszej strony. Z ruchliwego i niesprawiedliwego Nowego Jorku, przenosi nas do niezwykle urokliwego miejsca, jakim jest Bainbridge Island. Piękne widoki na plażę i morze, skrzek ptaków, bogactwo tamtejszych ogrodów – to wszystko sprawia, że od książki po prostu nie można się oderwać. Zdarzenia zazębiają się w taki sposób, że z każdą stroną doświadczamy procesu dopełniania się jakiejś magicznej całości.

Książka obfituje w emocjonalne sceny. Wraz z Emily przeżywamy wzloty i upadki. Oddajemy się namiętnościom rodzącego się w niej uczucia, by za chwilę poczuć się jak spoliczkowane przez niewiernego mężczyznę. Razem z Emily doświadczamy straty ukochanych przyjaciół, odprowadzamy jednego z nich aż na cmentarz i odczuwamy realną stratę.

Język autorki jest dość przejrzysty. Krótkie zdania pozwalają się czytać z przyjemnością, a częste dialogi dodają książce dynamiki. Na pochwałę zasługuje również słownictwo. Nie jest ono skomplikowane, co dodaje książce prostoty i ułatwia odbiór.

„The violets of March” to książka zdecydowanie przeznaczona dla kobiet. Jest to romans w najczystrzej postaci, w którym burzliwa miłość z lat 40-stych okazuje się świetnym pretekstem do szukania własnego sensu życia oraz ubiegania się o własne szczęście. Jestem przekonana, że książka przemówi do serc polskich czytelniczek. Myślę, że twórczość Sary Jio można bez wahania porównać z chwytającymi za serce opowieściami takich autorów jak Nora Roberts czy Paul Richard Evans.

Nie mogę jednak przejść obojętnie obok małych niedociągnięć, których dopatrzyłam się w książce. Uważam, że pewne kwestie nie były dostatecznie dobrze opracowane i zaowocowało to poczuciem naiwności, które odczuwałam, gdy coś się nie zgadzało. Zastanawia mnie na przykład fakt dlaczego Bee, konsekwentnie odmawiająca jakiejkolwiek współpracy w kwestii dochodzenia Emily, bez żenady oznajmiła, że wie o lagunie Jacka. Było to ewidentne przyznanie się do randek z Elliotem, Jacka dziadkiem. Podejrzany jest również fakt, iż Bee wiedziała o rozwodzie Emily mimo, że ta nie chwaliła się rodzinie, a Bee mieszka na odludnej wyspie. Czyżby ponad osiemdziesięcioletnia samotnica śledziła krewną na Facebooku? Być może to zwykłe czepialstwo, nie mniej jednak ograbiło mnie ono z przeżywania kilku odkrywczych momentów, bo już dużo wcześniej sama znalazłam odpowiedź na niektóre z kluczowych zagadek.

Niemniej jednak, polecam książkę wszystkim polskich czytelniczkom, które łakną romantycznych uniesień z tajemnicą w tle. Polecam ją również paniom wyczulonym na piękno przyrody, szum morza i ćwierkanie ptaków. Gwarantuję, że tego w „The violets of March” na pewno nie zabraknie.

 

„Kolory tamtego lata” Richard Paul Evans Lipiec 10, 2011

Filed under: recenzje — finkaa @ 10:45 am
Tags: ,

Wydawnictwo: Znak literanova

Rok wydania: 2011

Ilość stron: 352

Richard Paul Evans to dobiegający pięćdziesiątki, amerykański pisarz, który wypłynął tworząc dziecięce historie z motywem bożonarodzeniowym. Urodzony i wykształcony w Utah, mąż i ojciec piątki dzieci jest również założycielem organizacji charytatywnej The Christmas Box House International, która pomaga opuszczonym dzieciom znaleźć ciepły kąt.

Richard Paul Evans to także człowiek, dla którego Ameryka okazała się za mała. Wraz z żoną i dziećmi mieszka w słonecznych Włoszech, gdzie tworzy niezapomniane powieści o miłośći, dobroci i pięknie natury. To właśnie tam, w Toskanii, Richard spotkał Elianę, a właściwie Ellen, której historię wykłada ze szczegółami w książce „Kolory tamtego lata”.

Powieść zaczyna się prologiem, w którym Evans spotyka piękną kobietę czytającą książkę nad brzegiem basenu. Przedstawia się jej jako pisarz i pyta o ulubioną opowieść miłosną. Eliana nie zastanawiając się długo, odpowiada, że najpiękniejsza historia miłosna to ta, która przydarzyła się jej samej…

Ellen to Amerykanka, która zakochała się w przystojnym Włochu i wraz z nim wyjechała do jego ojczyzny. W zupełności pochłonięta wychowaniem chorego dziecka, próbuje ukryć przed sobą samotność, która ją trawi kiedy spędza kolejne samotne dni i noce, opuszczona przez męża biznesmena. Maurizio nie zauważa potrzeb żony, zdradza ją podczas ciągłych podróży służbowych i praktycznie rzecz biorąc, nie zdaje sobie nawet sprawy z choroby własnego dziecka. Ellen – gorliwa katoliczka – znosi wszystko w zaciszu swojej toskańskiej willi, wiedząc, że nawet gdyby chciała się uwolnić, Maurizio nie pozwoli jej na wywóz syna z kraju. Sytuacja wydaje się nie mieć rozwiązania, gdy do jednego ze skrzydeł ogromnej willi wprowadza się przystojny Amerykanin. Jak łatwo się domyśleć,  Ellen traci głowę i zaczyna się jej walka o lepsze życie.  Namiętność przeplata się z wyrzutami sumienia. Miłość z nienawiścią, a teraźniejszość z niewyjaśnioną przeszłością przybysza.

Pewnie na pierwszy rzut oka może się wydawać, że „Kolory tamtego lata” to sztandarowy przykład niewyszukanej, babskiej literatury o miłości. Nic bardziej mylnego.  Książka jest oparta na faktach, co dodaje jej niesamowitego charakteru. Zawsze kiedy łapałam się na myśli, że ta bajka o idealnej miłości nie może być prawdziwa, marszczyłam brwi i przypominałam sobie, że otóż może, a nawet jest! Podczas czytania powieści miałam wrażenie, że prawda w niej zawarta wyostrzyła jej rysy, wypukliła fakty i nadała zupełnie innego wyrazu. Tak dokładne opisy Toskanii, wnętrz mieszkań, tamtejszych zwyczajów i ludzkich charakterów po prostu nie mogły wyjść spod pióra autora, który sobie to wszytko wymyślił.   Bohaterowie książki to ludzie z krwi i kości, pełni temperamentu i skrajnych uczuć, wybuchający równie często łzami, co tysiącem uśmiechów i falami dzikiej radości.

Dodatkowym atutem książki jest sceneria i jej włoski klimat. Toskania czeka na nas jak na talerzu, za każdym razem kiedy otwieramy książkę. Włoskie potrawy nęcą smakiem, czujemy zapach wina, oliwek i mnóstwa ziół rosnących w ogrodzie Eliany. Poznajemy włoskie obyczaje i podstawowe zwroty, którymi książka jest naszpikowana po brzegi. Wielki plus dla tłumacza, który zachował balans między włoskimi wyrażeniami i polskim tłumaczeniem, zlewając wszystko w całość, tak że ciągle spotykamy włoskie zwroty, ale dzięki konktekstowi możemy je z łatwością zrozumieć.

Czy książka ma minusy? Jednym z nich jest fakt, że autor od czasu do czasu wdawał się w przydługie opisy rytuału winobrania czy jednego z włoskich festiwali. Mam wrażenie, że robił to specjalnie, aby ochłodzić czytelnika po niesamowicie wciągającym wątku miłości Eliany i Rossa.  Książki po prostu nie da się odłożyć, nie wiedząc co wydarzy się na kolejnej stronie. Jeśli mam się czepiać to dodam, że książka kończy się sceną, w której Eliana kończy opowieść i odchodzi znad basenu, a autor zabiera się za obrabianie w głowie całej jej historii. W świetle szczegółowych opisów, których jest w książce wiele doszłam do wniosku, że niemożliwym jest, aby na tym spotkaniu ich kontakt dobiegło końca i Elianie nie zostało zadane już rzadne  pytanie. Jest też drugie rozwiązanie, które mi się nasunęło.  Być może autorowi wystarczył szkic zarysowany przez Elianę, a całą ogromną resztę ubarwił sam.

Mimo, że trochę  brakuje mi odpowiedzi na pytanie jak dalej potoczyły się losy Eliany i czy zaprzyjaźniła się z autorem, książkę oceniam bardzo pozytywnie. Za każdym razem kiedy łapałam jej okładkę, dochodziłam do wniosku, że treść powieści jest tak lekka jak papierowa książka, która waży naprawdę niewiele. „Kolory tamtego lata” pozwoliły mi na przeżycie niesamowitej przygody i ogromny relaks po ciężkich dniach.

Bezspornie książka należy do katerogii literatury kobiecej. Jednak ja polecam tę lekturę nie tylko paniom chcącym poznać losy niezwykłego romansu. Polecam ją  również mężczyznom, gdyż jest ona swoistym przewodnikiem po tym jak należy kochać i szanować drugą osobę.

Książkę otrzymałam jako egzemplarz recenzyji od wydawnictwa ZNAK Literanova. Bardzo dziękuję!

 

 

„Nie dla mięczaków” Monika Szwaja Maj 6, 2011

Filed under: recenzje — finkaa @ 11:56 am
Tags: ,

Wydawnictwo: Empik

Rok wydania: 2011

Ilość stron: 96

Pani Monika Szwaja to osoba nader barwna i ciekawa. Jak wyczytałam na jej stronie internetowej, kobieta zapracowana z mnóstwem „szajb”. Na całe szczęście oprócz szajby psiarskiej, górskiej czy lotniczej jest również ta literacka, dzięki której do moich rąk trafiła książka „Nie dla mięczaków”. Tak jak już wcześniej wspominałam jest to podarek od Empiku z okazji tegorocznego Tygodnia Książki i chwała Empikowi za ten szczodry podarunek, bo inaczej na panią Monikę pewnie bym się nie natknęła jeszcze jakiś czas.

Otóż, na pierwszej stronie widnieje napis: „Historia krótkiej wolności Piotra V.” i ani słowa więcej. Czego tu się spodziewać? Gdyby nie fakt, że miałam ochote na coś szybkiego i króciutkiego chyba pomarańczowa książeczka ciągle nietknięta leżałaby sobie na półce i czekała na swoją kolej. Bardzo jednak dobrze, że tak się stało, bo „Nie dla mięczaków” okazało się bardzo przyjemną lekturą. Piotr V. to znaczy Voigt właśnie  rozwiódł się ze swoją niezwykle jędzowatą żoną. Wracając z rozprawy, pogwizdując i podskakując radośnie nie mógł wręcz nacieszyć się pustką jaka pierwszy raz od bardzo długiego czasu zagościła w jego umyśle – Piotr po raz pierwszy od dawna po prostu nie miał zmartwień. Spokój ten nie trwał jednak długo. Na spacerze, który sobie uciął spotkał bowiem pewną Szarą Myszkę – kobietę niepozorną, ale zdającą się być pełną optymizmu i otwartą osóbką.  Szara Myszka tak wpłynęła na Piotra, że z miejsca zrezygnował z podtrzymywania pustki w głowie. Jednak czy jednostronne zauroczenie przerodzi się w coś więcej? Dobra, załóżmy, że tak… Ale co Szara Myszka powie na pókającego do Piotra drzwi 17-stolatka, który raz, że chce koniecznie zamieszkać u Piotra, a dwa, że nie przyjeżdza sam? Jaki sekret kryje Szara Myszka w murach własnego mieszkania i czy Piotr nie wysiądzie po tym jak go odkryje?

To wszystko oraz wiele innych przezabawnych zwrotów akcji znajdziecie na przestrzeni niecałych stu stron opowiadania. Opowiadania, które niedość, że napisane przezabawnym, lekkim językiem to jeszcze wzruszające, ukazujące problemy każdego z nas i dające do myślenia. Bo wyobraźcie sobie, że tacy Piotrzy i Szare Myszki, ni stąd ni zowąd przeradzające się w zgrabne Majki, mijają nas codzień na ulicach lub siadają koło nas w autobusach.

„Nie dla mięczaków”  to niezwykle optymistyczna książka, która przywodzi na myśl same miłe wspomnienia. Pani Monika świetnie poradziła sobie z opisaniem zwykłych ludzi i ich przypadłości w iście mistrzowski sposób. Trzymając w ręcę pomarańczową książeczkę nie sposób nie uśmiechnąć się od czasu do czasu i nie pomyśleć: „skąd ja to znam…”. Wydaje mi się, że zamysłem pani Moniki było napisanie książki dla każdego i dlatego ja również polecam ją każdemu, kto choć na chwilę chce przenieść się z bohaterami w świat radości, toleracji i wzajemnej miłości.

 

„Śmiertelna Fantazja” J.D. Robb Luty 13, 2011

Filed under: recenzje — finkaa @ 12:39 pm
Tags: , , ,

„Śmiertelna Fantazja” – J.D. Robb

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Rok wydania: 2011

Ilość stron: 392
 
Nora Roberts to kobieta o wielu twarzach, które zmienia jak maski, aby trafić dokładnie w tych, których trafić zamierza. Jeszcze kilka dni temu byłam skłonna do wzruszenia się nad losami udręczonej i romantycznej Cilli z „Hołdu”, dziś przyklasnęłam twardej babie ze „Śmiertelnej Fantazji”.
 
„Śmiertelna Fantazja” to kolejna część futurystycznego cyklu Roberts pisanego pod pseudonimem J.D. Robb. Bohaterką cyklu jest Eve Dallas, nowojorska policjantka o tragicznej przeszłości. Razem ze swoim mężem Rorke’m, który stał się jej cywilnym doradcą, Eve rozwiązuje kolejną zagadkę. Tym razem jest to śmierć 29-letniego milionera, który zmarł w swoim trzypoziomowym apartamencie podczas testowania jednej z gier, produkowanej przez jego firmę. Młodzieniec o imieniu Bart jest jednym z czterech właścicieli ogromnej korporacji produkującej gry komputerowe. Z pozostałą trójką (dwóch facetów oraz dziewczyna) Bart zna się jak łyse konie. Z dwojgiem z nich zna się niemal od urodzenia, z całą trójką studiował i zakładał firmę. Wszyscy zdają się być niezwykle poruszeni i załamani jego śmiercią. Jednak dla Eve to za mało. Detektyw od razu odbiera czytelnikowi szanse na jakiekolwiek spekulacje i otwarcie twierdzi, że mordercą jest jeden z trzech pozostałych przy życiu wspólników. Kiedy w podobnych okolicznościach (we własnym mieszkaniu, podczas testowania gry) zostaje znaleziona  ledwie żywa jedyna kobieta z grona właścicieli, liczba podejrzanych jeszcze się zawęża…
 
„Śmiertelna fantazja” to kryminał z elementami romansu, który odbiega nieco od sztandarowej pozycji, którą zaklasyfikowałabym jako kryminał. Dlaczego? Pierwszy raz miałam do czynienia z zagadką mordersta, w której detektyw od razu zawęził liczbę podejrzanych i nie robił nic w kierunku zaprzeczenia swoim podejrzeniom tak, aby zmylić czytelnika. Muszę przyznać, że trochę mnie to sfrustrowało, gdyż lubię książki, które na ostatniej kartcę obalają moją misternie wypracowaną teorię. Pierwszy raz, także, miałam do czynienia z książką, która tak słabo zawoalowała motywy  zbrodni. Nie chcę wdawać się w szczegóły żeby nie umniejszyć Waszej zabawy, ale biorąc pod uwagę okoliczności morderstwa i brutalnej napaści, od razu wpadniecie na to kto i dlaczego i w jaki sposób. Przyznam, że trochę męczy czytanie książki, w której detektyw zadaje pytania teoretycznie bez rozwiązania, a my moglibyśmy odpowiedzieć na nie śpiewająco.
 
Kolejnym minusem tej pozycji jest jej język. Nie chodzi mi tu o słabe tłumaczenie, bądź błędy natury ortograficznej czy stylistyczne. Chodzi mi o kulturę języka głównych bohaterów. Rozumiem, że są nimi twardzi gliniarze, którzy na co dzień parają się mordami, gwałtami, włamaniami itd. Nie mniej jednak trochę bolą oczy kiedy czyta się, że smukła i brązowowłosa kobieta z dołkiem w brodzie rzuca dowcipami o du_ _ _, a jej zgrabna partnerka nie zna kultyralnych określeń na pewne części ludzkiego ciała.
 
Akcja książki rozgrywa się w 2066 roku. Fabuła naszpikowana jest futurystycznymi wynalazkami. Najbardziej rozbawiło mnie więzienie poza Ziemią, powietrzny tramwaj i android-służący.
 
To, że mam kilka zastrzeżeń nie znaczy jednak, że książka jest totalnie do bani. O nie! Eve świetnie wywiązuje się ze swoich obowiązków. Jest harda i nie daje się łatwo wyprowadzić z równowagi. Mam wrażenie, że dla oddania zmarłemu sprawiedliwości, pracuje dzień i noc (z małymi przerwami na flirt z przystojym mężem, oczywiście :) ). Eve nie lubi marnować czasu na grzebanie w swojej garderobie, ani na zbędnego fryzjera, więc pada dość regularnie ofiarą żartów jej przyjaciół i partnerki.
 
Książka przeplata wątki „lżejsze” z makabrycznymi napaściami i brutalnymi opisami zdjęć detana. Nie sprawia to jednak, że czyta się ją ze wstrętem. Wręcz przeciwnie. Osobowość Eve ma to „coś” w sobie co przyciąga i sprawia, że książkę czyta się szybko. I mimo kilku poważnych zarzutów wysuniętych na początku, polecam „Śmiertelną fantazję” nie tylko tym, którzy już znają detektyw Dallas, ale także tym, którzy lubią książkę z wartką akcją, oraz tym, którym nie przeszkadza fakt, że odnajdą odpowiedź prędzej niż główna bohaterka.
 
Książkę otrzymałam jako egzemplarz recenzyjny od Nakanapie.pl

 

„Hołd” Nora Roberts Luty 2, 2011

Filed under: recenzje — finkaa @ 6:45 pm
Tags: , ,

Wydawnictwo: Świat Książki

Rok wydania: 2009

Ilość stron: 464

Chyba nikomu z miłośników literatury kobiecej nie trzeba przedstawiać amerykańskiej królowej tego gatunku jaką jest Nora Roberts. Tym razem autorka ponad 150 książek, które wydane są w ponad 280 milionach egzemplarzy na całym świecie  składa „hołd” fikcyjnej gwieździe Hollywoodu, Janet Hardy.

Autorka porywających romansów, obowiązkowo z nutką kryminału i sensacji, tym razem zabiera nas na amerykańską prowincję, gdzie pośród gór, drzew i stawów snuje ognisty romans spowity mroczną mgłą przedwczesnej i nader tajemniczej śmierci światowej sławy lat 70′. Cilla, wnuczka nieżyjącej celebrytki, przyjeżdza do miejsca, w którym jej babcia upatrzyła sobie azyl od kamer i skwaru Los Angeles, a także w którym umarła w nieznanych okolicznościach.  Wraz z zaprzyjaźnionymi ekipami remontowymi, Cilla przywraca sławę ukochanej, chylącej się ku upadkowi, rezydencji swojej babci. To tutaj Cilla chce zacząć  nowe życie, to tutaj Cilla odkrywa co to prawdziwa miłość i przyjaźń. Niestety, tutaj także, czeka na nią śmiertelna pułapka. Kto czyha na jej życie? Komu tak bardzo przeszkadza jej obecność w małym miasteczku? Czy śmierć jej babci może mieć coś wspólnego ze śmiercią, którą ktoś gotuje Cilli?

Książka porusza niewygodny temat zachwianych relacji rodzinnych, niespełnionych marzeń i ambicji. Dotyka także procesu budowania tożsamości i szukania odpowiedzi na kluczowe w życiu człowieka pytania. „Hołd” opowiada historię ludzkiego poświęcenia i oddania. Ukazuje człowieka w pełnej krasie, obnażając te mocne, jak i te słabe, moralnie złe strony. Przy okazji książka ta jest również niezłym przewodnikiem dla każdego, kto chce wyremontować swój dom. :)

Dzieło Roberts napisane jest nieskomplikowanym językiem i nie wymaga od czytelnika wytężania umysłu. Opisy są krótkie i wymowne, akcja toczy się szybko i bez zbytnich zawiłości. Ważnym elementem książki jest otaczająca bohaterów przyroda, a także postać psa, który, traktowany przez właściciela jak członek rodziny, nabiera prawie ludźkich cech.

To co może irytować, to zdaje się, nadmierne przywiązanie autorki do pewnych fraz. Wszyscy bohaterowie w niebezpiecznych sytuacjach wyczuwają „ucisk” w okolicach serca, mężczyźni nieustannie „wsuwają kciuki” w kieszenie spodni, a przyjaciel prosi często przyjaciela: „Przypomnij mi dlaczego właściwie się przyjaźnimy.”.

Jak wspomniałam wcześniej, książkę czyta się szybko. Strony same uciekają spod naszych palcy, a my nie możemy się oderwać ani na chwilę żeby to zauważyć. Książkę tą polecam szczególnie wszystkim, którzy lubią nierozwikłane aż do ostatniej kartki zagadki.

 

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.